Fanpage na Facebooku

niedziela, 19 maja 2019

Zikkuraty, klatki z kośćmi, pijawki i kaganki na dachach

!!!LINK DO WSZYSTKICH OBRAZKÓW!!!


Czarnoocy, zwani też czasem długobrodymi, zamieszkują północną i północno-wschodnią część kontynentu. Tereny te klasyfikuje się jako cywilizację ashterańską, od państwa Ashtera: najpotężniejszego i najbardziej wpływowego mocarstwa czarnookich.


Ashteranie to naród kupców i badaczy. Ich państwo – na mapce zaznaczony obszar na wschód od gór – zwane jest czasem stolicą mądrości, ale już na pierwszy rzut oka widać, że nie wiedza, lecz handel stanowi tutaj najwyższą wartość. Mieszkańców Ashtery charakteryzuje jasna skóra, jednolicie czarne, „sarnie” oczy i czarne włosy. Czułki są zredukowane do dwóch malutkich guzków przy brwiach. Długie brody ”przyozdobione” są często specjalnie hodowanymi, barwnymi pijawkami.
Najbardziej charakterystyczny element ashterańskiego budownictwa to masywne zwieńczenie zwane tiarą, ponieważ przypominają nakrycia głowy możnych. Monumentalne konstrukcje symbolizują opiekę państwa i bogów, która ma rozciągać się nad mieszkańcami niczym cień potężnych budowli: urzędów, świątyń, karawanserajów i izb handlowych. Tiary przyozdobione są często wiszącymi lampami, kadzidłami czy kagankami. Mogą symbolizować światło wiedzy, sprowadzić przychylność bogów, a czasem nawet pali się w nich specjalne zioła, by zapobiegać epidemiom. Złośliwcy powiadają jednak, że najbliżej tym ozdobom do kupieckich szal.
Dominujące kolory to fiolet oznaczający bogactwo, biel lub złoto utożsamiane z wiedzą i turkus – symbol sprawiedliwych rządów.


Pod względem fizjonomii Sheykukanin od Ashteranina różni się tym, że ten pierwszy nosi brodę, a czasem i włosy, splecioną w co najmniej jeden warkocz. Sheykukanie, podobnie jak ich kuzyni, znani są z zamiłowania do handlu, ale są też bardzo blisko związani z morzem i rybołówstwem. Pomimo znacznego pokrewieństwa oba narody nigdy nie pałały do siebie miłością, a bardzo szybko podbici Sheykukanie nie stronili od partyzanckich działań niepodległościowych. Ostatecznie dopięli swego, kolonizując nowe ziemie po wygranej wojnie z Taranami. Po zasiedleniu Półwyspu Wiatrów [na mapce najbardziej wysunięty na północ półwysep] musieli jednak częściowo porzucić wyniesione z ojczyzny ashterańskie wzorce na rzecz adaptacji do nowych, o wiele chłodniejszych warunków. W efekcie powstała późna architektura sheykukańska, będąca połączeniem tradycji Ashtery i pragmatyzmu podbitych Taran. Widać jednak, że mimo warunków Sheykukanie starali się zachować elementy typowe dla swojej kultury, np. tylko lekko zmodyfikowali tiary, skazując się na klątwę wiecznego odśnieżania. Początkowym powodem była chęć zaznaczenia opozycji „cywilizowanego” Sheykuku w stosunku do ”barbarzyńskich” Taran [co miało także znaczenie praktyczne – wojska mogły szybko rozpoznać do kogo należy osada], później nowe standardy budownictwa stały się częścią tożsamości narodowej.
Dominujący kolor to turkus – zapożyczony z Ashtery symbol sprawiedliwych rządów.


Wiele plemion Taran zamieszkiwało pierwotnie Półwysep Wiatrów. Północ zasiedlały klany wznoszące drewniane warownie i wysokie wieże, z których swoimi włościami zarządzali królowie-nekromanci, położoną w centrum półwyspu wielką knieję przemierzali łowcy-łucznicy, a południowe, graniczące z Wielkim Stepem tereny zamieszkiwały klany tak dzikie, że opisywane jako zwierzęta. Gdzieś pomiędzy funkcjonowali jeszcze Taranie Askadyjscy, znani z pomysłowo projektowanych osad i zamiłowania do pokoju.
Historia pamięta jednak Taran głównie przez pryzmat jednego plemienia: Aśri. Klanu, którego wódz, Aśri-Tara, zjednoczył pozostałe rody i poprowadził ich do szeregów zwycięstw, tworząc tzw. Imperium Jednego Dnia.
Klan Aśri podbijając kolejne szczepy, od każdego przejmował część tradycji. W efekcie powstały uzbrojone po zęby warownie-nekropolie, przyozdobione licznymi totemami podbitych klanów, nad którymi górowały specjalne kolumny z klatkami, w których trzymano kości przodków. Taranie wierzyli, że szczątki umarłych są źródłem mocy i umożliwiają obcowanie z duchami poległych wojowników.
Dominujące barwy to biel – kolor kości niosący wieloraką symbolikę [m. in. rodzina i więź z przodkami], czerwień – utożsamiana w przymiotami wojny [odwaga, szał, honor] i błękit symbolizujący jedność tarańskich klanów.
Sami Taranie nieco różnili się wyglądem od swoich kuzynów ze wschodu. Stare kroniki podają, że mieli co prawda jasną skórę, ciemne włosy i jednolicie czarne oczy, ale dodatkowo ich karki i ramiona zwieńczać miały liczne kolce i wypustki... nie wiadomo jednak, ile w tym prawdy.


ARHIZ

sobota, 11 maja 2019

Przez step i góry aż po cień pagody

!!!LINK DO WSZYSTKICH OBRAZKÓW!!!


Piórogłowi, zwani też Ludźmi z Gór, swoją nazwę zawdzięczają długim czułkom, które przypominają bażancie pióra. Najprostszy podział dzieli Piórogłowych na południowych [kolor zielony], zwanych też Dziećmi Deiksany i będących pod silnymi wpływami kultury anańskiej, oraz na północnych [kolor niebieski], których niekiedy klasyfikuje się jako Cywilizację Górską.

Tałahowie i Tasha

Dwanaście plemion Tałah zamieszkuje Wielki Step na północy kontynentu [niebieski obszar na zachód od gór]. Ci nieustraszeni jeźdźcy cechują się brązowymi czułkami, włosami i oczami oraz popielatą skórą. Dominujące kolory to brąz – symbolizujący Wielki Step, niebieski – utożsamiany z wolnością i czerwony – barwa odwagi.
Powyższy obrazek to bardziej mityczna, rysowana według lokalnej tradycji wizja obozowiska Tałahów [pasma światła symbolizują związek z przodkami], niż realna ilustracja. Anki – przenośne jurty Tałahów – to jedyne „budowle” dopuszczalne na Wielkim Stepie. Ważnym elementem obozowiska jest Ałata – przenośny pionowy słup lub obelisk, często przypominający wielką włócznię, który symbolizuje połączenie pomiędzy ziemią a niebem. Jako wyjątek od zakazu budownictwa na Wielkim Stepie stoi trzynaście świętych wież, po każdej na terytorium jednego z tałaskich plemion [jeden szczep wymarł]. Koczownicy traktują te starożytne budowle jak totemy i wierzą, że zostały wzniesione przez przodków. Prawo Tałahów głosi, że są to jedyne budowle, które mogą stanąć na Wielkim Stepie. Warto zwrócić uwagę, że rysunki Tałahów pokrywają tylko dolną część wieży – po prostu wyżej nie byli w stanie wejść.
Jeśli wierzyć badaczom i historykom, święte wieże-totemy nie były jednak dziełem przodków Tałahów, lecz Magyusów, potężnej rasy czarowników, którzy we wczesnym okresie swojej historii, na długo przed przybyciem Tałahów na Wielki Step, mieli na tych terenach swoje państwo.


Równina Tasha, na wschodzie zwana Ha-Tasha, to wąski pas ciągnący się na południe od Świetlistych Gór [zaznaczony na mapie na niebiesko]. Tashanie to bliscy krewni opisanych wcześniej Tałahów. Podobnie jak kuzyni odznaczają się popielatą skórą, jednak ich oczy, czułki i włosy są czarne. Lata wojen z narodem Osdi oraz późniejsze życie pod ich okupacją, wymusiły na Tashanach znaczne zrezygnowanie z koczowniczej tradycji na rzecz budowania mocnych fortów, a później także pięknych pałaców, w których architekturze odznaczają się mocne wpływy Tona [o których za chwilę].
Dominujące kolory to czerwony, niebieski i symbolizująca naród tashański czerń, chociaż, jak widać na załączonym obrazku, budowniczy nie zawsze są na tym polu konsekwentni. Każdemu zamkowi czy fortowi Tashan towarzyszy co najmniej jeden słup Ałata, który może występować
także w formie kolumny lub wspornika.

Tona, Hakanata i Hana-a – dziedzictwo gór

Hakanata [po lewej] pod względem trybu życia najbardziej przypominają najdawniejszych piórogłowych. Jak przed tysiącami lat zamieszkują niedostępny szczyty Świetlistych Gór [zaznaczony na mapce na niebiesko], będąc formalnie pod panowaniem Layanaosów, obcego narodu, który swego czasu skolonizował tereny Gór, zmuszając autochtonów do emigracji lub przeniesienia się na bardziej niegościnne tereny. Hakanata mają popielatą skórę i miedziane lub czerwone włosy, oczy i czułki.
Budowle Hakanata to głównie górskie warownie, które w razie potrzeby stanowią schronienie dla okolicznej wioski i podległych lokalnemu władyce pasterzom. Dominujące kolory to purpura, symbolizująca szczęście [gdzie jest warownia, tam jest ochrona] i czerwień oznaczająca niezłomność [Layanaosi szybko zdali sobie sprawę, że lepiej zostawić te fortyfikacje w spokoju].
Hana-a [po prawej] to nieco bardziej odległy naród, bardzo nieliczny i zamieszkujący najbardziej niedostępne tereny Świetlistych Gór [zbyt surowe nawet dla Hakanata]. Niewielkie społeczności zamieszkują wspólnie dziwaczne, przyozdobione wstęgami budowle, w których rezydują lokalni guru uważani za wcielenia bóstw.


Tona wywodzą się z Hakanata, którzy opuścili Świetliste Góry, kiedy Layanaosi zaczęli wypierać autochtonów na bardziej niegościnne tereny. Trafiając na Równinę Tasha nie zostali zbyt ciepło przyjęcie przez jej mieszkańców – Tashan. Pod wpływem wieloletnich wojen zrodziła się kultura Tona, pełna honoru, odwagi, lojalności... ale i okrucieństwa.
Tona, tak jak Hakanata, mają popielatą skórę oraz czerwone lub miedziane oczy, włosy i czułki.
Ogromne pałace Tona od zawsze pełniły trzy funkcje – miały budzić podziw wśród poddanych, strach wśród wrogów [czyli głównie Tashan] i stanowić strategiczne punkty w powolnym podboju Równiny Tasha. Dominujące kolory to symbolizujący szczęście fiolet [przejęty od górskich przodków] oraz żółty symbolizujący szlachetność i lojalność [prawdopodobnie wpływy anańskie].


ARHIZ

poniedziałek, 12 lutego 2018

Co z Oka to... wypada!

No gdzie oni są!?
Normalna wycieczka, idziemy bezpiecznym traktem i nagle tracę wszystkich z oczu!
Niebo ciemnieje. Dlaczego tu nikogo nie ma? Ponoć to uczęszczana okolica.
A co jeśli spotkam niedźwiedzia? Albo cokolwiek? Jestem tylko informatykiem!
Pojedziesz na wycieczkę w góry, mówili. Odpoczniesz, mówili. A jutro przeczytają w gazecie o turyście-miernocie, który zamarzł kilometr od noclegowni, bo się zgubił na szlaku dla dzieci.
Zaraz, co to za światło? To dociera jakby… stamtąd.
Jezioro! Świecące jezioro.
– Podróżniku! – Co to za głos?
Ogromny mężczyzna wychodzi z wody. W dłoni dzierży trójząb, wygląda trochę jak Posejdon, ale… z jednym okiem.
– Jam jest Morskooki, pan tego jeziora – grzmi groźnie istota. – Drzewiej całe plemiona przybywały tego dnia nad me wody, by prosić o radę. Teraz zaś jesteś tylko ty, zbłąkany wędrowiec. Taki los porzuconego boga. Jakiej prawdy szukasz?
Czuję zmieszanie, trochę głupio teraz zapytać o drogę do domu. Może poruszę jakąś filozoficzną kwestię, a później, niby przypadkiem…
– Droga do domu, powiadasz? – Jasny gwint, on czyta w myślach! – Przywykłem już do braku zainteresowania ze strony śmiertelników. – W głosie pana jeziora zapanował smutny ton. – Gdy obrócisz się plecami do wody, idź prosto, cały czas prosto. Nim twe serce uderzy sto razy, znajdziesz drogę.
Czuję się zmieszany. Głupio spotkać się z bogiem, jakimkolwiek, twarzą w twarz i go rozczarować. Mistyczna postać rozmywa się, światło zaczyna gasnąć. Odwracam się, idę zgodnie z radą pana jeziora, boję się, że zaraz stracę orientację w terenie. Zastanawiam się, jak inaczej mogłaby się potoczyć ta rozmowa, co powinienem powiedzieć.
– Jeszcze jedno! – głos Morskookiego zdaje się teraz dobiegać z wnętrza głowy. – Moglibyście, wy, ludzie, nie wyrzucać tylu śmieci do wody? To mi bardzo przeszkadza…
Co to? Światło latarni? Tak! To trakt, ten trakt! Ufff, dzięki Bo… Dzięki ci, kimkolwiek jesteś.

***

Morskooki usiadł ciężko na podwodnym tronie.
– Ten tekst o śmieciach. Musiałeś? – zabulgotała topielica.
– Oczywiście, że musiałem – rzekł pan jeziora zmęczonym tonem.
– Bo?
Morskooki otworzył batonik „Zew Rafy”, po czym wyrzucił za siebie papierek.
– Bo tak wypada – odparł z pełnymi ustami. – Mam gdzieś czystość wód, mówię to, co powiedziałoby każde wodne bóstwo. Kiedyś ludzie nas czcili, bo tak wypadało. Potem przyjęli inną wiarę… bo tak wypadało. Ty się ciesz, że w porę chłopaka przyuważyłem. By się utopił, to by nam dopiero hałasowały te wszystkie kutry ratownicze.
– Myślisz, że on coś zrobi?
– Oczywiście, że nie. Ma to wszystko gdzieś tak samo jak ja. Wróci do domu i nic się nie zmieni. Mógłbym mu kazać przyrzec, że zadba o wody. Powiedziałby dokładnie to, co chciałbym usłyszeć bo… tak wypada.
Topielica podała mężowi Konchę Przyszłości. Widniał w niej obraz młodego informatyka, stającego na czele ogólnokrajowej kampanii na rzecz dbania o środowisko.
– A teraz podnieś ten papierek – syknęła małżonka.


Link do Nowej Fantastyki.


ARHIZ

środa, 24 stycznia 2018

Wojna zawierała lokowanie produktu

Setki proporców łopotały na porywistym wietrze, szeleszcząc niczym mknące po niebie stado pierzastych węży. Na środku zaś pysznił się dumnie największy i najwspanialszy z nich, biały sztandar z wizerunkiem Boga-wojownika.
Generał Seymār Kryształowy Wąż rozpostarł wachlarz po czym wzniósł go nad głowę.
– Wojownicy! Synowie Narodu Anańskiego! – ryknął z siłą dziesięciu mężów. – Przed nami największa bitwa, jaką świat widział. Kiedy patrzę na mrowie wrażych oddziałów, nie mam wątpliwości, że są liczniejsze.
W oddali rozległ się tubalny, niski ton. To ryk barbarzyńskiego rogu, znak wymarszu. Niebo pociemniało, jednak nie na tyle, by przysłonić do końca horyzont – najeżony włóczniami, nieskończony las oręża.
– Bohaterowie! – zagrzmiał generał. – Gdy na was patrzę, nie lękam się.
W oddali znów zawyła bojowa trąba, a potem kolejna i jeszcze jedna. Połyskująca ostrzami czarna ściana śmierci ruszyła w stronę Anaosów.
– Nie lękam się – kontynuował Seymār – ponieważ to my mamy broń, która pokona wszystko. Naszym orężem jest wiara i honor! Zwyciężymy, gdyż…
Huk barbarzyńskich trąb potężniał coraz bardziej.
– Gdyż jesteśmy jednością i prowadzi nas Bóg-wojownik! – Ku ogólnemu zdziwieniu, szlachetny głos z łatwością przebił się przez dźwięk plugawych trąb. Czyżby w generała wstąpił sam Pan Wojny?
– Hat’hā! – wykrzyknął Seymār, czując, jak ból rozdziera mu gardło.
– Hat’hā! – zawtórowali mu wojownicy.
Anaosi runęli w stronę barbarzyńskich wojsk. Trąby dzikusów ucichły. Zastąpił je szczęk łamanych tarcz i gruchot pękających kości.
Generał Seymār wskoczył w sam środek nieczystych barbarzyńców, po czym z łatwością przeciął na pół duży, dwuręczny miecz. Stało się tak, ponieważ korzystał z chromowanego, czterowarstwowego ostrza wykutego przez ród Zielonych Ważek. Antypoślizgowa, przedniej jakości owinięta zamszem rękojeść inkrustowana pyłkiem aloesu sprawiała, że chwyt był mocny i pewny, a nowoczesna stal i lekka budowa gwarantowały lepszą niż inne modele swobodę ruchów. Do tego miecz opatrzony był modnym motywem wijącego się węża oraz gustownym chwośćcem wyposażonym w dzwoneczek. Dom Miecza Zielonych Ważek – doskonałej jakości broń w atrakcyjnej cenie. Zajrzyj już dziś!
Anańska armia wbiła się w morze dzikusów, niczym szlachetna strzała przecinająca gnijący liść trawy ryżowej. Jednak wraże rogi zagrzmiały ponownie, tym razem nie dziesiątkami a setkami. Plugawie mrowie zaczęło zalewać bohaterów anańskich, niczym bagno pochłaniające kamień szlachetny. Dwudziestu barbarzyńców ze wszystkich stron rzuciło się na Seymāra, okładając go wyszczerbionymi ostrzami.
– Za Boga-wojownika! – wykrzyknął generał, odrzucając otaczający pomiot. Przeżył, ponieważ chronił go najnowszy pancerz płatnerza Sanahtē z Ahayatyū. Wygodne, skórzane pasy zapewniały idealne przyleganie wszystkich płyt, a dodatek soku z drzewa gumowego sprawiał, że przyczepy same dostosowywały się do kształtu ręki. Jaskrawoczerwona, impregnowana farba sprawiała, że pancerz zachowywał należyty kolor nawet w samym środku wojennego ferworu, a wtłaczane technologią rowkową złote zdobienia nie złuszczały się nawet przy uszkodzeniu pierwszej warstwy ochronn…
– Dziadku, nie mogę. – Sahdīn cisnął książką w róg siedziska. – To jest okropne! Jeszcze kilka lat temu można było poczytać coś normalnego, a teraz wszędzie pchają te reklamy.
– Oj, wnusiu, wnusiu – dziadek nie ukrywał rozbawienia. – Bycie mistrzem miecza czy pancerza to ciężki kawałek chleba. Nic dziwnego, że płacą pisarzom, by wspominali o ich produktach. Każdy dba o owoce swojej pracy. Za moich czasów, gdy nie było druku, książki były niesamowicie drogie, mogłem tylko pomarzyć, by czytać tak jak ty teraz…
– Ale dziadku… – nastoletni Sahdīn był coraz bardziej poirytowany. – Jak mam przeżywać przygody generała Saymāra, gdy co rusz piszą o nowych, impregnowanych zbrojach? Dobra, w takim razie posłuchaj tego.
Młodzieniec ze zręcznością nadrzewnego jaszczura podskoczył do drewnianej domowej biblioteczki.
– Żarty się skończyły – mruknął dziadek dostrzegając, że kolejna książka wzbogacona jest o drewnianą zakładkę.

Waleczny Hasallān chwycił odciętą głowę, po czym cisnął nią w przepaść.
– Zwycięstwo! – krzyknął, a jego szlachetny głos poniosło echo.
– Zwycięstwo! – zawtórowali dzielni mężowie.
Nie był to jednak czas świętowania. Garstka wojowników stała na skraju ogromnej równiny. Równiny, która stała się polami śmierci. Zewsząd dobiegały jęki konających, a białe niegdyś sztandary pokrywała szkarłatna posoka, na niebie zaś pojawiało się coraz więcej górskich sępów.
– Przygotować stosy pogrzebowe – rozkazał Hasallān.
– Ależ panie, tak wielu poległo – odparł niepewnie gwardzista. – Choćbyśmy wycięli cały las…
– Wytnijcie i dziesięć! Nie zostawimy nikogo bez należytego pochówku!
– Panie, bądź litościwy! Przygotowania, uprzątnięcie tego pobojowiska… To zajmie miesiące!
– Niekoniecznie – uśmiechał się Hasallān.
– Niekoniecznie?
Straszliwe pobojowisko? Niekoniecznie! Odwiedź już teraz obwoźny kramik braci Shakari i kup najnowszy odkurzacz automatyczny. Parowa technologia zapewnia bezszelestne działanie. Ciesz się wolnym czasem, bo nasz sprzęt sam uprzątnie twoje mieszkanie! Nie czekaj! Oferta ograniczona…
– No dziadku! – krzyknął Sahdīn. – To jest szczyt wszystkiego. Automatyczny odkurzacz? Jak to zabija klimat! Przecież w tamtych czasach nikomu nawet nie śniły się takie urządzenia… Dziadku?
– Wiesz co, wnusiu?
– Teraz rozumiesz, prawda?
– Skocz, proszę, do tego kramiku i zobacz, po ile mają te odkurzacze.



ARHIZ

Link do Nowej Fantastyki.

środa, 17 stycznia 2018

Zmarły za życia

„Zaiste wśród barbarzyńców zemsta często przybiera formę Krwawego Łańcucha, niekończących się odwetów, w których klany i rody bez końca mordują się wzajemnie w imię wendety. Tylko cywilizowane nacje anańskie rozumieją, że zemsta pochodzi wprost od Pana Zła. Dlatego też nasze prawo jest skonstruowane tak, by zawsze przerywać Krwawy Łańcuch.”
Sanahtē Zielony Skarabeusz, Traktat o wyższości narodów anańskich.



Nie spuszczaj ognia z oczu! Patrz, jak płonie twoja szata, jak świecące języki pożerają pas i chustę. Zachowasz jedynie diadem dariyā, wszak wciąż jesteś Anaosem.
Od teraz będziesz nosić niebieską szatę, strój żałobnika. Woal zakryje przed światem twą twarz. Aby było jasne, że wracasz z własnego pogrzebu, kolor smutku będzie także zdobić twe powieki, do ostatniego dnia kiedy w końcu doznasz ukojenia. Jeśli będziesz miał szczęście, może ktoś z rodziny rozpozna cię po kształcie czułek, ale to i tak nie ma znaczenia. Odwrócą wzrok jak wszyscy inni.
Akolici! Posadźcie go na siedzisku! Pochyl głowę, nałożę ci ponownie twój diadem. Dobrze, a teraz barwnik… Trzymać mu głowę, mocno!
Drżysz? Pamiętaj, że ból ciała będzie ostatnim fizycznym odczuciem, którego doświadczysz, do końca twych dni, lecz po stokroć silniejszy będzie sztylet rozdzierający od wewnątrz twe serce. Na bogów, nie szarp się! Nie chcę cię oślepić… Zaciskaj powieki, mocno. Taak, dobrze. A teraz pod żadnym pozorem nie otwieraj oczu, aż ci pozwolę.
Czujesz, jak zapach pogrzebowych kadzideł miesza się ze swędem twoich starych szat? Twój pogrzeb dobiega końca. Rytuał naznaczania również.
Dobrze, dobrze. Teraz tylko mazidło utrwalające… Nie wierzgaj, bo każę cię przywiązać! Zachowaj choć resztki godności… Właśnie tak. Możesz otworzyć oczy. Mrugnij parę razy… Możliwe, że widzisz zamglony obraz. To przechodzi z czasem. Zazwyczaj. Jesteś teraz Ristalāt’h, Łaknący Zemsty. Rytuał pogrzebowy został odprawiony, a proch powstały z twych rzeczy rozrzucony jako popiół z ciała zmarłego.
Rada kapłańska jednogłośnie uznała, że pomimo wydanego przez nas wyroku, przysługuje ci prawo do zemsty. Jednak doskonale wiesz, że korzystając z niego podpisujesz na siebie samego wyrok śmierci, ponieważ zemsta jest jednym z najgorszych grzechów. Dlatego też albo zginiesz, po tym jak zaspokoisz swą nieczystą żądzę, albo polegniesz z ręki tego, którego pragniesz zgładzić. Wiedz jednak, że członkowie rodu twojej ofiary oraz ich strażnicy mają prawo się przed tobą bronić.
Idź zatem i czyń swoją powinność. Jednak pamiętaj, będziemy mieć cię na oku. Nawet martwi muszą przestrzegać prawa. Gdy dokonasz zemsty, odbierzesz sobie życie jak wojownik: wpierw podcinając sobie żyły mieczami, a następnie recytując święte formuły. Dopilnujemy, byś odszedł w spokoju…
Jednak pamiętaj, jeżeli uda ci się dokonać zemsty i potem zapałasz chęcią powrotu do życia, zostaniesz oskarżony o zdradę, a dla zdrajców jest tylko jedna kara: zrzucenie ze skały. Odbierzemy ci diadem, po czym nie pozwolimy, byś miał wpływ na sposób, w jaki stracisz życie. Umrzesz jako barbarzyńca, a błękitna ważka nie zabierze twej duszy, która umrze wraz z twym niegodnym ciałem.

******

Wychodzę ze świątyni. Przechodnie od razu reagują. Część spuszcza wzrok, inni usilnie wpatrują się w horyzont lub podziwiają gzymsy. Jestem umarły za życia. Jestem Ristalāt’h.
Czuję pragnienie. Mój wzrok bez udziału woli znajduje dobrze znany mi szyld herbaciarni „Ważka na Liściu”. Mijam czerwony proporzec informacyjny i wchodzę do środka. Zdobiące sufit dzwonki grają wesołą melodię. To jedyny przejaw mojego wejścia.
W mgnieniu oka uwaga gości zostaje całkowicie skupiona na stołach lub czarkach herbaty. Rad’hār, dobrze znany mi właściciel przybytku, zaczyna z uporem maniaka czyścić jakieś naczynie. Chcę coś powiedzieć, ale nawet zwykłe powitalne „Sīesi Nahīm” staje mi w gardle. Bo któż odpowie na wołanie umarłego? Powoli podchodzę do lady. Widzę naczynie z parującym płynem. Bezbłędnie rozpoznaję Liście Południa, moje ulubione. Ostrożnie łapię oburącz czarkę. Rozglądam się.
Bez zmian, goście wciąż zaabsorbowani stołami, ewentualnie podłogą. Wszystko, żeby choć przypadkiem na mnie nie spojrzeć. W rogu dostrzegam znajome czułki mojego kuzyna imieniem Alarīs. Wpatruje się w swoją czarkę niczym kapłan w lunetę…
Zanurzam usta w przywłaszczonej właśnie herbacie. Nie spieszę się. Jak nakazuje tradycja, naprzemiennie upijam małe łyki i raczę się wonią naparu. Odstawiam powoli naczynie jak najbliżej gospodarza. Jego czułki zadrgały.
Kieruję się w stronę łukowatych drzwi wyjściowych. Czuję nagły przypływ odwagi. Odwracam się na pięcie.
– Sīesi Nat’hayī, żegnajcie.
Odpowiada mi cisza, ale to nie ona przeszywa teraz całe ciało. To sztylet rozdzierający me serce.

******

Rozświetlone przez popołudniowe słońce srebrne krople spływają leniwie po liściach świętych paproci. Zewsząd dochodzi dźwięk łopoczących proporców i uderzających o siebie bambusowych rurek. Niebawem, jak co dzień, zacznie padać.
De’iksanā, moja ojczyzna. Czy jest piękniejsze miejsce, by umrzeć?
Koturny sandałów stukają o żółtawą kostkę. Pragnienie ciała zostało nasycone, jednak dusza wciąż domaga się innego napoju. Krwi oprawcy. Ruszam w stronę domu mojego byłego pracodawcy. Idę powoli, racząc się ostatnimi promieniami słońca. Chcę, by już padało, kiedy wejdę do tej przeklętej posiadłości. Przechodnie pierzchają przede mną na boki. Dobrze, że moje lico zakrywa woal, głupawy uśmiech nieco kłóci się z wizerunkiem przeklętego Ristalāt’ha.
– Sīe Nahīm. – Słyszę za plecami. Nieelegancki akcent zdradza cudzoziemca. Obracam się powoli.
Utwierdzam się w przekonaniu. Brak diademu i chusty, a zamiast anańskich pierzastych czułków jakieś dwa maczugowate kikuty. Białe niczym mleko oczy połyskujące zza maski stylizowanej na twarz sugerują, że mam do czynienia z Zeryjczykiem.
– Odzywasz się do mnie? – pytam możliwie surowym tonem. Ostatnia rzecz, o której teraz marzę, to odpowiadanie na pytania jakiegoś głupiego barbarzyńcy.
– Uraziłem? Kolejny pielgrzym? Asceta? Kapłan? Generał!? – irytacja w głosie nieznajomego jest jeszcze silniejsza od jego pokracznego akcentu. Zaintrygował mnie.
– Nie podnoś głosu, inaczej zgarną cię strażnicy. Tu jest De’iksanā. – Schodzę z tonu, lecz nadal staram się brzmieć groźnie. Mój oryginalny wygląd chyba robi na nim wrażenie.
– Wybacz, panie. Po prostu szukam karczmy i totalnie nie mogę się dogadać z… kimkolwiek.
– Co to „kartsmā”? – pytam próbując powtórzyć śmieszne słowo, którego użył obcy. Wyraz cierpienia, które pojawia się na jego twarzy sprawia, że zaczynam go lubić.

******

Promienie słońca przebijają się przez wiszące w oknie koraliki. Nikt nie zadawał pytań, kiedy poprzedniego dnia przyszedł jakiś cudzoziemiec i wynajął spory pokój oraz zażyczył sobie niemałą porcję jedzenia. Tylko herbaty mu, słusznie, nie dano. Barbarzyńcy nie potrafią pić tak szlachetnych napojów.
Półleżę na czerwonym siedzisku, sącząc wodę z szerokiej czarki.
– Pozwól, że powtórzę jeszcze raz – obcy mówi powoli, jakby jednocześnie intensywnie myślał. – Twój szef zabił twoją córkę. Wasi kapłani wymyślili mu jakąś dziwną karę, że ma pomagać twojej rodzinie, czy coś, a ty chcesz go po prostu zaciukać… Ale możesz to zrobić tylko wtedy, gdy będziesz chodzić w tych niebieskich ciuchach, a pod koniec popełnisz samobójstwo?
Kiwam głową. Obcy robi dziwną minę, zupełnie jakby było to coś niecodziennego.
– I oficjalnie jesteś zmarły?
Ponownie potakuję, mimowolnie przewracając oczami.
– No dobrze już, dobrze. Nie gorączkuj się pan. – Zeryjczyk splata palce i posyła mi zza swej maski badawcze spojrzenie. Zastanawiam się, czy kiedykolwiek ją zdejmie.
– Pomożesz mi czy nie? – pytam zniecierpliwiony. Barbarzyńca przeciąga się.
– Jak już mówiłem, jestem agentem do wynajęcia. Coś jak ci wasi… Tsat’halat’hsī? Z tym, że nie służę głównemu kapłanowi, tylko tym, którzy mi zapłacą.
– Mówiłem ci już, że nie mam pieniędzy…
– Mówiłeś, ale nie oczekuję od ciebie zapłaty. Przynajmniej takiej zapłaty.
Cudzoziemiec jest coraz bardziej pewny, widzę, jak celowo bawi się ze mną. Czuję się nim coraz bardziej zmęczony.
– Pomogę ci – syczy w końcu, sięgając po swoją czarkę z wodą.
– Czego oczekujesz w zamian od umarłego?
– Sławy. Sławy! Jeżeli cię wesprę, zrobi się o tym głośno. Rzucasz się w oczy, jesteś rzadkością nawet na tych ziemiach.
– Ale wiesz, że…
– Tak, umarłemu nie można pomagać… przynajmniej w zabijaniu. O to już się nie martw, oficjalnie zabijesz go sam. O mnie dowiedzą się ci, na których mi zależy. Poza tym… – odchyla maskę, prezentując blade lico. Białe oczy jawią się teraz niczym wąskie szpary. – Po prostu uważam, że ten gość zasługuje na poderżnięte gardło.

******

Słońce powoli zachodzi. Proste strugi deszczu zacierają szczegóły otoczenia, niczym woal kontury mej twarzy. Powoli zapalają się żółte i zielone latarnie. Stoimy naprzeciw wielkiej posiadłości. Tuż obok niej powiewa proporzec z symbolami oznaczającymi siedzibę szczepu Włóczni-nad-Paprocią.
– To jaki mamy plan? – Pomimo ciemnego stroju i kaptura, srebrna maska cudzoziemca sprawia, że obcy rzuca się w oczy chyba jeszcze bardziej niż ja.
– Noo, wchodzimy i robimy swoje?
– Co? – Zeryjczyk puka się w maskę, która cicho dzwoni. – Chcesz się zemścić czy zdechnąć w drzwiach? Mówisz, że facet jest nadziany i ważny, tak? Naprawdę wierzysz, że wejdziesz sobie od tak do tej małej twierdzy? Że nie ma tam straży czy kogoś podobnego?
– Nie byłem nigdy w jego posiadłości…
– Ty chyba w ogóle w niewielu miejscach byłeś, co?
Do mych uszu dochodzi stukot koturnów. Z mgły i strug deszczu wyłania się mężczyzna z włócznią, której grot ukryty jest wśród kolorowych frędzelków. Strażnik.
– Co tu się dzieje, barbarzyńco? – pyta pogardliwym tonem. Robię krok do tyłu, wszak mnie tu nie ma.
– A, panie władzo, zwiedzam sobie ten piękny kraj. – Zeryjczyk wygląda na odprężonego. Zapewne nie jest to jego pierwsza rozmowa ze strażnikiem. Pytanie tylko, jak wygląda jego doświadczenie ze strażą anańską.
– Od zwiedzania jest dzień i centrum miasta, obcy. Wyraźnie słyszałem rozmowy… Czyżby konspiracja? – W międzyczasie wojownik podnosi broń do góry, by zasygnalizować reszcie, że mogą być potrzebni. Cudownie.
– A lubię czasem do siebie pogadać, panie władzo. Wszak nikogo innego tu nie ma. – odpowiada mój kompan, bezczelnie wskazując na mnie. Co on sobie myśli!?
– A więc zakłócanie spokoju! – syczy strażnik, dziwnym trafem kierując twarz w moją stronę. – Chłopaki! Zatrzymać tego cudzoziemca.
Zabrali go. Właściwie spodziewałem się jakiejś akcji. Prób ucieczki, szybkiego manewru rodem z opowieści o szpiegach. A tutaj nic. Po prostu poszli, a on razem z nimi.
Zostałem sam. Przeklęty Ristalāt’h, który „w ogóle był w niewielu miejscach”. A teraz musi szturmować posiadłość możnego rodu. Tyle, że całe życie zajmowałem się robieniem ozdobnych krat do okien…
Dostrzegam kątem oka jakiś ruch. To kartka. Deszcz na dobre przykleił ją do bruku, wygląda jakby miała się za chwilę rozpuścić. Delikatnie rozprostowuję papier. Widzę szereg koślawych znaków, starających się o bycie podobnym do pisma kapłańskiego uproszczonego, którym wszyscy piszemy na co dzień. Bez wątpienia wiadomość od Zeryjczyka.
„Nie ruszaj się nigdzie! Zabrali mnie, niech myślą, że jesteś sam. Zwieję za godzinę lub dwie, mam plan”.
O jakimkolwiek planie mowa, musi być lepszy niż mój: wejść i zginąć u progu.
Pada coraz mocniej, jak zwykle o tej porze. Mniej więcej po północy deszcz ustanie a chmury ustąpią, odkrywając rozgwieżdżone niebo – boski wachlarz Pana Nocy.
Jednak teraz strugi deszczu obficie spływają po mej chuście i szacie. Kiedyś słyszałem plotki, że w barbarzyńskich krajach robią ubrania, przez które przechodzi woda. To nie może być prawda. Przyglądam się latarniom. Pozłacane daszki z powodzeniem chronią ich serca – zielone lub żółte lampiony. Przez szum deszczu przebija się dźwięk łopocących proporców i uderzających koralików. Ponoć są kraje, gdzie tych dźwięków nie słychać wcale. To nie może być prawda.
– Cholera, jestem mokry jak żaba pod wodospadem!
Wzdrygam się.
– Tęskniłeś?
– Powiedzmy – odpowiadam, żałując w duchu, że udało mu się uciec.

******

Rozgwieżdżone niebo, odgłosy cykających owadów, powiewających sztandarów i uderzających o siebie koralików. I my.
– Tak więc mówisz, że jest u was taki zwyczaj, że bogaci wstawiają w okna ozdobne kraty?
Kiwam głową.
– Oczywiście ty potrafisz takową zamontować… oraz zdemontować.
– Jeżeli mam odpowiednie narzędzia.
Zeryjczyk wyjmuje małe zawiniątko. Jego przemoczone, czarne ubranie połyskuje w świetle księżyca. Obcy prezentuje mi szereg… narzędzi. Haczyki, wytrychy, coś przypominającego szczypczyki do jedzenia. Dostrzegam też kilka rzeczy podobnych do tych, którymi pracowałem za… za życia.
– I mówisz, że rozkład pomieszczeń będzie mniej więcej taki sam w każdej budowli, bo inaczej wasi bogowie się obrażą?
Kiwam głową.
– To jesteśmy w domu. Z drzewa wespniemy się na gzyms tamtej wieży, a później zeskoczymy na posiadłość, wprost na to złote coś w kształcie diamentu.
– Kopuła.
– Może i kupiła. Z góry opuszczamy się na taras i wtedy do akcji wkraczasz ty. Rozbrajasz okno, wpadamy do środka. Robisz swoje i spadamy. Głowa rodu na pewno będzie spać na górze?
– Na pewno.
– To ruszajmy wreszcie.
– A możesz to powtórzyć?
– Przecież przerabiamy to już piąty raz!

******

Każda noc w De’iksanie jest taka sama. Najpierw burza, później cisza i ciepłe, słodkawe powietrze. I tylko jedno wprawne oko dostrzega dwa, przemykające kilkanaście stóp nad ziemią cienie.
– Przytrzymaj i ciągnij – szepczę, podważając kratę. Stary dobry model „Przyczajonej ważki”, każdy zdejmuje się w ten sam sposób.
Głuche szczęknięcie, wyszła.
– Na bogów, ile to waży? – stęka Zeryjczyk.
– Tylko nie upuść, obcy. – Ostrożnie biorę kratę i opieram o łukowatą barierkę tarasu.
– Dińyorak! – syczy Zeryjczyk – Tak się nazywam.
– Dobrze, eee, Dinyarāk’h – odpowiadam, starając się nie przekręcić dziwacznego imienia. Ostatnią rzeczą, na której mi teraz zależy, to uczenie się zeryjskich nazw.
– Emm, po prostu mów mi obcy.
Jesteśmy w środku. Przed nami rozciąga się długi korytarz. Nasze kroki tłumi czerwony dywan z tradycyjnym wzorem przedstawiającym aloesy.
– Gdzie teraz? – szepcze Zeryjczyk.
– Gdzieś powinna być komnata, w której przechowują rodowe makaty oraz biżuterię.
– I że niby będzie tam spał?
– Nie, ale może tam medytować.
Szybko odnajdujemy łukowate, ożebrowane drzwi. Otwarte. Powoli wchodzimy do środka. Wita nas ciepłe światło zielonego lampionu, który wisi tuż nad czerwonym proporcem, na którym napisano Pismem Jedwabnym: „włócznia nad paprocią, skrzydło ćmy ostateczną bronią”. To proporzec rodowy!
Przed nim klęczy na siedzisku mężczyzna w zdobionej szacie. Z racji, że jest we własnym domu, nie ma na głowie diademu ani chusty, pozwalając swobodnie leżeć długim, czarnym włosom, z typowymi dla naszego narodu żółtymi końcówkami. Bezbłędnie rozpoznaję go po kształcie czułek. Salān Księżycowy Chód, zabójca mojej córki.
Dobywam oba miecze sayatār, ich krzywe ostrza opalizują przy blasku lampionu.
– Spodziewałem się ciebie, Tsat’ha’īs. – Słyszę nagle. Mężczyzna ani drgnął. Skąd wie, że to ja?
– Teraz odpowiesz za swoją zbrodnię – mówię starając się zachować groźny ton.
– Kiedy wreszcie zrozumiesz, że to był wypadek!? – Salān w mgnieniu oka podrywa się na nogi, po czym chwyta za powieszony na ścianie sayatār.
– Co to ma być? Nie pisałem się na pojedynek szermierski. – Słyszę rozdygotany głos Zeryjczyka. Ostatnie słowa dobiegają jakby z oddali.
– Tsat’ha’īs, jesteś sam – słowa sączą się powoli z ust głowy rodu – tylko ty i ja.
– Zabiłeś moją córkę, a później zmarła moja żona. Przez ciebie!
Ruszam na wroga. Koturny sandałów stukają o bambusową matę. W moją stronę wystrzeliwuje wraże ostrze. Wykonuję półobrót i tnę lewym mieczem. Zdaję sobie sprawę, że mając oręż w obu dłoniach jestem wystawiony na atak.
Moje ostrze przecina powietrze.
– Na bogów, odrzuć jeden miecz i walcz normalnie. To pojedynek a nie rytualne zabójstwo!
Ignoruję słowa oponenta, sam nie wiem dlaczego. Rozumiem, że ma rację, jednak coś… ktoś każe mi nie puszczać ostrza. Czyżby Niebieska Pani, władczyni umarłych?
– Giń! – krzyczę, wyprowadzając kolejne cięcie. Po kilku oddechach widzę tuż przed twarzą błysk wrogiej broni. W ostatniej chwili blokuję drugim mieczem.
Tępy ból w klatce piersiowej, wróg powala mnie solidnym kopniakiem. Nie mogę złapać oddechu. Jestem ranny?
– Popełniłeś błąd, przychodząc tutaj. – Przywódca rodu wykonuje zamach.
Ciemność, coś jest na mojej twarzy. Sztandar rodowy? Szybko odrzucam tkaninę.
– Myślałeś, że cię zostawiłem, co?
Zeryjczyk jest tuż za moim wrogiem i przyciska jego szyję drzewcem rodowego proporca. To koniec. Zaciskam palce na rękojeściach.
Żółte światło. Ktoś wszedł do pomieszczenia.
– Tato!
Mała dziewczynka upuszcza deltoidalny lampion.
– Seymarī! Uciekaj! – charczy Salān Księżycowy Chód, mój kompan jeszcze bardziej tamuje mu dopływ powietrza.
Czas staje w miejscu. Przed oczami jawi mi się moje własne dziecko, Ahmeā. Są tak łudząco do siebie podobne. Czuję w sercu coś dziwnego, jakby coś pękło, uwalniając tajemniczą zawartość. Czuję jak po policzku spływa mi łza.
– Zeryjczyku, puść go.
– Co? – Obcy zachowuje się, jakby zrozumiał polecenie na opak.
– Puść go!
Przywódca rodu kaszle.
– C-co ty robisz? – pyta, z trudem łapiąc oddech.
– Dokonuję właściwego wyboru!
Moje ostrza upadają na matę. Wciąż nie mogę oderwać wzroku od migdałowatych, żółtych oczu dziewczynki.
– Przeklęci Anaosi, ażeby was… Strażnicy! – Zeryjczyk szarpie mnie za ramię.
Czuję się jak wybudzony z letargu. Biegniemy ile sił w nogach do okna, którym weszliśmy. Jeszcze tylko kilka kroków.
– Nie tak prędko.
O framugę opiera się zamaskowana postać. Zielone zdobienia na brązowym stroju wskazują jasno.
– Tsat’halāt’h, szpieg najwyższego kapłana!
– We własnej osobie. Obserwuję was od samego początku tej waszej, grzmijcie bogowie, akcji. – Mężczyzna wyjmuje sztylet. – Sądząc po krzykach, twoja powinność została spełniona, umarły. Czas zatem na dobre udać się tam, gdzie formalnie już jesteś. Czyżbyś zapragnął powrotu do życia? Wiesz, czym to grozi?
– Bogowie, co za naród… – utyskuje Zeryjczyk – Nie ma na to żadnego, noo, haczyka?
– Nie, chyba, że…
Do mych uszu dobiega dźwięk dzwonka. Tego dzwonka.
– Czystokrwisty!
– Co?
– Nie teraz, obcy. Muszę tam biec, szybko!
– Ale, że jak?
Czuję zimno. Zimno płynące ze szklanego, wypełnionego trucizną ostrza. Nie wiem, jakim cudem, Tsat’halāt’h jest tuż przy mnie.
– Nigdzie nie pójdziesz. Albo odbierzesz sobie życie teraz, albo udasz się ze mną do świątyni, gdzie zostanie wykonany wyrok. Podaj mu sztylet, obcy! – syczy skrytobójca.
Dźwięk dzwonka jest coraz cichszy. Wraz z nim zanika moja ostatnia nadzieja.
– C-co? Ja? – pyta teatralnym tonem Zeryjczyk.
– A widzisz tu jeszcze kogoś? – Tsat’halāt’h zdaje się coraz bardziej zdenerwowany.
Biorę prosty sztylet mojego kompana. Może i nie jest to ostrze sayatār, ale z pewnością uda mi się nim podciąć żyły. Klękam, przyjmując pozycję wojownika.
– Żaden Tsat’halāt’h nie będzie przebywać w siedzibie mojego rodu, bez mojej zgody!
Mimowolnie obracam się. Za plecami stoi kilku uzbrojonych mężczyzn, a na ich czele Salān Księżycowy Chód. Wszyscy mierzą ostrzami w stronę skrytobójcy.
– Biegnij, jest jeszcze nadzieja. – Ciche słowa mej niedoszłej ofiary są ledwo słyszalne. – Jestem ci to winien, a nie lubię mieć niespłaconych długów. Biegnij!
Biegnę. Pokonuję korytarz, z trudem utrzymuję równowagę na schodach. Dźwięk dzwonków jest już ledwo słyszalny.
Dostrzegam otwarte na oścież drzwi. Wybiegam na zewnątrz.
– Straże! Nie dopuśćcie umarłego do Czystokrwistej! – słyszę dobiegający z okna wrzask skrytobójcy.
Dwóch wybiega wprost na mnie. Z trudem unikam grotu ukrytego za pękiem frędzli, po czym wykonuję przewrót. Zostawiam ich za sobą.
– Gonić go! Tam jest! – Słyszę pokrzykujących wojowników. Nie oglądam się za siebie, jednak wiem, że z każdym oddechem jest ich coraz więcej.
W oddali dostrzegam kołyszące się światło fioletowej latarni. Dźwięk ceremonialnych dzwonków znów przybiera na sile. Jeszcze tylko jedna przecznica.
Drzewce z impetem uderza w mą piszczel, od razu zwalając mnie z nóg. Po chwili czuję na plecach ciężar drugiego strażnika.
– Mamy cię, ptaszku. Myślałeś, że nas oszukasz? Idziemy wprost do świątyni, zginiesz ostateczną śmiercią jeszcze dziś.
Dwóch wojowników łapie mnie z obu stron, trzeci idzie tuż za mną. Z przodu kolejna dwójka. Nie mam szans. Czekam na śmierć. Śmierć zdrajcy. Śmierć, która sprawi, że ważka Niebieskiej Pani nie przyleci po mą duszę.
Obraz ciemnieje. Moją głowę rozrywa dobiegający z jej wnętrza przeraźliwy pisk. Siedzę? Leżę? Chyba siedzę na bruku. Masuję skronie, otwierając powoli oczy. Widzę fioletowe światło.
Przede mną stoi lektyka. Wszędzie pełno elitarnych wojowników, Gwardzistów Masataha. Za mną klęczą eskortujący mnie strażnicy.
Lektyka Czystokrwistego. Padam na twarz.
– Sak’hayī! Wasza świątobliwość! Pozwól mi mówić! – krzyczę nie odrywając twarzy od chłodnego bruku.
Czuję jak potężna siła wbrew woli podnosi moją twarz. Zamykam oczy, lecz powieki zostają po chwili siłą otwarte. Patrzę wprost na nią. Siedzącą pod ozdobionym fioletowymi lampami i złotymi frędzlami palankinem. Kobietę niespotykanej urody, o ogromnych oczach i długich rzęsach jak u bogów. Czystokrwistą.
Jej wola każe mi patrzeć jej prosto w oczy. Walczę z samym sobą, by przypadkiem nie zerknąć na jej piękne, paprociokształtne czułki.
– Chciałeś zakłócić moją podróż, umarły. Dlaczego? – Władczy ton Czystokrwistej zdaje się odbijać we wnętrzu mej głowy.
– Sak’hayī! Wasza świątobliwość! Przyszedłem błagać cię o akt łaski. Uczyń mnie na powrót żywym!
– Jak śmiesz!
Siła woli niewiasty przygwożdża mnie do ziemi. We wnętrzu mej głowy rozbrzmiewa upiorny pisk, przechodzący w ostry ból. Świat zaczyna wirować, barwy blakną. Ból jest nie do zniesienia.
Ustaje. Z trudem łapię powietrze. Nawet nie marzę o podniesieniu wzroku.
– O potężna pani! – takim akcentem włada tylko mój Zeryjczyk.
– Masz się do mnie zwracać Sak’hayī, barbarzyńco! – syczy Czystokrwista.
Do moich uszu dobiega jęk cudzoziemca. Czy on ma w ogóle pojęcie, że ona może go zabić siłą woli?
– Wy-wybacz, Sak’hayī…
– Mów, barbarzyńco!
– Byłem przy nim…
– Pomagałeś mu? Wiesz czym to grozi!?
– Emmm, nie, ale… On nie zabił. Darował mu! Zaniechał zemsty!
Wsłuchuję się w słowa cudzoziemca. Chyba jednak zrozumiał więcej, niż mi się wydawało. Znów, wbrew woli, spoglądam w jej cudowne oczy. Boję się, że niechcący zerknę nie tam gdzie trzeba i zginę na miejscu.
– Tłumacz się, umarły. – Jej głos stał się spokojny, nawet nieco dobrotliwy. Jednak wiem, że nastrój może zmienić się w mgnieniu oka.
– Nie chcę się mścić…
– Ale wcześniej chciałeś. Zdecydowałeś, by odprawiono twój pogrzeb!
– Chciałem…
– Ale?
– Chciałem go zabić, mogłem to zrobić i wtedy… Nie wiem, jak to powiedzieć.
– Może po prostu słaby z ciebie kłamca?
– On mówi prawd…
– Zamilcz, Zeryjczyku!
Czystokrwista podnosi się. Powłóczysta szata faluje, doskonale zgrana ze złotymi włosami. Zewsząd otaczają mnie Gwardziści Masataha. Niewiasta chwyta oburącz moją twarz. Czuję zimne, aksamitne palce. Wola kobiety zmusza mnie do ponownego spojrzenia w jej żółte oczy. Coś mnie ciągnie do tyłu. Spadam?
Widzę, jak zmierzam w stronę lektyki, biegnę schodami, czuję na szyi zimne, szklane ostrze skrytobójcy… Jakby czas biegł w przeciwnym kierunku.
Stoję nad moją ofiarą, pragnę zemsty.
– Seymarī! Uciekaj! – charczy Salān Księżycowy Chód. I widzę ją. Moją córeczkę. Wypuszczam miecz z dłoni.
Mocne szarpnięcie wybudza mnie z transu. Klęczę przed palankinem, Czystokrwista znów patrzy na mnie z siedziska. Jej siła woli zaciska moje oczy. Czuję ostry ból powiek, jakby lizały je języki ognia.
– Odtąd twe oczy będą zdobić pionowe, czerwone pasy. Znak odkupienia. Porzuciłeś zemstę, pozwoliłeś swemu sercu powrócić do świata żywych.

******

– Co teraz zrobisz?
– Nie wiem, Zeryjczyku. Wciąż prawnie jestem umarłym, nie ma tu dla mnie miejsca.
Cudzoziemiec przeciąga się.
– Może zatem… pójdziesz ze mną?
– Włóczyć się po świecie i zarabiać na przekrętach? Być agentem do wynajęcia? Dzięki, ale wolę moje kraty okienne.
– Wiesz, ostatnia noc dała mi nieco do myślenia. Co prawda nadal nie rozumiem was, Anaosów, ale czuję, że chyba czas na zmianę. Na coś nowego – wskazuje na najbliższy budynek – jak myślisz, ile dałby jakiś nadziany kupiec z Ashtery za takie coś w swoim oknie?
– Chyba nie chcesz powiedzieć, że…
– Widzisz, przyjacielu. Kiedy zeszłej nocy podważaliśmy tę kratę, jakby coś we mnie pękło.



Ratasā sae’ut’hā wiratanata’n k’haysā, sae’ut’hā ahdā, saetsit’hā basā,
Darmā ahsahtazi’ēy ki ildā asyaēy ih Nāey pak’hasī.
„Gniew zburzy mury warowni, roztrzaska tarczę, utnie głowę,
Miłość tego nie uczyni, ale to gniew korzy się u jej stóp.”
Przysłowie anańskie, autor nieznany.



ARHIZ

Link do opowiadania na Fantastyka.pl.

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Popatrz prosto w gadzie ślepia...

W zeszłym roku bawiłem się nieco Gimpem, tworząc szereg jaszczurzych tekstur. Graczy zachęcam do testowania, resztę do oglądania (więcej screenów w podanym linku). Praca załapała się do pierwszej piątki najlepszych modyfikacji do Morrowinda miesiąca grudzień na TES Nexus.

Link do Nexusa










ARHIZ

niedziela, 12 listopada 2017

Lunatyczka i ćma




Kątem oka dostrzegam czerwone światełko komunikatora, zwiastujące nadejście nowej wiadomości.

– Lee, jesteś najbliżej… – Otto, skupiony na sprawdzaniu gnata, nawet nie podnosi wzroku.

Nie chce mi się… ale faktycznie jestem najbliżej. Patrzę błagalnie w stronę zawsze milczącego Johna. Jego wzrok mówi wszystko. Od niechcenia sięgam po prostokątne ustrojstwo. Wzdycham.

– Słuchamy, mandarynie – dobiega do mnie głos Johna. Czyli jednak jeszcze potrafi mówić.

Odchrząkuję donośnie, parodiując głos prezentera telewizyjnego.

– Dodatkowe rozkazy dla wszystkich członków grupy operacyjnej Tango cztery. Pod żadnym pozorem nie wchodzić na pokład anańskich statków i obiektów badawczych bez uprzedniej zgody centrali.

– Super. Za dziesięć minut dostaniemy informację, że bez zgody centrali nie wolno nam gmerać w ich gaciach – kwituje Otto.

Odruchowo zerkam na naszego gościa. Ile to już wymyśliliśmy dla niego przezwisk? Samuraj, Ostatni Mohikanin, Saladyn, Czyngis Chan… Kiedy mówiono nam na szkoleniu o Insektoidach, wyobrażałem sobie coś… podobnego do owada? Nie wiem, sześć nóg, żuwaczki, chociaż odwłok? Ten tutaj wygląda w zasadzie jak człowiek. W dodatku nosi na łbie czerwoną szmatę i koronę rodem z Miss World, a do tego jakby zbroję, która mi osobiście kojarzy się z Chinami, ale Otto twierdzi, że jest bardziej aztecka. No dobra, ma ogromne żółte oczy i czułki jak ćma, ale, szczerze, widziałem bardziej obco wyglądające cosplaye niż fizjonomia tego kosmity. Cholerna ewolucja zbieżna.

I te przeklęte komunikaty z centrali co minutę: To pierwsza taka misja w historii ludzkości. Nie spieprzcie tego. Nie dłubać w zębach bez zgody dowództwa…

– Cholera, gdzie ten tłumacz? – Otto zawsze świruje, kiedy nowy skoczy choćby na siku. W sumie wszyscy jesteśmy tym zmęczeni. Niby śmieszkujemy z centrali, ale każdy doskonale zna powagę sytuacji. I tak od dwóch miesięcy.

– Jestem, jestem. A nie można grzeczniej? Nazywam się Woo. – A oto i nasza świeżynka. Niestety pierwsze dwa tygodnie „kwarantanny”, kiedy był potulny jak baranek, minęły bezpowrotnie. Zwłaszcza, że gówniarz coraz lepiej zdaje sobie sprawę, że jesteśmy od niego uzależnieni jak systemy obronne od Internetu.

– Nie spinaj się – próbuję załagodzić sytuację – mówiłem ci już, że mamy w brygadzie taki zwyczaj, że po imieniu zwracamy się dopiero po pierwszej wspólnej akcji.

– Bo w pierwszej akcji młokosy zazwyczaj umierają. Nie spamiętalibyśmy tych wszystkich imion. – Na twarzy Otto gości szyderczy uśmiech.

– Młody – dodaję łagodnym tonem – naprawdę nie jest tak źle. Nie chcesz wiedzieć jak gadali na mnie przez pierwsze dwa miesiące.

– Hmm? Przecież Główny Grenadier brzmi całkiem nieźle.

– Taaa, tyle że wołali na mnie… Bumbuś. – Otto wybucha spazmatycznym śmiechem.

Odruchowo zerkam na kosmitę. Prawda jest taka, że cały czas chodzimy na palcach, bojąc się beknąć czy unikając jakichkolwiek gwałtownych ruchów, wszak nie ma do końca pewności, jak on to zinterpretuje… i wszystkim zaczyna nam już powoli odbijać.

„Samuraj” ignoruje nas. Wyciąga jakiś żółty rulon, rozwija go i coś na nim bazgrze. Tak, oni wciąż używają papieru…

– Tłumacz, co on robi? – pyta Otto rozbawionym głosem – maluje sobie pocztówkę, bo nie wynaleźli także aparatu? – Nowy spogląda przez chwilę w stronę insektoida.

– To wiersz Haki’ā. Używa Pisma Jedwabnego, by podkreślić powagę sytuacji. To… tam jest chyba coś o naszym sojuszu i pierwszej wspólnej akcji. Dla upamiętnienia tego wydarzenia.

– No mówiłem, że pocztówkę rysuje! – Otto znów dostaje głupawki. Uspokaja go dopiero karcące spojrzenie Johna.

– Młody? – pytam, ukradkiem śledząc Anaosa. Subtelne pociągnięcia pędzlem przywodzą na myśl japońską kaligrafię.

– Ta?

– Jak to jest, że oni nie znają głupiej maszyny do pisania, komputera, nawet, kurde, łyżki, ale mają być dla nas wsparciem w odbijaniu planety macierzystej?

– Cóż, ich technologia po prostu rozwijała się w inny sposób. To trochę jak Inkowie, niby nie znali koła czy gwoździa, ale ich architektura…

– Inkowie dostali od Hiszpanów tak, że pozbierali się dopiero po trzech tysiącach lat. Konkrety, młody, konkrety.

– Ech, po prostu to oni wynaleźli napęd protonowy, a nie my.

– O to, to. – Otto znów się uruchamia. – Widzisz, Lee. Kiedy nasi przodkowie wymyślali liczydła, łyżki, iPhony i inne niepotrzebne rzeczy, tamci siedzieli w jaskini i pracowali nad napędem protonowym!

Anaos podnosi wzrok. Gdy spoglądam głębiej w ogromne, migdałowate ślepia, dostrzegam maleńkie ommatidia. Błyskawicznie wskazujemy na tłumacza, tak jak uczyli nas w centrali.

– Idityunjā oh’nassā – artykułuje Anaos, prezentując garnitur małych, ostrych ząbków. Zerkamy na młodego.

– Eeee, napęd cząsteczko… protonowy. Tak powiedział.

– Cholera – wzdrygam się – on zaczyna łapać mandaryński. Jak zbystrzy się co gada Otto, będziemy mieli Wojnę Światów.

– Tak w kwestii filmów. – Na twarzy naszego niemieckiego kolegi gości szelmowski uśmiech. – Co lepiej byłoby mu puścić? Siedmiu Samurajów czy jakiś Bollywood?

– Mrówkę Z – kwituje John.



******



– Zbliżamy się do Ziemi. Przygotować się do rozpoczęcia operacji „Nowy Świt”. – Głos pani komandor zmysłowo sączy się z głośników. To znaczy, że cały skok nadprzestrzenny mamy już za sobą. I pomyśleć, że za dzieciaka bawiliśmy się, że powoduje on przeciążenia.

Za dużym, kilkunastometrowym oknem widnieje fioletowa planeta. Kolebka rodzaju ludzkiego… coś, co kiedyś zwaliśmy naszym domem. Ponoć kiedyś była, no, bardziej zielono-niebieska?

Anaos wstaje i podchodzi do okna. – Sīesiy etik’hanā. – mówi, wciąż wpatrując się w glob. – Ahhaeha’n ka’ndatayā. Tēa fada’ih’nlāt’h.

– Wasza ojczyzna – tłumaczy młody. – Niee… nie była fioletowa. To podróżu… to Lunatyczki.

– A wy wiecie, jak je zabić. Przetłumacz – dodaje John.



******



Jesteśmy na powierzchni. Faktycznie wszystko jest fioletowe, jakby posypane jakimś przeklętym pudrem. W tle zaś majaczą wysokie na setki metrów, kopulaste wieże. Witajcie w krainie Lunatyczek, dawniej Ziemia.

Zamykam hełm, poprawiam pancerz i chwytam oburącz to, co daje mi w tej robocie prawdziwe poczucie bezpieczeństwa: granatnik dalekozasięgowy IRK-231. Otto wtóruje mi, wyciągając podwójny karabin maszynowy TK-54. Tłumacz dostał generator osłon… mam nadzieję, że umie to obsługiwać. I jest jeszcze John ze swoją snajperką. Grupa operacyjna Tango-4, czas obudzić parę Lunatyczek.

– Rozkaz od centrali, pilne. – Ze słuchawek w hełmie rozbrzmiewa przyjemny głos. – Zadaniem waszego oddziału jest bezwarunkowa ochrona Anaosa. To absolutny priorytet.

Ma się rozumieć, pewnie zaraz wyciągnie jakiś kosmiczny laser i spali te zdziry na popiół. Po lewej stronie widzę chłopaków z grupy Alfa-5, zaprawionych weteranów walczących zawsze w pierwszej linii. Patrząc na ich giwery, zastanawiam się, czy nasz kosmita w ogóle się na coś przyda. Właśnie, ciekawe jak wygląda jego broń…

– Że co, do diaska!? – przesterowany głos Otto niemal rozsadza mi czaszkę.

– Nie drzyj się, zapomniałeś, że masz już nowy mikrofon?

– To zobacz co on przypina do pasa! – Ach, moje uszy!

Oniemiałem. Insektoid pieczołowicie poprawia dwa miecze, coś przypominającego szaszmiry. Serio? Miecze? To ma być broń na Lunatyczki?

Nawiązuję nowe połączenie głosowe.

– Tłumacz?

– Tak?

– Powiedz mi, że ten ufok nie będzie walczył z Lunatyczkami mieczami.

– Nie mam pojęcia, jak chce walczyć, to zupełnie odmienna, nieznana nam technologia. Pamiętasz, co mówiłem o Inkach? – Wyciszam rozmówcę. Pamiętam jedynie, że Inkowie dostali po rzyci aż ich było szkoda… a teraz to my mamy odgrywać ich rolę?

Wysoki pisk. A teraz szum w słuchawkach. Co z łącznością?

– Tango? Ktoś mnie słyszy?

Trzaski, znów pisk.

– Idzie. – Przez zakłócenia, grobowy głos Johna zabrzmiał, jakby mówiła sama śmierć.

Coś majaczy na horyzoncie. Jej turkusowa, smukła sylwetka staje się coraz bardziej widoczna na tle fioletowych pagórków. Zbliża się, zbliża się z cholerną szybkością. Ci, którzy przeżyli spotkanie z Lunatyczką, opowiadają w kółko o jednym obrazie, “Płonącej żyrafie” Salvadora Dali. I najgorsze jest to, że ona faktycznie wygląda jak to coś na pierwszym planie dzieła artysty. Smukła kobieta bez twarzy, która zdaje się lewitować nad ziemią… i jest coraz bliżej.

Rakieterzy z Alfa-5 wybiegają naprzód. W stronę Lunatyczki mknie kilkadziesiąt wstęg – najnowsze ładunki zapalające. To będzie wielka dziura w ziemi. Zaraz… co? To przez nią przelatuje! Wszyscy otwierają ogień, dołącza do nich Otto ze swoją podwójną giwerą. Wszystko na nic! Jest coraz bliżej.

Znów głośne zakłócenia. Na szczęście bardzo krótkie. Powraca pełna łączność. Co ten cholerny Anaos robi? Wychodzi kilka kroków przed nas, stoi. Tłumacz! Powiedz mu, żeby…

– Tango cztery, utrzymać pozycję. Pod żadnym pozorem nie zmieniać lokalizacji! – grzmi komunikat od jakiegoś goryla z bazy. Ja chcę panią komandor!

Lunatyczka wykonuje nagły zryw do przodu, chwytając oburącz jednego z rakieterów. Ona go… całuje? Tak to by wyglądało, gdyby miała usta. Turkusowa istota zdaje się przyssana swoją „twarzą” bezpośrednio to głowy ofiary, zupełnie jakby przeniknęła przez hełm. Żołnierzem targają drgawki, reszta przerzuciła się na karabiny i strzela jak oszalała. Wszystko na nic. A przeklęty insektoid stoi, nawet nie drgnie!

Chłopaki z Alfa-5 przyjmują szyk defensywny. Lunatyczka oddala się, ale zdaje się przymierzać do drugiego podejścia. Facet od pocałunku leży, poruszając bezładnie kończynami. O tych, którzy doznali „zbliżenia” mówi się, że utracili duszę… cokolwiek to znaczy.

Anaos robi kilka kroków naprzód. Wreszcie! Niech nawet walczy tym swoim mieczem, ale niech coś zrobi! Co? Że co? Wyciąga wachlarz!?

– Lee, powiedz mi, że mam omamy!

– Otto, przestań się drzeć, bo mi głowę rozsadzisz. Tak, widzę.

Insektoid unosi wachlarz. Wygląda trochę jak gejsza. Wykonuje zamaszyste ruchy kojarzące się z Tai-Chi. Koturny jego sandałów zaczynają tlić się żółtym światłem, każdemu stąpnięciu zaczyna towarzyszyć dzwoniący dźwięk. Taniec zyskuje na dynamice. Wciąż zachowuje orientalny charakter, lecz teraz coraz bliżej mu do harców Irokezów czy innych Siuksów.

Lunatyczka naciera na Anaosa. Jego taniec staje się coraz bardziej chaotyczny, jakby miotał nim silny wiatr. Zatrzymuje się. Stoi z otwartym wachlarzem i czeka.

– Tu centrala, utrzymać pozycje za wszelką cenę! – Ile razy nam to jeszcze powtórzą?

– Chłopaki, czy to normalne? – pyta młody.

– Tłumacz? To ty nam powiedz, co odwala ten twój ufok.

– Eee, chodzi mi o nasz statek.

Oglądam się za siebie. Czerwony ogień silnika powoduje niemałą kurzawę fioletowego pyłu.

– Oni odlatują! Bez nas! I rakieterzy z Alfa pięć też gdzieś zniknęli! – Przesterowany głos Otto zagłusza wszystko inne.

Lunatyczka jest tuż przed nami. Nasz kosmita chwieje się lekko, wygląda jak pijany. Jest w transie? Turkusowa istota wpija się w Anaosa. Już po nas… Zaraz! Ten łapie ją w pasie. Lunatyczka wyrywa się, jednak wygląda na bezsilną. Jej ciałem zaczynają targać drgawki.

– Trafiła kosa… – komentuje John.

Anaos przechyla Lunatyczkę do tyłu, jak podczas tanga. Jego usta wciąż stykają się z… miejscem, gdzie teoretycznie powinny być jej wargi. Ciało turkusowej istoty zaczyna pokrywać się siateczką pęknięć, z których wydobywa się żółte światło. Moje uszy przeszywa straszliwy pisk, gorszy niż przestery Otto.

– Haha! Let me be your valentine! – No dobra, na równi z przesterami Otto.

Ciało Lunatyczki eksploduje niczym nadmuchana foliowa torba. Wszędzie pełno drobnych, turkusowych kawałków, które zdają się naelektryzowane. Anaos upada na kolana.

– Tu centrala, jak mnie słychać? – Pani komandor! Nareszcie!

– Tu Tango cztery, statek…

– Otrzymujecie zezwolenie w kwestii wejścia na pokład anańskiego fraktowca Watirawayralāt’h.

Tłumacz podbiega do kosmity, pomaga mu wstać. Ten wygląda na nieco osłabionego, ale poza tym chyba nic mu nie jest. Tygrys normalnie… Podbiegam do nich.

– Co to znaczy to watira-cośtam? – pytam.

– Siejący wiatr? Wietrzny siewca? Coś w ten deseń – odpowiada młody.

– Sun. – Anaos wskazuje przed siebie. Po dłuższej chwili zauważam, że coś wisi niemal tuż przed nami. Skubane ufoki, niezłe mają pole maskujące. Ciekawe jak wygląda ich statek, pewnie coś rodem z tego najnowszego filmu o androidach.

– Co oni sobie, do jasnej cholery, myślą!? – Otto nie można pomylić z nikim innym. – Wysyłają nas na planetę Lunatyczek, nic nie mówią, potem nas zostawiają, teraz znowu coś. Czy nie można było od początku powiedzieć, jaki jest plan?

– Gdybyś naprawdę znał plan centrali, w życiu nie zszedłbyś z pokładu – sarka John.

Osłona statku kosmicznego zanika. Wygląda to tak, jakby spływała z niego rtęć, którą wcześniej został polany. Przed nami wisi coś, co przypomina… czerwono-złotą galerę. Powoli zaczynam się przyzwyczajać.

– Rozumiem, że puszczą nam teraz z góry linę – skomentował Otto, o dziwo, ściszonym głosem.

– Inkowie…

– Zamknij się!

Na horyzoncie majaczą turkusowe sylwetki. To Lunatyczki upominają się o swoją siostrę. Słyszę dziwne zawodzenie, jest w nim nuta żalu, ale przede wszystkim furia.

Ruszamy w stronę statku. Przód kadłuba zakończony rzeźbionym, pierzastym wężem, z tyłu coś na kształt pawiego ogona. Nawet wiosła są! Tylko żagla brakuje. Ze złotego dziobu wystrzeliwuje w naszą stronę wiązka równie złotego światła. Promień ściągający? Czyżby chociaż jedna rzecz będzie jak w filmie?

Anaos wyjmuje jakiś… bębenek. Coś o kształcie puszki po kawie. Uderza palcami w różne miejsca, generując sporą gamę dźwięków: od dzwonienia po tony typowe dla starej patelni.

– Tłumacz, co on robi? – pytam.

– Przedstawia się, wygrywa swoistą melodię. Chyba coś jak nasze hasła.

Cokolwiek wyprawia, nie nazwałbym tego melodią. Choć bardzo się staram, nie jestem w stanie wychwycić żadnego rytmu. Brzmi to raczej tak, jakby walił na oślep w losowo wybrane części bębna. Zaczynam tęsknić za niemieckim techno, którym zawsze raczy nas Otto. Snop światła zmienia barwę na zieloną. Chyba…

– Eee, że jak? – pytam mimowolnie, choć doskonale wiem co się stało. Jesteśmy w środku. Czyli jednak promień ściągający.

Wystrój kojarzy mi się nieco z burdelem: dużo czerwieni, na ścianach jakieś tkaniny. Pod sufitem coś, co przypomina lampiony, do tego masa koralików i frędzelków. Wszystko w tonacji złoto-czerwonej plus nieco fioletu. Normalnie chiński nowy rok.

Anaos pokazuje gestem, żebyśmy poszli za nim. Mijamy pokryte ornamentem, łukowate drzwi i trafiamy do salki z dużymi poduchami. Tylko sziszy brakuje. Siadamy, zachęceni gestem kosmity. Przed nami widnieje, chyba, schowana pod złotym daszkiem szyba. Za nią widzę coś, co zdaje się kokpitem. Na zdobionym dywanie siedzi trzech Anaosów. Wyglądają właściwie jak nasz, ale mają dodatkowo jakieś szaliki. Przed nimi dostrzegam, o dziwo, kokpit. Co prawda nie ma tam lampek ani, o zgrozo, komputerów, ale jest chociaż szyba. Chociaż coś jest tutaj normalne.

– To kapłani – wyjaśnia tłumacz.

Patrząc na obraz zza szyby, opuszczamy właśnie planetę i wchodzimy w przestrzeń kosmiczną. Centrala milczy, czyli mamy nic nie robić i czekać na dalsze rozkazy. Dostrzegam w oknie kilka wiosłopodobnych struktur, które widziałem wcześniej. Końce rozszerzyły się tak, że przypominają teraz napięte płetwy. Wygląda na to, że to… baterie słoneczne. W każdym razie lecimy. Statek nie ma żadnych silników ani nawet wspomnianego żagla, ale lecimy. I to nawet do przodu. Jest dobrze. Zaraz… w oddali pojawiają się jakby falujące prześcieradła. To „statki” Lunatyczek!

– Sat’hayā Yarī – mówi jeden z kapłanów. Jego głos jest doskonale słyszalny, pomimo, że są stosunkowo daleko i w dodatku za szybą. Drugi, siedzący obok, zaczyna wygrywać coś na bębnie, podobnym do tego, na którym grał nasz „Samuraj”.

– Tłumacz?

– Świetlista Włócznia. Nie mam pojęcia co to może oznaczać, zapewne to jakiś frazeologizm.

– Oby – Otto stuka palcami w kolano – czekam na superkosmiczny laser, który powywraca te skarpety Lunatyczek na lewą stronę.

Coś zaczyna się dziać przy złotym wężu na dziobie. W jego pysku kumuluje się żółte światło. Czyżby kosmiczny laser? Oby się szybko naładował. Statków Lunatyczek jest coraz więcej, a nasz „holender”, z tego co widzę, nie zamierza uciekać.

Słyszę głośne syknięcie. Z pyska złotego gada wysunęła się… świetlista włócznia. Taka czterometrowa i wyglądająca jak zrobiona z czystej plazmy. Chcesz latających spodków i laserów? Poczytaj science-fiction. Tutaj jest prawdziwe życie, kosmici latają na galerach i walczą wachlarzami oraz złotymi pikami.

Wróg rozpoczyna ostrzał. W naszą stronę lecą setki turkusowych kropel wielkości, jeśli dobrze widzę, człowieka. Zupełnie jakby Lunatyczki strzelały kisielem.

– Kiedy jeden z naszych statków dostał z takiego czegoś, dosłownie odwrócił się na lewą stronę. Z załogą i ich skórami włącznie – odzywa się John. Czyżby Otto miał zadatki na proroka?

Tutaj jednak nikt, poza nami, nie wygląda na zdenerwowanego. Nasz Anaos siedzi i popija coś z małej czarki, siorbiąc przy tym niemiłosiernie. Wskazuje gestem na naczynia stojące tuż przy nas na niskim stole. Jakoś wcześniej tego nie zauważyłem.

– Tego, chyba nie powinniśmy odmawiać – mówi powoli tłumacz.

– W porządku. Ty pierwszy – odzywa się John.

– Dobra, raczej nie podali nam kwasu. Ta akcja była organizowana pięć lat. – Chwytam czarkę, żeby dodać młodemu otuchy. Trzymam oburącz, naśladując kosmitę i pociągam łyk. Hmm, ciepła woda. Nie gorąca, tylko ciepła. Dopiero po chwili wyczuwam coś przypominającego zieloną herbatę z miętą. Kurczę, taką lurę piłem ostatni raz w akademiku na studiach, kiedy zalewało się każdą torebkę po cztery razy.

– To chyba Zioła Wiatru – komentuje tłumacz. – Okazują gościnność zupełnie jak my, Chińczycy.

– Rozumiem, że jesteście wzruszeni – wtrąca się Otto – ale nazwa tego napitku nie wróży niczego dobrego.

Wzdrygam się. Pociski Lunatyczek są tuż przed nami. Cholera, przez chwilę naprawdę zapomniałem o całej sytuacji. Może te ich ziółka wcale nie są takie słabe. Czuję też dziwny spokój i poczucie bezpieczeństwa. Nie chcę wiedzieć, czym jest ten dziwny napój, ale wypijam kolejny łyk. Przecież strzeże nas świecąca włócznia, co może pójść nie tak?

Pociski są tuż przy statku. Rozpływają się, po czym zostają ściągane przez tę dziwaczną pikę. Zupełnie jakby akumulowała ich energię. Lanca staje się coraz dłuższa.

– Mam głupie skojarzania – kwituje Otto.

Pocisków jest coraz więcej i więcej. Nasza włócznia wydłuża się do niebotycznych rozmiarów. Jej deltoidalny grot zniknął mi z pola widzenia, widzę tylko długaśny, świecący promień. Czyżby jednak super laser?

Kapłan zmienia wygrywaną melodię na bardziej dynamiczną. Jest równie nieskładna jak poprzednie, ale tempo uderzeń wyraźnie wzrasta. Dołącza do niego drugi, grając na fleciku. Ciekawe, czy za ścianą czekają już puzony.

Włócznia zaczyna dziko poruszać się. Jest całkowicie sztywna, a jednocześnie zmienia położenie tak szybko, że nie jestem w stanie dokładnie śledzić jej ruchów. Nie wiem, jak długa jest w tej chwili, ale otaczające nas statki, których teraz są setki, zaczynają rozrywać się na strzępy, podobnie jak wcześniej ginęła Lunatyczka. Mija kilka chwil. Znów jest bezpiecznie, w dodatku wszędzie pełno „konfetti”.

– Sat’hayā yarī, Sēasiy zinan’īh sinahdinā – wyraźnie zadowolony Anaos głośno upija kolejny łyk napoju.

– Eee, świetlista włócznia, nasza najnowsza wie… technologia – tłumaczy młody.

– Słuchajcie, to co teraz grają, to jakby Devil Drums, co nie?

– Otto, nikt nie kojarzy twojej muzyki, daj spokój.

– Woo. – John patrzy krytycznie na czarkę, sięgając drugą ręką do kieszeni.

– Jak mnie nazwałeś? – Młody wygląda na zaskoczonego.

– Przeżyliśmy dzięki ich wiedzy i technologii. Czas się odwdzięczyć. Woo, przetłumacz – John wyciąga powoli srebrną część zastawy – przetłumacz: to, jest, łyż-ka.

– Eeee, Tāe Ahsat’hayalat’ha’nassā*?





* – w wolnym tłumaczeniu: przedmiot-do-jedzenia-używany-przez-barbarzyńców.





ARHIZ


Link do opowiadania na Fantastyka.pl
Link do obrazka na Deviantart