Fanpage na Facebooku

czwartek, 13 kwietnia 2017

Problemy Stworzyciela

– Po czwarte, twa Guna… – rzekł leniwie Lotosooki Wisznu, nad którego głową falował baldachim z węży.
– Moja Guna? Nie przesadzacie!? – Wszystkie cztery głowy Brahmy, Boga-Stworzyciela, emanowały oburzeniem.
– Istotą twej Guny jest porywczość. – Lekko senny sposób mówienia Lotosookiego kontrastował z obrażonym tonem Brahmy – a co za tym idzie, także ciekawość. W naszych jaźniach wciąż żywe są wspomnienia dotyczące twych niecnych czynów z początku świata, przy Słupie Ognistym.
– Wypraszam sobie! – Stworzyciel nie krył rozgoryczenia. – Moja Guna ma także pozytywne aspekty. Jestem iskrą wyobraźni, kreatorem. Mój umysł jest żywy i niecierpliwy, ale to właśnie dzięki niemu przyczyniłem się do genezy uniwersum.
– I to jest właśnie twój problem, stary – odezwał się stanowczo Niszczyciel Śiwa, a węże na jego szyi zawtórowały mu sykiem. – Twoja Guna sprawia, że nie masz żadnej cechy godnej szacunku. Narwany jesteś i przez to łamiesz odwieczne prawa, czego najgorszym przejawem są te twoje ciągotki do klecenia czegoś nowego. Zamiast, jak każdy spoko bóg, podporządkować się cyklom, chcesz, by świat zasuwał do przodu jak strzała z łuku Ramy. Stworzyłeś świat? I co komu przyszło z tego dobrego? Każdy wyznawca chce się z niego jak najszybciej wyrwać.
– I połączyć z nami – dodał Wisznu – nie z tobą. Poza tym, narodziny uniwersum również stanowią część cyklu, jeden z etapów. To żadne osiągnięcie, nie ma w tym nic wyjątkowego, a tym bardziej godnego czci.
– Niech was Asurowie resorbują! – ryknęły wszystkie cztery głowy Stworzyciela, który chwilę później teleportował się do swego lotosowego pałacu.

******
Bogini odziana w białe sari czule głaskała łabędzia.
– A oni postulują, że kreatywność nie jest godna czci śmiertelników… – relacjonował rozgorączkowany Brahma.
– Które kamyczki w jeziorze są najpiękniejsze? – przerwała słodko, acz stanowczo, odziana w biel Sarasvati.
– Zaraz… Słucham? Kochanie, czy mogłabyś nie absorbować mojej atencji takimi…
– Te zielone? A może te niebieskie? Pamiętaj o czerwonych. Czarne też są niczego sobie.
Stworzyciel wiedział, że słowa jego małżonki muszą mieć głębszy sens. Była w końcu boginią mądrości. Uznał więc, że może jednak warto zastanowić się nad pytaniem połowicy.
– Właściwie, to trudno mi to jednoznacznie określić, kochanie…
– A co w przypadku, gdyby istniały tylko dwa rodzaje? Jeden byłby szary i niekształtny, a drugi błyszczący i opływowy?
– Jesteś genialna, kochanie!
Brahma jak najszybciej opuścił swój przybytek.

******
– A teraz powtarzaj za mną – zagrzmiał Stworzyciel.
– Co rozkażesz, Panie – rzekł pokornie Zaratusztra.
– Jam jest Ahura Mazda, Pan Mądry. Kreator świata. Wielkim Nieprzyjacielem jest zaś Angra Ma’inyu, Zły Duch. Ja stoję po stronie dobra i światłości, za Wrogiem zaś snuje się mroczne zło.

I ludzie zaczęli wznosić wspaniałe świątynie, a Brahma cieszył się niezmiernie, że wreszcie ktoś zaczął doceniać wkład w powstanie świata (był również bardzo wdzięczny żonie, ponieważ zgodziła się udawać Nieprzyjaciela – kilka opętań było naprawdę dobrym pomysłem).
Nie trwała jednak długo radość Brahmy, wszak ledwo po kilkuset latach, na lotosowym siedzisku czterogłowego boga zmaterializował się Wisznu.
– Brahmo, cóż czynisz? – wypalił Lotosooki (i kto tu prawił o porywczości?).
– Stary, co ty odwalasz? – zawtórował Śiwa.
– Nie rozumiem, co chcecie mi zakomunikować… – skłamał Stworzyciel, próbując zyskać na czasie.
– Rozumiesz, rozumiesz. – Wisznu nie krył oburzenia. – To całe kuriozalne Imperium Persów z Dariuszem na czele… Zaprawdę myślałeś, że damy się zwieść z Śiwą, że twe knowania nie zostaną odkryte? Czekaj jeno, do twego Iranu moich buddystów wyślę i wszystkich ponawracam! Nie będzie twojego kultu. Ani w Indiach, ani poza nimi! Ani pod twoim prawdziwym imieniem, ani pod żadnym innym!
Po tych słowach Lotosooki zniknął, a na wszystkich czterech twarzach Brahmy zagościło strapienie.
– Twoja czarno-biała koncepcja jest dobra, kochanie – wyszeptała Saraswati, głaszcząc czule białe brody małżonka. – Jednak wybrałeś złe miejsce. Wyobraź sobie gniazdo czarnych mrówek. Jakże mają się rozwijać w cieniu czerwonych?
– Jesteś genialna, kochanie!
I znów Brahma jak najszybciej opuścił swój pałac.

******
– Posłuchaj mnie, faraonie! – rzekł Brahma – Jam jest Aton, Tarcza Słoneczna! Od teraz będziesz czcić mnie i tylko mnie!
– Tak się stanie, Panie! – wykrzyknął usłużnie młody faraon, w tyle głowy układając plan ukrócenia władzy kapłanów z Teb, Memfis i Junu.

I powstał w Egipcie Kult Atona, jedynego boga. Stworzyciela, uosabianego przez Tarczę Słoneczną.
Jednak radość Brahmy trwała jeszcze krócej, niż wcześniej, wszak tuż po śmierci faraona-pomazańca, kapłani przywrócili stare religie, a sam Kult Atona stał się tak niepopularny, że nawet nowy faraon, Tut-anh-aton, zmienił imię na Tut-anh-amon.
Brahma patrzył na wszystko z góry, smutnie gładząc się po jednej z bród.
– Kochanie? – szepnęła Sarasvati – Zasiałeś ziarno, czas zebrać plon.
– Masz na myśli jakąś konkretną hipotezę, żono? – odparł strapiony Stworzyciel.
W odpowiedzi małżonka wskazała mu niewolnika.

******
– Mojżeszu, nie lękaj się – rzekł władczo Brahma pod postacią bogatego w łatwopalne olejki eteryczne krzewu. – Jam jest twój pan.
– O wszechmocny Atonie!
– Będziesz nazywać mnie: Jestem, który jestem!

Brahma był bardzo zadowolony, ze swojego narodu wybranego, którym opiekował się tym bardziej, im jego wielbiciele gorliwej oddawali mu cześć. Miał też okazję odegrać się na Egipcjanach, którzy wzgardzili jego religią. Ostatecznie wyprowadził nowych wyznawców z niewoli i podarował im własną ojczyznę – Ziemię Obiecaną.
Jednak nie minęło wiele czasu, a znów pojawiły się problemy. Mniejsza o Rzymian. Wisznu musiał zorientować się, że coś jest nie tak, albowiem w Ziemi Świętej, ba, na całym Środkowym Wschodzie, a nawet w Europie, roiło się od buddyjskich misjonarzy. Edykt cesarza Aśoki czy jakoś tak.
I znów na twarzach Stworzyciela zagościł smutek. Już niemal odruchowo, spojrzał pytająco na Sarasvati.
– Pustynna osa paraliżuje pająka, posługując się jego własnym jadem – rzekła bogini, puszczając do męża oczko.

******
Brahma długo wybierał, w jakim miejscu zamierza przyjść na świat. Ostatecznie, na złość Wisznu, padło na buddyjskich Esseńczyków.
Uśmiechnięty mnich szedł dumnie przed siebie, aż doszedł nad brzeg wody. Jeden z rybaków spojrzał na przybysza.
– Pójdź za mną – rzekł wcielony Brahma – odtąd ludzi będziesz łowił.

Nowa religia bardzo szybko zyskała na popularności. Z czasem, po paru drobnych kompromisach, wyznawcy Stworzyciela opanowali całe Imperium Rzymskie, wliczając w to także Egipt, któremu Brahma z niewyobrażalną satysfakcją ostatecznie odciął głowę, nakazując ustami papieża zamknąć wszystkie świątynie. Taka była cena za odrzucenie jego kultu.
Chrześcijaństwo, nowa, eklektyczna koncepcja, czerpało z wielu religii, od buddyzmu, przez elementy egipskie, aż po zaratusztriańskie źródła. Stworzyciel cieszył się, że ten nowy twór odznaczał się nadzwyczajną ekspansywnością (z czasem udało się nawet utrzeć nosa temu przemądrzałemu Quetzalcoatlowi, Pierzastemu Wężowi zza Wielkiej Wody, będącego w rzeczywistości tajnym emisariuszem Śiwy, który miał zaszczepić w dalekich krainach ideę niezadawania cierpienia… co wyszło mu raczej średnio).
Z czasem Brahma stworzył nową koncepcję świata – zachodnie chrześcijaństwo było idealne, by ją w nim zaszczepić. Obok dobra i zła, powstał nowy podział: na sacrum oraz profanum. Dzięki temu wyznawcy mogli skupić się na wynalazkach, twórczości i jeszcze większej ekspansji. Czarno-białe rozbicie na duchowość i doczesność stworzyło religię, która nie dość, że pozwalała czerpać z wcześniejszych kultur, to dodatkowo słabiej niż inne hamowała kreatywność, dzięki czemu mogła zaistnieć rewolucja przemysłowa. Coś, o czym Bóg-Kreator od dawna marzył.
Nadszedł jednak czas na ukaranie kogoś jeszcze prócz Dzieci Nilu. Kogoś, kto nie doceniał Stworzyciela od samego początku.

******
– Czytaj! – zagrzmiał Brahma.
– Ale, Panie, ja nie potrafię! – odparł rozpaczliwie Mahummad.
– W takim razie recytuj: lā ʾilāha ʾillā-llāh, muḥammadun rasūlu-llāh, nie ma Boga prócz Jedynego, a Mahummad jest Jego prorokiem!
Nowa religia zaczęła rozprzestrzeniać się niczym błyskawica. Już kilkaset lat później, Brahma z satysfakcją patrzył na nietęgie miny Wisznu i Śiwy, kiedy to nad Indiami zapanowała muzułmańska dynastia Wielkich Mogołów. Początkowy plan zakładał zmienienie wszystkich indyjskich świątyń w meczety, jednak kiedy Lotosooki zaproponował Stworzycielowi, że poświęci mu aż dwie hinduskie świątynie, gdzie będzie czczony pod swym prawdziwym imieniem i postacią, Stworzyciel odpuścił, a na znak przymierza zesłał Indiom tolerancyjnego króla Akbara (z czasem bogowie pogodzili się na tyle, że Brahma zgodził się wycofać część wpływów, zadowalając się Pakistanem i Bangladeszem).

****** Pewnego razu Wisznu i Śiwa postanowili zaprosić Brahmę na herbatę. Miejscem spotkania była oczywiście góra Kailasza.
– Szacun, Stworzycielu – rzekł z aprobatą Niszczyciel, podczas gdy Wisznu liczył dla niego lotosy. – Twoi wyznawcy to naprawdę liczna ekipa, w dodatku czczą cię pod wieloma ksywami na całym świecie. No i ciągle masz wenę, brachu. Te twoje nowe religie, ot choćby ci protestanci.
– Ciągle eksperymentuję, poszukuję nowych atraktorów – tłumaczył Brahma fachowym tonem.
– Ale czy to, co wykminiłeś, zadowala cię? – spytał Śiwa, dyskretnie podbierając Wisznu jeden lotos, było ich teraz sto siedem. – Masz tych swoich chrześcijan, żydów, muzułmanów, nawet kilku zaratusztrian się ostało. Jednak oni mają między sobą kosę. Krucjaty, prześladowania. Co z tego, że wszyscy cię wielbią, skoro zaraz później chlastają sobie nawzajem gardła?
– To kwestia priorytetów – odparł niewzruszony Brahma. – Dopiero teraz, gdy mam już odpowiedni depozyt wyznawców, mogę koncentrować się na ich nieskomplikowanych problemach. Zapewniam cię, że w ciągu najbliższego tysiąclecia będzie można postulować, że wyklarował się stan równowagi.
– Spoko, spoko – odparł Niszczyciel. – Ale skoro czci cię już cały świat… nie uważasz, że te dwie indyjskie świątynie na twoją cześć to lekka przesada?
Brahma zniknął. Widocznie wpadł mu do głowy kolejny szalony pomysł.
– I jak, Wisznu? – spytał znudzonym tonem Śiwa, perfekcyjnie ukrywając uśmiech. – Masz dla mnie te sto osiem kwiatów?
Lotosooki zmieszał się. Pomimo że policzył rośliny aż laksę razy, jednego zabrakło. Nie pozostało mu nic innego, jak sprezentować przyjacielowi własne oko.

******
Późniejszy incydent z panowaniem brytyjskim w Indiach ostatecznie uzmysłowił Śiwie i Wisznu, że te dwie indyjskie świątynie Brahmy to jednak NIE jest przesada.

******
– Kochanie?
– Tak, Brahmo?
– Tezy chłopaków odznaczają się wysokim poziomem racjonalności. Mam wielu wyznawców, ale cóż z tego, skoro permanentnie wykazują agresywny behawior.
– Ale podobają ci się twoje religie?
– Tak, zdefiniowałbym je jako dobre.
– Zatem sferę sacrum już masz. Co zrobiłeś w kwestii profanum?
Stworzyciel uzmysłowił sobie, że tak bardzo skupiał się na tym, by oddawano mu cześć, że zupełnie nie zwracał uwagi, kto to robi i w jaki sposób. Uznał, że aby zaprowadzić porządek, musi obrać nowy sposób działania.
– Sarasvati, możesz dostarczyć mi wykazy najpotężniejszych krajów świata pod kątem PKB i wydatków na zbrojenia? I sprawdź mi jeszcze tego… faraona. Oba-ma? Jakoś tak. Kiedy następuje finalizacja jego kadencji?

******
Otwieram oczy.
Osłupiały rozglądam się po białym, kunsztownie urządzonym pomieszczeniu. Goddamned, gdzie ja jestem?
Kim ja…
Ach, oczywiście. Ten sen był tak realistyczny. Zupełnie jakbym…
Dostrzegam leżącą na moich kolanach książkę.
Kamasutra! Rozszerzone wydanie z komentarzami o bogach i mitach, jeszcze po Clintonie (zadziwiające, co można znaleźć podczas remontu Gabinetu Owalnego). I wszystko jasne, musiałem przysnąć podczas czytania. Yeah, ci Indusi mieli pomysły.
Zdobione dębowe drzwi otwierają się lekko.
– Mr. President? – pyta jegomość w garniturze. Ach, przecież to senator John.
Powoli przecieram oczy. Robię głęboki wdech i przeciągam się. Czuję, jak cegiełki w mojej głowie zaczynają w końcu zajmować odpowiednie miejsca.
– Mr. President?
– Senatorze – odzywam się w końcu, na twarzy mojego rozmówcy maluje się ulga. – Moja żona, Melania. Śpi?
– Tak, Mr. President. Obudzić?
– Tak… Nie, nie! Niech odpoczywa.
Zapada niezręczna cisza.
– Panie senatorze.
– Tak, Mr. President?
– Zwołaj zebranie rady, mam pomysł na bombową reformę.


ARHIZ

środa, 15 lutego 2017

Poezja Śmierci: Bitwa w Kotlinie Dihranów

Poezja Śmierci (Rahtane’n Ladi’adī) to cykl anańskich wierszy, opiewający bohaterstwo wojowników poległych w bitwach Okresu Śmierci (6050 – 6122 roku Kalendarza Anańskiego). Poszczególne utwory przypisuje się anonimowym żołnierzom, którzy brali udział w poszczególnych starciach.
Najczęściej uznawaną datą spisania cyklu jest rok 6112 Kalendarza Anańskiego. Konstrukcja wierszy nawiązuje stylem do Eposu Anańskiego. Część badaczy jest zdania, że rzeczywistym twórcą jest jeden nieznany autor, o czym miałaby świadczyć jednolitość stylu wszystkich utworów.
Bitwa w Kotlinie Dihranów (Wiratawyasā num Dihransi’n Bat’hā), zwana też Bitwą ku chwale Boga-wojownika (Wiratawyasā ta’ā Wiratadewatyu’n Ahayā), miała miejsce w roku 6085 Kalendarza Anańskiego i była ostatnim wielkim starciem wojsk anańskich z Ludźmi zza Morza. Według legendy, poemat miał zostać wypisany krwią na jednym z głazów, przez konającego Gwardzistę Masataha.


Poezja Śmierci: Bitwa w Kotlinie Dihranów

Miejsce Dihranów Kotliną zwane,
Przez omyłkę zostało tak mianowane.
Miast kotliny ujrzysz iglic formację,
Nietrafiona więc nazwa – przyznasz mi rację.
Pośrodku pustyni okrąg skał wspaniały,
A majestat jego nad wszelkie pochwały:
Wieniec głazów barwy cytryny złocistej,
Otacza plac szeroki, część ziemi piaszczystej.
Do wnętrza koła trakt jeden tam znany,
Wąskie przejście, szerokie na cztery rydwany.
Tu właśnie, w kamieni kręgu osłonie,
Pozostało miejsce, by ostudzić skronie.
To tutaj przybyły anańskie narody,
Brakowało prowiantu, cenny był łyk wody.
Mężowie waleczni, z bitew pozostali,
Broni nie złożyli, żądni szczęku stali.
De’iksańska armia ku południu wzdychająca,
Generała swego rzewnie żałująca,
Sahina Niebieską Włócznię, honoru osłonę,
Co dla Ruchu Odrodzenia zapewniał ochronę.
I byli Gwardziści Masataha świętego,
Co De’iksanę chronili od złego.
Wszyscy, co z Kraju Paproci się ostali,
Do wspólnej armii wśród piasków dołączali.
I Layanaosi, gór wysokich synowie,
Co białe tkaniny noszą ku ozdobie,
Straciwszy dom ośnieżony oraz wodza swego,
Spadkobiercę Pana Wojny, Hasallana dzielnego.
I poddani Rayatyu też poprzybywali,
Asanańskiej stolicy obronić nie zdołali.
I wreszcie, koczownicy, stepów syny waleczne,
Watiralat’howie dzielni i ich ostrza niebezpieczne.
I tak wszystkie nacje z Anańskiego Rodu,
Nadzieję straciwszy, konać miały z głodu?
Zwiadowcy teren poza kręgiem zbadali,
A po powrocie w żałość powpadali.
Zewsząd armie Zamorskich – z trwogą powiadają –
Ostatnią naszą ostoję tłumnie otaczają,
Liczny naród zza Wody, barbarzyńcą zwany,
Zacieśnia się wokół, ciągnąc dalej niż widziany.
Lecz do wnętrza okręgu dzikie wojska nie wchodziły,
Plan haniebny, by wygrać, taki obmyśliły:
Zacnych Anaosów posuchą zniszczyć cało,
Aby strat nie odnosić, choć honoru mało.
Lecz narody dumne, ulec tak nie chciały,
By bez walki, o głodzie, honor stracić cały.
Wtem wśród Prawych Nacji cisza nastała,
Nowy dzielny przywódca – potrzeba niemała.
Lecz czy kto aby godny? Czy taki przybędzie?
Kto Ruch Odrodzenia z trudu wydobędzie?
Wszak Sahin Niebieska Włócznia właśnie poległ mężnie,
Któż nas zatem wesprze, mądrze i potężnie?
I okają wszyscy na niebo czyste,
Tam, gdzie bogów mocnych prawa wiekuiste,
A po firmamencie Bóg Świetlisty kroczy,
By podkreślić majestat, razi wszystkich w oczy.
– Chwała ci, panie słońca – wołają strapieni -
Czy jest mąż, co nasz los zły teraz odmieni?
Bóg Świetlisty z góry srogo obserwuje,
Jego miejsce na niebie południe wskazuje.
I wnet słońce rozsypie pęk cudownych iskier,
Piękną formę przyjmując strzały wiekuistej.
Promień jasny z nieba na człowieka spada,
I już widzą wszyscy – wroga czeka biada!
Seymar Świetlisty Sayatar, syn koczownika,
To w niego symbol niebiański dziś wnika.
Z woli bogów anańskich wojsko znów pokroczy,
Ku bitwie ostatniej, wroga wnet zaskoczy.
Na kolana padają przed Seymarem ludzie,
Co o ziemie swe bitwy przegrywali w trudzie.
Kłania się De’iksos i Rayatyu sługa,
Nawet Layanaos nikogo nie ruga,
Szacunek okazują wreszcie Wiatru Synowie,
I tak oto rzeczą Watiralat’howie -
Seymarze mężny, tyś plemienia naszego,
Lecz od teraz Anańskiego Domu całego,
Generałem wielkim natychmiast zostaniesz,
I w ten sposób narzędziem bogów się staniesz.
Seymar, choć koczownik, dusza waleczna,
Sztuki Wojny poznanie, rzecz u niego bezsprzeczna.
Masataha gwardzista wachlarz mu w dłoń nada,
I hełm generała na skronie zakłada.
Drżyjcie barbarzyńcy, bowiem czas nadchodzi,
Syn aloesowy boleśnie ugodzi!
Świetlistego Boga majestat z góry świeci,
Pora zginąć w chwale – Wielkiej Any dzieci.
Wtem w Seymara stronę, owad święty szybuje,
To zielona ważka przed nim się znajduje,
Czyżby Dobry Przewodnik, podróżnych pan boski,
Zechciał dziś użyczyć dzieciom swoim troski?
– Symbol jasny widzę – głośno Seymar rzecze –
oto czas na wymarsz, idźmy nim uciecze.
I do wyjścia z okręgu Anaosi zmierzają,
Słychać chrzest na zewnątrz – wraże armie uciekają?
Z kamiennego wieńca wyszło wojsko całe,
Szyk bojowy formując i pozycje stałe.
Spoglądają przed siebie aloesu synowie,
I co widzą dobrze, żaden głośno nie powie,
Dookoła znikł piasek, jak poranne zorze,
Miast pustyni wrogów po horyzont morze!
Armia Ludu zza Wody stalą połyskuje,
Lecz miast kroczyć do przodu, wnet się wycofuje?
Szyki znów formują i się nie ruszają,
Na anański atak, niewierni, czekają.
A do Seymara znów zielona ważka zmierza,
Czy to Dobry Przewodnik nowy plan zamierza?
I gdy owad święty zbliżył się dosadnie,
Wtem generał zacny ujrzał go dokładnie.
Barwa jego, jak trawa, taką się zdawała,
A naprawdę ważka barwę nieba ukazała!
– Tyś nie sługa Przewodnika Dobrego, owadzie –
Rzecze Seymar, strapiony, dłoń na skroni kładzie –
Tyś Niebieskiej Pani syn umiłowany,
To Bogini Śmierci wobec nas ma plany!
Tak więc, duchu błękitny, pochwycisz mą duszę,
Nasz czas nadszedł teraz, do tyłu nie ruszę!
I wnet Seymar wachlarz złożony unosi,
Boga-wojownika o uwagę prosi.
I w dłoń drugą ostrze zdobne wnet pochwyci,
Tak postawą bojową armię swą zachwyci.
Święty taniec wojenny już rozpocząć trzeba,
Niech Muzyka Wiatru dotrze tam, do nieba!
Wnet z wachlarzem podrygi Seymar żwawo zacznie,
Z nieba Bóg-wojownik przygląda się bacznie.
Generał koła kreśli, mieczem wciąż wywija,
Buja się, faluje jak kapłańska żmija.
Na koniec wachlarz generalski rozkłada,
A Bóg-wojownik mocą świętą odpowiada.
Wzrasta duch bojowy w aloesu wojach,
Co paproci świętej będą bronić w znojach,
Trans wojenny anańskie serca przepełnia,
Bóg-wojownik życzenie generała spełnia.
– Hat’hā! – krzyknął Seymar z wachlarzem nad głową,
– Hat’hā! – ryknęli zanim, okrzyk walki ozdobą.
I ruszyła na Zamorskich anańska nawałnica,
A czerwone tkaniny zakrywały ich lica.
W mur barbarzyńców, co osłoną była im stal biała,
Wbiła się strzała ognista, weszła na raz cała.
Deik’sańskie ostrza wroga równo sieczą,
A layańskie strzały latają z odsieczą.
I Rayatyu słudzy razy wciąż rozdają,
Watiralat’howie swoją moc dodają!
I generał Seymar walczy niestrudzony,
Zręcznie ciosów unika i tnie niezrażony.
Wbrew liczebnej przewadze, wbrew rozumu głosy,
Wraże wojska padają, niczym zboża kłosy!
Chwała wam, nieście świetliste sztandary,
Niechaj wrogów duszą własnej krwi opary!
Wrogie wojsko faluje jak morze wzburzone,
Malutkim lecz twardym kamieniem godzone.
Jednak próżno, odwago, próżno, honorze!
Nagle nowy oddział Zamorskich wspomoże!
Nowy las ostrzy horyzont wciąż rodzi,
A anańskie siły – niczym liść w powodzi.
Kłębi się zewsząd, niewiernych plemiono,
Mrówki ćmę zjadającą przypomina ono.
Wtem layański oddział wokół otoczony,
Znika pod lawiną wroga pokrzywdzony!
I Rayatyu sługi, giną ich szeregi,
Każdy jak wąż kąsa, ach, próżne zabiegi.
De’iksosi, trzon armii, ich także śmierć wzywa,
Jeszcze kilku walczy, reszta dogorywa.
Watiralat’hów Niebieska Pani także zabiera,
Nad trupami nomadów skrzydła rozpościera.
Seymar Świetlisty Sayatar ostrzy dzielnie strzeże,
To od ich imienia swój przydomek bierze,
I w tańcu straszliwym wrogów wciąż morduje,
W Boga-wojownika transie wiruje.
Wtem włócznia długa herosa pierś przebija,
Widać grot zakrwawiony, co trucizną zabija.
Ale Seymar waleczny, generał wyśniony,
Siecze wciąż ostrzami, nadal niestrudzony.
Lecz wróg w żebro mu ranę bolesną dokłada,
Tnąc od tyłu, cios mieczem błyszczącym zada.
Plujący krwią Seymar świat już widzi mglistym,
Lecz nadal pamięta o Bogu Świetlistym,
I nim z piersi jego dusza waleczna uleci,
Zakrzyknie dumnie i strach wroga wznieci.
Błyszczące skrzydła świętej ważki błękitnej,
Niebieskiej Pani sługi wybitnej,
Co po dusze bohaterów mężnych posłała,
Po śmierci nagroda ich czeka niemała.
I kiedy Saymar ostatni oddech wydawał,
Wezbrał powietrze, twarzy grozę nadał,
I rozległ się krzyk po Dihranów Kotlinie –
Zwyciężyliśmy, nasz naród nie zginie!


ARHIZ

wtorek, 7 lutego 2017

Pan mrocznej sali

Dobrze, opowiem ci raz jeszcze, starcze.
Wyruszyłem z Tańiz, mojego rodzinnego miasta. Najpierw podróżowałem przez Mroczne Pola, nic szczególnego. Jednak im dalej na południe, im bliżej granic ojczyzny, tym ciężej było mi na sercu.
Przygotowywałem się do tej wyprawy dziesięć lat. Zadbałem o każdy szczegół. Pobierałem lekcje fechtunku od najznamienitszych mistrzów całego kraju Zer. Później udałem się do mnichów i kapłanów, by z nimi kontemplować, umartwiać się i medytować. Na sam koniec ukryłem szlacheckie pochodzenie i zatrudniłem się na roli jako parobek.
Po tym wszystkim byłem już kimś więcej niż arystokratą, poznałem smak pozostałych klas społecznych: kapłaństwa i chłopstwa. Dopiero wtedy uznałem, że jestem gotowy, by się z nim skonfrontować.
Jednak już przy południowej granicy natrafiłem na pierwszą przeszkodę, banalną i w żadnym razie niepasującą do opowieści o wielkich czynach. Rzeka. Śatya, tak się zwała. Słyszałeś, że w kraju Zer płynie coś takiego? Ja też nie. Jest na tyle mała, że nie ma jej na większości map… jednak bierze początek aż w Smoczych Górach i skutecznie odcina nasze ziemie od terenów kawałek na południe od granicy. Miejscowi powiedzieli, że kiedyś były tam dwa mosty, niestety już lata temu pozostały po nich jedynie zgliszcza.
I w ten sposób nagle poczułem solidarność z wieśniakami mieszkającymi przy południowej granicy. Problem chłopów z wioski Śiźin znad rzeki Śatya, choć dzień wcześniej nie miałem pojęcia o ich istnieniu, stał się także moim problemem.
Nie pozostało mi nic innego, jak ruszyć wzdłuż rzeki, na wschód. Średnio mnie to cieszyło, zważając, że kierowałem się na południowy zachód, ale nie było innej drogi. Szedłem tak cały dzień i całą noc, robiąc sobie dwie krótkie przerwy na sen. W duchu cieszyłem się, że miejscowi zechcieli uzupełnić moje zapasy żywności, wody też miałem pod dostatkiem, zważając na sąsiedztwo rzeki. Zastanawiałem się, jak poradzę sobie poza granicami kraju, gdzie, jak wiadomo, Czarny Całun nie zakrywa nieba i dni są jaśniejsze niż światło setki świecących grzybów.
Nazajutrz, gdy tylko otworzyłem oczy, ze zdziwieniem stwierdziłem, że problem przeprawy przez wodę rozwiązał się sam.
Pokraczna barka leniwie kołysała się na rzece zaledwie kilkanaście kroków ode mnie. Na brzegu stało kilka osób.
Nie czekając na zaproszenie ruszyłem w ich stronę. Zbliżając się dostrzegłem na łodzi chudego mężczyznę, którego krótkie czułki i jednolicie czarne oczy zdradzały ashterańskie pochodzenie. Cholerny naród kupców, pojawią się wszędzie, gdzie tylko zwęszą możliwość napełnienia sakiewki. – Żaprasza, żaprasza! – nawoływał z zabawnym akcentem cudzoziemiec. – Przejaszd na druga strona tylko pół dihrana.
Drogo – pomyślałem.
Na brzegu stało kilku mężczyzn i jakieś młode małżeństwo, patrząc po oczach, miejscowi. Był też jeden Anaos i jakiś facet z rasy Piórogłowych z łukiem na plecach. Byliście też oczywiście wy, dziadku.
Będąc już w łodzi, odkryłem, że załapałem się na pierwszą, próbną wycieczkę. To właśnie dlatego zapłaciłem „tylko” pół dihrana.
Co chwilę zerkałem na milczącego Piórogłowego, którego długie brązowe czułki przywodziły na myśl pióra zdobiące ogon bażanta. Pierwszy raz widziałem kogoś ze stepów na dalekim wchodzie.
– Sądząc po stroju i zdobionej masce, należysz do arystokracji, As’heganē – odezwał się nagle Anaos, wyrywając mnie z zadumy.
– W rzeczy samej, jestem rycerzem na służbie lorda miasta Tańiz – odparłem nieco zdawkowo, zastanawiając się, czy dziwne słowo, którym zatytułował mnie rozmówca, aby na pewno jest zwrotem grzecznościowym.
– Co zatem rycerz robi na peryferiach kraju, w miejscu, gdzie nawet obecność mostu jest nieosiągalnym luksusem? – spytał nieznajomy, skłaniając się lekko – oczywiście, jeśli można zapytać, As’heganē.
Na początku nie chciałem udzielać odpowiedzi, jednak po chwili uzmysłowiłem sobie, że jeśli chcę powiedzieć o tym komukolwiek, to właśnie jemu, Anaosowi. Cudzoziemcowi, dla którego cel mojej wędrówki jest świętością.
– Chcę spotkać się ze smokiem.
Jeden z Zeryjczyków parsknął śmiechem, drugi zaczął szeptać coś do kompana, niezbyt dyskretnie wykonując gest sugerujący mój obłęd. Młode małżeństwo nagle zainteresowało się obserwowaniem fal, tak bardzo, że ani na chwilę nie spoglądali w moją stronę.
Tak. Pożałowałem, że to powiedziałem.
- Sagadīn. – syknął Anaos, szczerząc w przyjaznym uśmiechu małe, ostre ząbki.
– Że co proszę? – Doprawdy, czy oni nie mogą mówić jak wszyscy?
- Sagadīn. Ten, który odbywa pielgrzymkę. Smoki to święte istoty, władcy żywiołów. Niewielu ludzi ma w sobie tyle odwagi, by dobrowolnie udać się na spotkanie z którymś z nich.
– Niewielu ludzi ma w sobie tyle głupoty – rzekł parskający przed chwilą mężczyzna. – Smoki to potężne stworzenia, ich moc jest tak wielka, że jeden położyłby stu wojowników, nim zdążyliby mrugnąć.
– Zdaję sobie sprawę z potęgi żmija – odparłem dumnie, nie dając się sprowokować prostakowi – jednak z tego, co widzę, prócz taktu nie nauczono cię także religii. Wiedziałbyś bowiem, że są to istoty szlachetne, nieskazitelne w swych czynach.
– Gadanie – żachnął się rozmówca, lecz chwilę później jego twarz złagodniała. – Wybaczcie, panie, jeślim was uraził. Prosty chłop ze mnie. Chodzi mi tylko o to, że smok to taki trochę król. Ma swoje ziemie i moc tak wielką, jakby podlegało mu wojsko. Jeżeli ktoś ot tak wejdzie na jego teren, gad z pewnością się rozgniewa.
– Och, zamilcz! – oburzył się Anaos. – Nie słuchaj go, As’heganē. Szlachetność smoków znana jest w całym świecie, a nawet poza nim.
Grzecznie przytaknąłem, czułem jednak dyskomfort. Tamten gbur miał sporo racji. Nawet jeśli żmij okazałby się dobry na równi ze świątynnymi kazaniami lub wywodami Anaosów, wchodząc na jego ziemie będę intruzem. A co, jeśli uzna moją wizytę za bezprawne wtargnięcie?
– Ludzie z południa i wschodu nieroztropni – rozległ się dźwięczny głos z „dzikim” akcentem. Piórogłowy spojrzał na mnie przenikliwie, wytrzeszczając brązowe oczy. – Żmij straszniejszy niż tysiąc węży i tysiąc stepowych bestii. Jeżeli Zeryjczyk pójdzie do Smoczych Gór, przepadnie.
Po chwili twarz egzotycznego koczownika wróciła do poprzedniego stanu i jakby skamieniała. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nomada nie ma jakiegoś szczękościsku.
– A więc znasz tutejszą mowę, przyjacielu? – odezwał się ironicznie Anaos, patrząc z pogardą na Piórogłowego. – Może zamiast, jak na barbarzyńcę przystało, pleść androny, pochwalisz się celem twojej wędrówki?
Nie pochwalił się.
– Nie przejmujcie się, Panie, czczym gadaniem – włączył się kolejny rozmówca, tym razem „pan młody” nagle stracił zainteresowanie falami. – U nas na wiosce kapłan zawsze prawił, że smoki to strażnicy cnót, prowadzący żywot równie zacny, co święci.

Wszyscy nagle zainteresowali się smokiem. Każdy miał na tę sprawę jakiś pogląd, każdemu wydawało się, że to on wie najwięcej o potężnym jaszczurze, choć żaden na oczy tej istoty nie widział.
Nie miałem ochoty się odzywać. Zapewne, gdybym był na miejscu któregokolwiek z nich, z chęcią opowiedziałbym, jaki naprawdę, w moim mniemaniu, jest żmij. Jednak to ja, ja miałem się z nim spotkać oko w oko.
Barka przybiła do brzegu.
– Szybko, tanio i beszpiecznie! – zawołał Ashteranin podejrzanie sztucznym tonem. – Życzy miłego dnia! I żaprasza ponownie!
Gdy dotknąłem stopami ziemi, poczułem ulgę. Nie, nie chodzi o to, że dopłynęliśmy cali, znaczy, to też… Jednak chodzi mi oczywiście o tych wszystkich „znawców smoczej natury”. Im dłużej ich słuchałem, tym bardziej uświadamiałem sobie, że tak naprawdę cel mej wędrówki jest dla mnie wielką zagadką.
I wtedy odezwałeś się ty.
– Dlaczego chcesz spotkać się ze smokiem? – zapytałeś, a twe słowa odbiły się echem we wnętrzu mej czaszki.
Rozejrzałem się wokoło. Nie było nikogo prócz nas. Nawet Ashteranin gdzieś zniknął.
– Będziesz tutaj tak sterczał do wieczora? – zapytałeś, jak sam wiesz.
Później powiedziałeś mi, że reszta tak się rozgadała, że nawet nie zauważyli, że z nimi nie idziemy. Wtedy właśnie uzmysłowiłem sobie, że widzę pod powiekami dziwny symbol. Ciemny trójkąt z jasnym czubkiem. Nie powiedziałe ci wtedy o tym.

Kiedy zapytałeś mnie, dlaczego pragnę ujrzeć na własne oczy żmija, niby było to dla mnie oczywiste, jednak nie potrafiłem odpowiedzieć.
– Żeby się z nim skonfrontować. – Wykrztusiłem z siebie po dłuższej chwili.
Ty zaś, starcze, odpowiedziałeś znamienne: dlaczego chcesz się z nim skonfrontować?
Wtedy miałem problem, by ubrać to w słowa, pozwól więc, że odpowiem ci teraz, gdy zdążyłem już sobie poukładać w głowie, co konkretnie chciałem powiedzieć.
O smoku mówi się w naszej ojczyźnie w dwóch kontekstach. Jako o istocie o niewyobrażalnej mocy oraz kiedy myśli się o wzorze cnót: honoru, szlachetności i mądrości.
Jestem rycerzem i całe moje życie było drogą paladyna. Wiem, że wielu z noszących maski arystokratów za nic ma prawe życie czy ideały, jednak ja stawiam je na najwyższym piedestale. Tak wiem, brzmi nazbyt patetycznie. Jestem zwykłym człowiekiem. Jak wszyscy chodzę do wychodka, klnę, gdy jestem zły i nie raz zdarza mi się coś spieprzyć. Jednak dobrze wiem, czego chcę i dążę do tego jak potrafię.

To było przed dziesięcioma laty. Wielki turniej w Tańiz, na który zjechało się całe zeryjskie rycerstwo, a nawet goście zza granicy. Pierwsze sześć dni były raczej eliminacjami niż wielkim widowiskiem. Każdego popołudnia odbywał się szereg pojedynków, w których zwycięzca przechodził dalej. Nie spotkałem w tym czasie żadnego godnego przeciwnika. Wiem, że to próżność, ale muszę przyznać, że byłem nieco znużony. Zdobycie głównej nagrody było oczywistością.
I naszedł dzień siódmy, zwieńczenie Pełni. Prawdziwy turniej.
Jesteś pustelnikiem, starcze, pozwól więc, że opiszę ci pokrótce zasady.
Podczas każdego z pojedynków walczy jedna z czterech par. Zwycięzca przechodzi dalej, i tak aż do wyłonienia się ostatnich dwóch uczestników, najlepszych z najlepszych.
Walczy się na okrągłym torze. Każdy z zawodników dosiada własnego wierzchowca i jest uzbrojony w dwie wybrane przez siebie bronie, z wyjątkiem dystansowych. Rycerze jeżdżą w koło w przeciwnych kierunkach, tak, że podczas każdorazowego mijania się dochodzi do starcia, przy czym jeźdźcy zawsze ustawieni są do siebie prawą stroną.
Przywdziałem więc przyozdobiony w stalowe skrzydła turniejowy pancerz. Na głowę zaś włożyłem hełm z zielonym pióropuszem i pozłacaną maską, ten sam, który mam na sobie również teraz, symbol mojego rodu i statusu. Dosiadłem oczywiście mojego wiernego wierzchowca, raptoroida wabiącego się, ze względu na uśmiech, Perłą.
Kwestia broni była oczywista. W prawej ręce włócznia, w lewej kiścień. Jak nie zrzucę z konia, to ogłuszę ciosem w czerep.
Pierwsza walka… Cóż, nie ma o czym mówić. Powiem tylko tyle, że nie musiałem używać kiścienia.
Następny przeciwnik znał się już nieco na rzeczy. Używał dwóch mieczy, zwykłego prostego i anańskiego o rozszerzonym końcu. Podczas trzeciego mijania udało mi się wytrącić mu jedno z ostrzy za pomocą kiścienia. Nie mógł już wtedy zbijać mojej włóczni i jednocześnie atakować. Przy kolejnym okrążeniu pchnąłem ile sił, a gdy tamten chciał odbić cios ostrzem, kiścień poszedł w ruch. Dostał tak, że aż maska spadła mu z twarzy. Kiedy nadszedł czas ostatniej walki. Byłem bardzo pewny siebie.

I wtedy go ujrzałem.

Wjechał na czymś, co nazywają biczogonem. Nie był to normalny dwunożny jaszczur, tylko toporny, czworonożny gad z ogonem przypominającym morgensztern. Do dziś nie wiem, czy jeździec miał pancerz, ponieważ jego ciało otulały zwoje niebieskich tkanin, tworzących asymetrycznie ułożony strój.
Tak mogło wyglądać jedynie błękitne dziecię pustyni, z kraju na północy, którego nazwy nawet nie będę próbował wymawiać.
Zagrzmiały turniejowe rogi, rozpoczął się pojedynek. Pogładziłem Perłę po szyi, po czym lekko uderzyłem ostrogami w boki, by od razu ruszyć naprzód z całym impetem. Obserwowałem zbliżającego się z każdym oddechem przeciwnika.
Biegnący biczogon wzniecał swymi krępymi kończynami potężne tumany kurzu. Mój raptoroid wydawał się przy nim niezwykle delikatny, ale też znacznie szybszy. Cały czas próbowałem dostrzec, jaką właściwie bronią włada mój przeciwnik, jednak widziałem jedynie trójkątną tarczę – rzadkość na zeryjskich turniejach.
Byliśmy coraz bliżej. Gdy znaleźliśmy się w odległości kilkunastu kroków, dostrzegłem wreszcie pod błękitnym turbanem małą szparę, w której połyskiwały mające kolor nieba oczy przeciwnika.
Nagle niebieski jeździec wydał z siebie upiorny wrzask. Trudno mi to nawet opisać, to było jak ryk i wycie jednocześnie. Czułem jak okrzyk wdziera mi się pod czaszkę, jak świdruje najgłębsze zakamarki mojego ciała. Z trudem wycelowałem w jego stronę włócznię, a drżącą lewą rękę trzymałem w górze, planując cios kiścieniem.
Zobaczyłem, jak powietrze przecina… lasso.
Gdy tylko przeminął przerażający okrzyk, zastąpił go nowy dźwięk, świst lecącej ku mnie pętli. Pochyliłem się, wręcz położyłem na grzbiecie Perły. Chwilę później już mijałem przeciwnika, by za chwilę poczuć silne szarpnięcie w biodrach.
Lasso zaczepiło się o moje ozdobne skrzydła, wyrywając je z pancerza wraz z podstawą. Miałem szczęście, że były jedynie doczepiane do zbroi, a nie jak w niektórych modelach, na stałe wmontowane.
Jednak już zbliżała się nieubłaganie kolejna konfrontacja, a ja nie miałem teraz pierzastej osłony. Postanowiłem użyć do osłony kiścienia i dźgnąć błękitnego jeźdźca, kiedy będzie rzucał lassem.
Perła mknęła niestrudzenie wprost na biczogona. Byłem coraz bliżej. Trzymałem kiścień wysoko, niestrudzenie wprowadzając go w obroty i tylko czekałem aż wróg się odsłoni.
Przeciwnik wyciągnął lasso, które zaczęło tańczyć w jego rękach na podobieństwo piaskowego tornada. Z całej siły uderzyłem wierzchowca ostrogami, po czym skupiłem uwagę na włóczni. Prawa strona niebieskiego wojownika byłą idealnie odsłonięta.
Trójkątna tarcza koloru nieba z impetem wyszła na spotkanie mojego grotu, łamiąc z trzaskiem broń niczym zapałkę. Niemal w tym samym momencie błękitny jeździec wydał z siebie krótkie charkniecie, na co biczogon błyskawicznie obrócił się bokiem i wymierzył swym potężnym ogonem cios, prosto w bok Perły. Mój jaszczur zaskrzeczał żałośnie, z trudem utrzymując równowagę, jednak udało mi się wymusić na nim jeszcze szybszy bieg, dzięki czemu uniknęliśmy drugiego ciosu.
Gdy odjechałem na bezpieczną odległość, zwolniłem. Z boku Perły leniwie sączyła się krew. Jaszczur skrzeczał cicho, zupełnie jakby nie chciał, bym słyszał, że cierpi.
Tymczasem ponownie zbliżał się błękitny wojownik, który mknął teraz ze zdwojoną szybkością. Powietrze zadrżało, kiedy po raz kolejny przedarł je upiorny wrzask. Nad błękitnym turbanem mojego przeciwnika, niczym rój jadowitych owadów, krążyła pętla.
Czułem jak Perła drży. Pozwoliłem jej jedynie na trucht. Wciąż trzymałem w dłoni złamane drzewce, pozostałość po włóczni. Wróg był coraz bliżej. Lasso ze świstem przecięło powietrze i pomknęło wprost w moją stronę. Na ten moment czekałem.
Pociągnąłem wodze do tyłu i przywarłem do szyi mojego gada. Po chwili poczułem, jak pętla zaciska się na moich ramionach i… przydusza mnie do szyi Perły. Gdy raptoroid poczuł, jak pętla zaciska się, wpadł w amok, a ja nie zamierzałem go powstrzymywać. Perła zaczęła wierzgać, skakać, aż w końcu szarpnęła w bok, z impetem wyrzucając w górę wciąż trzymającego lasso błękitnego jeźdźca. Okazało się, że był na tyle „cwany”, że obwiązał sznur wokół ręki. Był przygotowany na ściągnięcie każdego rycerza, ale widać nie zakładał, że kiedykolwiek uda mi się „upolować” rycerza z wierzchowcem.
Zwyciężyłem. Przynajmniej teoretycznie.
Pętla wciąż była zaciśnięta na szyi Perły, która biegała teraz jak oszalała wzdłuż toru, wlokąc za sobą niebieskiego wojownika. Co gorsza, biczogon również nie dawał za wygraną. Zatrzymał się i ustawił bokiem, przygotowując się do zadania kolejnego ciosu ogonem.
Spróbowałem uwolnić się z uścisku liny. Z całej siły oparłem się o szyję, co było istną głupotą, bo jeszcze bardziej zacisnąłem lasso na szyi Perły, która zaczęła biec jeszcze szybciej, na spotkanie z kolczastym ogonem wierzchowca mojego przeciwnika.
Zacisnąłem zęby i z bólem serca uderzyłem co sił ostrogą w uszkodzony bok mojego gada. Gdy zawył z bólu, czułem jak pęka mi serce. Sprawiłem mu ogromne cierpienie, niestety nie miałem innego wyjścia. Jaszczur wygiął się w bok, po czym legł na lewą stronę, gruchocząc moją nogę.
Czułem, jak pulsująca fala bólu rozlewa się jednocześnie w okolicach piszczeli, biodra i ramienia. Czułem też rytmiczne skurcze Perły, które nagle ustały. Umarła.
A ja leżałem w kurzu i brudzie, na wpół przygnieciony ciałem mojego wiernego wierzchowca. Czułem się winny. Perła była dla mnie w tej walce niczym innym, jak narzędziem, dzięki któremu zwyciężyłem. Do dziś żałuję, że zrozumiałem to dopiero wtedy, kiedy było już za późno.
Rogi zagrzmiały donośnie, po czym herold ogłosił mnie zwycięzcą turnieju. Nie chciałem jednak słuchać tłumu skandującego moje imię. Delikatnie gładziłem po szyi mojego wiernego, nieżyjącego już wierzchowca i zastanawiałem się nad sensem tego wszystkiego. Wcześniej turnieje były dla mnie sprawdzianem rycerskich cnót, wiele razy zwyciężałem, kochałem to. Jednak teraz przejrzałem, że to nic innego jak zabawa arystokratów, w dodatku połączona ze znęcaniem się nad zwierzętami. Wiele razy widziałem, jak podczas starć padają wierzchowce, jednak w pełni zrozumiałem to dopiero wtedy, gdy straciłem swojego.
To właśnie wtedy spojrzałem na swoją pierś i przypomniałem sobie, co jest na niej namalowane. Symbol mego rodu – smok dzierżący wagę. Poczułem, jak coś spływa na mnie z góry. Natchnienie? Wizja? Nie wiem, co to było, ale pojąłem co jest moim celem, co muszę zrobić, by stać się w pełni rycerzem, realnym wzorem cnót. Muszę stanąć oko w oko z prawdziwym smokiem.

Nic nie odpowiedziałeś. Teraz też raczej nie zamierzasz. Myślę, że zadałeś mi to pytanie nie dlatego, że chciałeś się czegoś dowiedzieć, lecz po to, bym poukładał to wszystko w głowie. Jak widzisz, wykonałem twoje zadanie.
Później, jak wiesz, pożegnałeś mnie, a ja ruszyłem samotnie w stronę Smoczych Gór. Wtedy to ostatecznie opuściłem granice ojczyzny, by trafić do krain spoza całunu spowijającego niebo nad naszymi ziemiami. Zdziwiłbyś się, jak równa jest ta bariera, która odgradza nasz kraj od niebieskiego sklepienia. Po ledwie godzinie drogi moje oczy raziło już czerwone słońce, kłując ostrymi jak włócznie promieniami. Zawsze wydawało mi się, że światło słoneczne jest bardziej żółte, a tutaj proszę, taka niespodzianka. Tyle, że niespodzianka dopiero się gotowała, bo to był wschód słońca. Świetlista kula pięła się coraz wyżej po niebie, świecąc coraz jaśniej… I faktycznie coraz żółciej. Moje oczy zaczęły łzawić, musiało też krążyć wokół mnie stadko jakichś pomniejszych istot światła, Seyhirów, ponieważ kątem oka widziałem dziwne, świecące plamy, które jakby nakładały się na prawdziwy obraz. Kolejne dwie godziny spędziłem, siedząc nieopodal drogi i zakrywając dłońmi oczy. Z jednej strony byłem wdzięczny, że wszechmocny Pan Podniebia stworzył nad moim ojczystym krajem Zer mroczny całun, który chroni nas przed światłem jego majestatu… Z drugiej, czułem jak słońce wypala mi oczy i nawet zrobienie kilku kroków naprzód było nie lada wyzwaniem.
Ostatecznie postanowiłem rozbić obóz i spać za dnia, podróżując nocą. Jednak promienie słońca dawały o sobie znać nawet przez płachtę namiotu. Na szczęście okazało się, że moja maska świetnie sprawdza się w roli przeciwsłonecznej bariery, jeśli dorobi się jej „powieki”. Zasnąłem. Spałem twardo, musiałem być nieźle zmęczony, choć za bardzo tego nie odczuwałem, zapewne przez emocje. Tuż przed obudzeniem się miałem coś na kształt krótkiego snu. Zobaczyłem trójkąt, jednolicie czarny z wyjątkiem góry. Po chwili kształt okazał się źrenicą olbrzymiego oka. Zerwałem się na równe nogi. Była już noc, przez co mogłem spokojnie patrzeć, nie bojąc się o wzrok.
Czułem się dziwnie. Nie wiedziałem, o co chodzi z tym snem. Powoli spakowałem rzeczy i ruszyłem w dalszą drogę. Wszedłem na wąską, kamienistą ścieżkę. Wiła się niczym wąż i prowadziła w górę, wciąż w górę. Co ciekawe, usypana była jakby z kamieni rzecznych. Stając na jednym z takich „otoczaków”, poślizgnąłem się i upadłem, mimowolnie zanurzając palce w żwirze. Niechcący narysowałem coś, co przypominało trójkąt. Czarna ziemia tworzyła go niemal w całości, tylko górny róg powstał z kanciastego kamienia. Otrzymany symbol wyglądał zupełnie jak ten ze snu. Wtedy skojarzyłem go z anańskim znakiem Żywioły Mroku. Gdy tylko o tym pomyślałem, przez chwilę zobaczyłem duże trójkątne oko, z którego emanowała nieprzenikniona ciemność. Oko smoka.
Wtedy zrozumiałem. Wiedział, że do niego idę i był to Mroczny Smok.

Szedłem dalej, szedłem przez kilka dni. Mozolna wędrówka krętą ścieżką wyścieloną otoczakami. Zupełnie jakby ktoś tam te kamyczki specjalnie usypał. Spodziewałem się jakichś głazów, wystających korzeni, może powalonych drzew. Nic takiego nie spotkałem.
Pomyślałem, że może to rodzaj smoczego zaproszenia.
I wtedy usłyszałem odgłos pazurów.
Kilka kroków ode mnie wisiała długa na pięć kroków bestia, która jakimś cudem zahaczała się pazurami o niemal pionową skałę. Turkusowy jaszczur zacharczał wściekle, prezentując garnitur niezwykle licznych, wypełniających całą paszczę ząbków, po czym skoczył w moją stronę, by wylądować cztery kroki ode mnie.
Zwierz wyciągnął się, eksponując parę, ozdobionych długimi, czarnymi pazurami, przednich kończyn, które zginały się odwrotnie, niż powinny. Po tym poznałem, że mam do czynienia z tak zwanym naskalnikiem.
Miałem ze sobą dwustronną glewię z kolcem i krótki sztylet. Jak zapewne się domyślasz, wyjąłem to pierwsze. Stałem nieruchomo mierząc w jaszczura, a on zaczął się wycofywać, zupełnie jakby moja broń zrobiła na nim wrażenie. Nigdy nie walczyłem w czymś takim, ale patrząc na pokraczny sposób poruszania i zginające się „na odwrót” przednie łapy, zacząłem się zastanawiać, czy w ogóle powinienem czuć się zagrożony. Tymczasem turkusowy, smukły jaszczur wciąż się cofał, aż w końcu dotknął tylnymi kończynami skalnej półki. Długie, uzbrojone w nie krótsze pazury palce, powoli zakotwiczały się w na pozór gładkim głazie. Naskalnik zaczął wspinać się tyłem na skałę. Wyglądało to tak, jakby po prostu chciał uciec, pokazując jednak przy tym ostre zęby i mocne szpony na zasadzie "nie boję się". Sprytna bestia – pomyślałem.

Sprytna.

Jaszczur wystrzelił w moją stronę niczym pocisk z katapulty. Nim zdążyłem cokolwiek zrobić, leżałem już na ziemi, a on charczał tuż nade mną. Wtedy właśnie dowiedziałem się, po co mu te „odwrotne" kończyny…
Przednie łapy, znajdujące się za moimi barkami, zaczęły zginać się w stronę brzucha gada, a ostre pazury wbiły się w okolicach mych łopatek. Jednocześnie kreatura przytrzymywała moje uda tylnymi nogami, również, niezbyt delikatnie, korzystając ze szponów. Pokryte turkusową łuską kończyny jaszczura przyciskały mój tułów coraz bardziej do przodu. Gad chciał dosłownie złożyć mnie na pół.
– Po co ci te zęby, bydlaku? – wykrztusiłem.
Pożałowałem.
Poczułem jak setka ostrych szpil wbija mi się w kark, by za chwilę napierać na mnie wraz z przednimi łapami. Nie wiem, na co to zwierzę poluje w tych górach, ale było jasne, że zamierza mi w ten pokraczny sposób złamać kark.
Wtedy uzmysłowiłem sobie, że jestem tuż pod jego brzuchem. Ignorując ból w plecach, sięgnąłem po sztylet i wymierzyłem cios w brzuch… Jak się okazało, turkusowe łuski były równie twarde, co barwne.
Ze wściekłością wykonałem jeszcze kilka pchnięć. Bez rezultatu.
Tymczasem czułem już dokładnie cały kręgosłup, najsilniejszy ból pulsował zaś w okolicach szyi i krzyża. Wiedziałem, że jeśli zaraz czegoś nie zrobię, głuche chrupnięcie karku zakończy mój żywot.
Nagle doznałem olśnienia. Skoro zwierzak polował w taki sposób, było oczywiste, że najgrubsze łuski ma na brzuchu, co innego jeśli chodzi o… Najszybciej jak mogłem, wychyliłem rękę w lewo, by z impetem zadać cios w bok gada. Jaszczur zasyczał i momentalnie odskoczył na kilka kroków, przechylając tułów tak, by eksponować opancerzony brzuch. W boku wciąż tkwił mój sztylet.
Niemrawo podniosłem się i wyprostowałem, czując jak ciepło i ból przenikają cały mój tułów. Jednakże wszystko wydawało się na swoim miejscu. Chwyciłem oburącz glewię. Wiedziałem, że jeśli będzie skakał, to znów natknę się na twardy brzuch, który niekoniecznie zostanie naruszony. Nie miałem żadnego pomysłu.
Gad znów wystrzelił w moją stronę. Gdy leciał, błyskawicznie ułożyłem broń wzdłuż siebie. Jaszczur powalił mnie, lecz jego lewa przednia łapa spoczęła nie na moim barku, lecz na ostrzu glewii.
Ostre pazury zadźwięczały, ślizgając się po stalowej powierzchni. Miałem czas, by wychylić się spod gada po lewej stronie, pomimo, że moje nogi wciąż były zablokowane przez tylne łapy.
Nie czekając ani chwili, chwyciłem za wciąż wbity sztylet. Gibki tułów gada był smukły i wydłużony, toteż kłąb kończył się na wysokości mojej szyi. Tyle wystarczyło.
Zacząłem dźgać na oślep turkusowy kark, z radością patrząc na coraz lepiej widoczną posokę. Jaszczur zaskrzeczał, po czym kilkunastoma niewyobrażalnie szybkimi susami wskoczył na najbliższą półkę skalną, a później dalej. Nie minęło dziesięć uderzeń serca, nim całkowicie zniknął mi z oczu. Chwilę później słyszałem jeszcze z oddali pojedyncze charknięcie.

Teraz już miał dość.

Na wszelki wypadek wciąż trzymałem w gotowości broń, a drugą ręką powoli masowałem krzyż. Bolała mnie szyja i kark, a później odezwały się także żebra. Na końcu zaczęły dawać o sobie znać powierzchowne rany ramionach i udach. Na szczęście były płytkie i z łatwością mogłem je opatrzyć. Później zauważyłem, że nie mam sztyletu. Wyglądało na to, że naskalnik będzie mieć pamiątkę.
Ruszyłem w dalszą drogę. Znów szedłem wijącym się, wyścielonym nietypowymi kamyczkami taktem. Zastanawiałem się, czy jestem w stanie znaleźć jaskinię smoka. Chciałem wierzyć, że trakt, po którym idę, jest zaproszeniem, że będę podążał nim jak po nitce do kłębka, ewentualnie ubijając po drodze lokalne potwory pokroju naskalnika.

Przez kolejne trzy noce nie działo się nic wartego opowiedzenia. Podróż po otoczakowej ścieżce, lekka ale też niezwykle nużąca.
Czwartej nocy jak zawsze spakowałem namiot i ruszyłem, w zasadzie bezmyślnie, po dobrze mi znanej dróżce. A ta w pewnym momencie po prostu się skończyła.
Wpierw poczułem, jakby ktoś mnie szturchnął. Nie wiedziałem, dlaczego stoję. Dopiero później spojrzałem pod nogi i zobaczyłem szarą górską ziemię. Wyglądało to tak, jakby ktoś pieczołowicie dekorował szlak kamieniami i nagle by mu się one skończyły. A ja stałem na skraju tej dróżki i nie wiedziałem co dalej zrobić. Cztery dni monotonnej wędrówki, podczas której byłem przez kogoś, lub coś, prowadzony jak za rękę i nagle muszę samodzielnie pomyśleć. Zgroza.
Gdy już otrząsnąłem się z szoku i przypomniałem sobie, że faktycznie moja głowa służy do czegoś więcej, niż podpora dla maski i pióropusza, postanowiłem rozejrzeć się wokoło. Droga rozwidlała się na trzy ścieżki, niestety żadna nie była wyłożona nawet gruzem, cokolwiek mógłby robić gruz w bezludnych Smoczych Górach.
Droga najbardziej po lewej prowadziła do sporego urwiska, zupełnie jakby sam Pan Podniebia odciął sobie kawałek góry. „Linia cięcia” była niezwykle równa, nie było też żadnej roślinności, ułamanych fragmentów skały, czegokolwiek, co świadczyłoby o tym, że owo ścięcie jest dziełem natury. Jednak pomimo pobożności, interwencja niebios byłą jednym z ostatnich pomysłów, jakie przychodziły mi do głowy. Byłem pewien, że gdzieś niedaleko ukryta jest siedziba smoka.
Z niechęcią zawróciłem, by zbadać kolejne dwie odnogi. Gdybym był smokiem, zamieszkałbym właśnie za takim urwiskiem, grunt to święty spokój. Kolejna ścieżka prowadziła w górę i kończyła się na wielkim głazie. Wokół kamienia widać było popękaną ziemię i kępy wyrwanej trawy. Zacząłem czuć się jak nieproszony gość, któremu sugerują, że czas iść do domu.
Gdy spojrzałem w stronę „kamyczkowej ścieżki”, którą przyszedłem na samym początku, zauważyłem, że otoczaki mocno zyskały na barwie. Stały się kolorowe, niektóre miały nawet ciekawe wzory.
Zacisnąłem zęby. Wiedziałem, czego chcę. Nie po to poświęciłem tyle czasu, nie po to niemal dałem się połamać naskalnikowi, by odejść z niczym. Ruszyłem, by zbadać trzecią drogę. W porównaniu z poprzednimi była trochę na uboczu. Uznałem, że to dobrze rokuje, jeśli chodzi o ukryte ścieżki. Trakt wił się dość długo między strzelistymi skałami. Po drodze nie spostrzegłem ogromnych głazów ani przeciętych na pół gór. Przyspieszyłem kroku, czułem, jak serce zaczyna coraz szybciej bić. Czułem, że jest blisko.
Jakież było moje rozczarowanie, gdy zobaczyłem, że droga kończy się w skale, zupełnie jakby ktoś ją złośliwie przestawił.
Zaczynało świtać. Uznałem, że rozbiję obóz na rozstajach, ot, by mieć wszystkie cztery ścieżki na oku.
Gdy pierwsze promienie słońca zaczęły przebijać się przez niebo, usłyszałem skwierczenie. Ze zdumieniem zobaczyłem tysiące drobnych czerwonych iskierek, które unosiły się powoli nad dróżką z otoczakami, niczym rój świetlików. Kamyczki zaczęły tlić się, by po chwilę ulecieć w postaci roju czerwonych punkcików. Patrzyłem oniemiały na drogę, nad którą unosiła się teraz ognista serpentyna. Widowisko trwało nie krócej niż wschód słońca. Nie wiedząc czemu, ignorując łzawienie oczu, spojrzałem wprost na świetlistą tarczę, która na dobre zadomowiła się już na niebie. I wtedy zobaczyłem przez chwilę złotą bramę.
– Tajemne przejście! – wykrzyknąłem. Ten znak był dla mnie oczywisty, któraś z zamkniętych dróg została dla mnie otwarta, ponieważ nie dałem się zwieźć i nie zawróciłem. To była próba.
Pobiegłem co sił w nogach do „uciętego” urwiska… jednak było takie jak wcześniej. Ruszyłem więc w stronę ogromnego głazu. Dopiero gdy zobaczyłem, że nadal jest na swoim miejscu, puknąłem się w czoło.
– Ukryta droga, oczywiście – rzekłem do siebie, po czym nie szczędząc energii ruszyłem trzecią, ukrytą ścieżką. Biegłem pokonując liczne zakręty aż w końcu padłem na kolana przed skałą, która bezlitośnie stała na środku, dokładnie tak jak wcześniej.
Dopiero teraz poczułem zmęczenie światłem. Słońce świeciło wściekle, wwiercając się w me oczy niczym setka os. Pojawił się też mocny ból głowy. Jednak czułem, że coś się zmieniło. Z uwagą obejrzałem skałę. Nie widziałem zbyt dobrze ze względu na zbyt ostre światło, ale miałem wystarczający ogląd, by stwierdzić, że faktycznie skałę pominęły wszelkie cudowne przemiany.
Zrezygnowany wróciłem do namiotu, gdzie założyłem osłony na oczy. Rozmyślałem w ciemności nad tym, co się wydarzyło. Ujrzałem tajemniczą przemianę kamyczków oraz złotą bramę. To musiało coś znaczyć, w końcu takie rzeczy nie zdarzają się na co dzień.
Zasnąłem. Gdy otworzyłem oczy, księżyc świecił wysoko na niebie. Świeciło coś jeszcze.
Tysiące drobnych, przypominających błękitne szkło kamyczków, tliło się niebieskim światłem. Wyścielone były nimi trzy ścieżki. Ta od urwiska, ta z głazem na końcu oraz ta, której bieg kończy się na skale.
Kolejny znak. Ruszyłem powoli w stronę trzeciej dróżki, tej, do które dostępu broni skalista ściana. Jednak zacząłem zwalniać coraz bardziej. To nie miało sensu. Zrozumiałem, że jeżeli poszedłbym jedną z tych ścieżek, zbadałbym każdą po kolei, by stwierdzić, że przejścia nie ma. Tak samo było w przypadku pierwszej wizji oraz przy pierwszej wizycie.
Powoli obróciłem się na pięcie. Droga, którą tu przyszedłem, wcześniej wyłożona pięknymi otoczakami, teraz, cała szara i zwyczajna, tonęła w mroku nocy. Ruszyłem powoli w dół, uważnie patrząc pod nogi. Księżyc, świecący żagiel Boga-marynarza, był w tym momencie moim sprzymierzeńcem. Pięknie oświetlał mi drogę, przez co mogłem powoli, krok po kroku przyjrzeć się jedynej ścieżce, której jeszcze nie poznałem. Ścieżce, która wcześniej była przede mną zakryta przez setki barwnych kamyczków.
Gdy wykonałem kilkanaście kroków, spostrzegłem niepozorną odnogę w bok. Kiedy szedłem tą drogą pierwszy raz, w górę, wiedziony przez morze otoczaków, ta mała dróżka w bok była dla mnie niezauważalna. Teraz jednak widziałem ją doskonale.
Schodziłem powoli w dół, przytrzymując się korzeni i gałęzi. Było bardzo stromo. Później droga wiła się nieco łagodniej, zakręcając jak ślimak. Na samym końcu biło jasne światło.

Majestatyczna skała pochylała się tworząc, wspaniały łuk, pod nim zaś emanowały złotą poświatą wrota.
Udało się.
Kiedy podszedłem do wrót, poczułem silne odepchnięcie. Odruchowo chwyciłem pewniej halabardę, nadal nikogo nie widziałem.
Wtedy poczułem to raz jeszcze, ale o wiele silniej.
– Zbliż się o krok, a zabiję. – rzekł głos przypominający szept. Głos, który rozległ się w mojej głowie.
Wtedy zobaczyłem, że unosi się przede mną chuda, niemal zupełnie przezroczysta istota, przypominająca nieco kijankę, ale mająca dodatkowo wychudzone ręce z długimi, zrośniętymi błoną palcami. Gdyby nie lekka fioletowa poświata, stworzenie byłoby zupełnie niewidoczne. Nigdy nie widziałem go na oczy, jednak nie było mi obce.
– Jesteś żywym cieniem, Tsatha’irem – powiedziałem. – Czymś pomiędzy istotą żywiołu światła i istotą żywiołu mroku. – Daruj sobie popis erudycji – zagrzmiał szept we wnętrzu mej czaszki. – Jestem strażnikiem tej bramy, a wolą mojego pana jest zabić każdego, kto do niej podejdzie.
– Przebyłem długą drogę, by tu dotrzeć. Jestem…
– Nie obchodzą mnie twoje sprawy, marna istoto! – poczułem, jak szept w mojej głowie ulega zwielokrotnieniu.
– Posłuchaj! – rzekłem stanowczo, a przynajmniej starałem się, by tak to zabrzmiało. – Jestem jednym z najlepszych rycerzy w całym Kraju Zer. Jeśli mnie nie wpuścisz, wyzwę cię na pojedynek!
– Ty? – czułem, jak drwiący ton odbija mi się o kości czaszki. – Jak śmiesz, marna węglowa formo? Jestem istotą fotonową!
Tak właśnie to zabrzmiało. Oczywiście nie mam pojęcia, o co memu rozmówcy chodziło.
– Nie jesteś pierwszy – kontynuował strażnik. – Zabiłem już dziesiątki takich jak ty. Dumni wojownicy, mędrcy, pustelnicy. Ludzie, Magowie, Płonący Strzelcy… Jesteście marniejsi niż proch! Zabiłem setki tobie podobnych, ale było to dla mnie mniej ważne, niż liść spadający z drzewa. Nic dla mnie nie znaczycie, nic! I tak samo stanie się z tobą i twoim żałosnym żywotem!
W tym momencie ogarnęło mnie coś dziwnego. Gdyby ktoś powiedział mi wcześniej, że znajdę się w takiej sytuacji, zapewne rzekłbym, że zaatakowałbym z gniewem przeciwnika, ginąc w chwale lub zwyciężając, powiedzmy, w jeszcze większej chwale.
Jednak teraz przepełniało mnie… współczucie.
Zrobiło mi się najzwyczajniej w świecie żal. Tsat’hair nie mógł się co prawda równać potędze swoich świetlistych lub mrocznych kuzynów, wciąż jednak był istotą ulepioną z innej gliny niż zwykły śmiertelnik. Istotą, po której oczekiwałbym, że wykaże się jakimiś lepszymi, „wyższymi” cechami charakteru.
Tymczasem umysł tego, był wypełniony jedynie pogardą. Pogardą dla przeciwników, pogardą dla innych ludów, pogardą dla samego życia. – Zrób krok, no dalej! – zasyczał głos w mojej głowie.
– Żal mi ciebie… – rzekłem powoli.
– Co?
– Żal mi ciebie. Jesteś wspaniałym bytem, a mimo to postrzegasz świat przez pryzmat uczucia tak niepodobnego do takich istot, jak ty. Twój żywot musi być straszny, skoro nie potrafisz docenić żadnego ideału. Nie potrafisz docenić nawet wartości życia.
– Jak śmie…
Nagle cień znalazł się w okręgu, który wyglądał jak zrobiony z samego mroku. Pierścień zaczął się zaciskać, a wraz z nim deformować zaczął się także Tsat’ha’ir. Pod koniec zrobił się zupełnie płaski, by ostatecznie zniknąć. Pozostało jedynie ciemniejsze miejsce, które ominąłem o kilka kroków, na wszelki wypadek.
Wyglądało na to, że współczucie okazało się potężniejszą bronią niż halabarda czy sztylet.

Powoli ruszyłem w stronę bramy. Złoto zdawało się płynne, pulsowało jakby drgało, jednak w dotyku okazało się zimne i twarde.
I tak właśnie brzmi historia o tym, jak spotkałem smoka.

– Nie, nie! Wałkujemy to już drugi raz! – krzyczał rozgorączkowany starzec.
– O co ci chodzi? – odparł poirytowanym tonem rycerz w masce. – Opisałem ci dwa razy moje spotkanie ze smokiem. Nie zamierzam tego robić po trzykroć.
– Nie, nie, nie! – krzyczał pełen gniewu pustelnik. – Zapętlasz się, gubisz wątek. Opowiadasz szczegółowo drogę do smoka, ale nie jesteś w stanie opisać spotkania. Obudź się!
– Przecież już ci mówiłem, starcze. Wyruszyłem z Tańiz, mego rodzinnego…
– Nie chcę słyszeć ani słowa o Tańiz, ani o turnieju, ani o ashterańskiej łajbie, ani o naskalniku. Chcę usłyszeć o twoim spotkaniu ze smokiem. Kiedy przekroczyłeś bramę, wszedłeś do jaskini. Co stało się dalej? Obudź się!
– Daj mi spokój obłąkańcu – żachnął się rycerz. – Wszedłem do jaskini i spotkałem smoka, przecież ci mówiłem. Kończmy tę rozmowę, muszę wracać do domu.
Pustelnik doskoczył do paladyna z niebywałą szybkością i chwycił go mocno za ramiona. Mocno nawet jak na męża w sile wieku. – Wszedłeś do jaskini, tak? – każde słowo pustelnika była niczym powolna, spadająca ze stalaktytu kropla wody. – Co zobaczyłeś? Przypomnij sobie jaskinię. Jak wyglądała?
Starzec puścił rozmówcę i oddalił się o krok.
– Obudź się… Co zobaczyłeś?
Paladyn zamyślił się. Próbował przypomnieć sobie cokolwiek, lecz miał wrażenie, że jego umysł nie jest wypełniony niczym poza pustką. Z nutą strachu spojrzał na starca, czując, jak obraz wokół niego zaczyna lekko falować.
– Co zobaczyłeś? – spytał pustelnik, tym razem spokojnie. – Powiedz… co widzisz.

Obraz rozmył się całkowicie. Nastała ciemność.
Zeryjski rycerz usłyszał kapiącą wodę, poczuł wszechobecny chłód. Z mroku powoli zaczął wyłaniać się obraz.
Przerażony paladyn cofnął się kilka kroków. Znajdował się w ogromnej kamiennej sali. Trudno było określić jej rozmiary, ponieważ tonęła w mroku, którego nie był w stanie przebić nawet czuły wzrok Zeryjczyka.
Widział jednak na tyle, by dostrzec misterne mozaiki zdobiące posadzkę. Były też kolumny, na których wyrzeźbiono igrające smoki. Filary tworzyły dwa rzędy, których końce ginęły w mrokach tego ogromnego pomieszczenia. Pomiędzy nimi wyzierała pusta przestrzeń, która wydawała się ciemniejsza od otoczenia, nawet od obecnego dalej mroku.
Paladyn poczuł czyjąś obecność. Instynktownie wpatrywał się w czerń pomiędzy kolumnami. Choć nic nie widział, instynktownie doświadczał bytności pana mrocznej sali.
Cień zawieszony między kolumnami zaczął się zbliżać. Białym oczom Zeryjczyka zaczęły powoli ukazywać się ogólne zarysy długiej szyi, trójkątnej głowy, później błoniastych skrzydeł i w końcu długiego ogona. Nie minęło kilka uderzeń serca, a tuż przed rycerzem stał już zupełnie materialny czarny smok.
– Obudziłeś się – rzekł głos dobiegający ze środka głowy rycerza. Nie był to jednak nieprzyjemny, inwazyjny szept żywego cienia. Ton tego głosu był nieokreślony, a jego forma tak delikatna, że rycerz miał wrażenie, jakby jakaś tajemnicza siła bardziej pomagała mu przypomnieć sobie to, co już wie, niż żeby wchodziła do jego umysłu.
– Gdzie… Kiedy ja jestem? – spytał nieskładnie osłupiały Zeryjczyk.
– Jesteś tu, w mojej jaskini. I teraz, w tej właśnie chwili – odpowiedział łagodnie głos. Czarny, długi na dwa kroki smoczy łeb wpatrywał się w rycerza dużymi, niemal trójkątnymi oczami, z których emanowała czysta ciemność.
Rycerz czuł, jak ogarnia go spokój. Usiadł powoli na posadzce, nie bardzo wiedząc kiedy. Wydawało mu się, że zanurza się w ciepłej, miłej wydzielinie, która odgradza go od wszelkich problemów i zagrożeń.
– Jesteś gotowy – zakomunikował smok.
– Gotowy? – Zeryjczyk czuł się coraz lepiej. Jego myśli stały się trzeźwe i wyraziste.
– Jesteś w mojej jaskini już drugi dzień. Musiałem cię nawet nakarmić i napoić, naginając nieco twą wolną wolę. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe.
– Drugi dzień? – spytał rycerz ze zdumieniem w głosie.
– Udało ci się dowieść, że jesteś godzien audiencji. Pokonałeś wszystkie przeszkody, które postawiłem na twej drodze, człowieku. Nie zwiodła cię fałszywa droga, pokonałeś żywego cienia, mego sługę. Co do naskalnego jaszczura, nie miałem z tą sprawą nic wspólnego, ale tam również wykazałeś się hartem ducha. Jednak zabrakło ci sił na spotkanie ze mną.
Nastała cisza, tak w jaskini, jak i w głowie paladyna. Smok czekał dłuższą chwilę, wiedząc, że jego gość musi sobie to wszystko poukładać. – Nie byłeś gotowy – kontynuował smok. – Dlatego też wniknąłem do twego umysłu i stworzyłem iluzję, przybierając postać pustelnika z twojego wspomnienia. Dopiero gdy po raz wtóry opowiadałeś mi swoją historię, zdołałeś pojąć, że ona wciąż trwa, a jej koniec jeszcze nie nadszedł. A zatem… Witaj w moich skromnych progach, człowieku.
– Jesteś… – rzekł niepewnie Zeryjczyk, po czym rozejrzał się powoli. – Ta sala, te zdobienia?
– Tak, to moje dzieło – głos w głowie rycerza miał w sobie nutkę dumy. – Ukształtowałem to miejsce według własnego upodobania, wyłącznie dzięki swej woli.
– Woli? – spytał rycerz, tym razem śmielej. – Rozgrzałeś do czerwoności głazy, a następnie zatopiłeś w nie swe pazury, by nadać im pożądany kształt?
– Nie do końca, mój gościu – gad zdawał się nieco rozbawiony. – Nie chcę, by zabrzmiało to zbyt protekcjonalnie, ale my, istoty wyższe, nie musimy polegać na sile czy wytrzymałości. Wszystko jest kwestią naszej woli i tego, o ile tę wolę jesteśmy w stanie zamienić w rzeczywistość. Odpowiednio zogniskowana energia staje się ciałem.
Po krótkiej analizie impulsów nerwowych rycerza, smok uznał, że nie wyraził się dostatecznie jasno.
– Wyobraź sobie rzekę. Podczas gdy zwykłe istoty męczą się, by przebyć ją na… starej ashterańskiej łajbie, my, istoty wyższe, zmieniamy bieg samej rzeki, kierując wodę tam, gdzie chcemy.
Zeryjczyk nie był pewien, w jakim stopniu zrozumiał to, co pan jaskini wtłaczał mu do głowy. Wpatrywał się uważnie w smukłą sylwetkę ogromnego, długiego na kilkanaście kroków gada. Paladyn uzmysłowił sobie, że właściwie odkąd ujrzał mrocznego jaszczura, zaczął odczuwać nieokreślony dyskomfort.
– Czyżbyś był zawiedziony? – zagrzmiał głos w głowie rycerza. Spodziewałeś się ujrzeć coś innego?
– Chyba… tak – odparł zmieszany Zeryjczyk. – Smoki zawsze kojarzyły mi się z ogromną mocą, potęgą. Spodziewałem się więc ogromnych szponów, rzędów ostrych kłów, grubych łusek.
– Taka większa wersja naskalnika?
- Taak – rycerz odpiął maskę, a następnie na znak szacunku zdjął hełm. – Przepraszam, że robię to dopiero teraz… Ty… Wy jesteście inni, smoku. – W tym momencie Zeryjczyk żałował, że nie jest Anosem. Tamci z pewnością mają jakiś specjalny, długaśny wyraz, którym tytułują smoki. – Wasz ogon, szyja i tułów są długie i smukłe, czarne jak noc łuski przypominają bardziej kamienie szlachetne niż mocny pancerz. Nawet pazury wyglądają bardziej jak ozdobna, ceremonialna broń, a nie wojenny oręż. A skrzydła kojarzą mi się trochę z… Wachlarzem? Proporcem? – Daj spokój, myślisz, że jakikolwiek smok poleciałby na czymś takim? – Gad rozpostarł na chwilę jedno skrzydło, prezentując półprzezroczyste błony lotne. – Istotą jest siła woli.
– Siła woli – powtórzył rycerz. – Teraz pojąłem, czym jest prawdziwa potęga. Zdajecie się, smoku, istotą kruchą i delikatną, zbyt piękną, by posiadać siłę w rozumieniu śmiertelnika, tymczasem wasza moc leży nie w sile, lecz w umyśle. Wasza władza jest tak wielka, że zdaję się przy was marnym pyłkiem. Dziękuję, że pozwoliliście mi was spotkać.
Paladyn rzucił na ziemie hełm i maskę, po czym upadł na kolana, dzwoniąc przy tym nagolennikami.
– Och, daj spokój – ton smoka zdradzał znudzenie. – Widzę, że dała ci się we znaki retoryka mojego strażnika. Zasłużyłeś, więc cię wpuściłem. Cieszę się, że mogłem spełnić twoje marzenie…
– Mogę zadać wam pytanie, smoku?
– Pod warunkiem, że będzie miało więcej treści niż te, które zadałeś przed chwilą…
– Jak to jest być tak potężnym? My, ludzie, zawsze mamy kogoś nad sobą, zawsze czegoś lub kogoś się boimy. Jak to jest, gdy dysponuje się tak wielką mocą, że nie trzeba obawiać się niczego niczym sami bogowie?
W głowie paladyna rozległo się westchnięcie.
– Gdyby to było takie proste – odparł ciężko smok. – Patrz…

Obraz zaczął wirować. Rycerz miał wrażenie, że delikatnie unosi się w powietrzu, a następnie zostaje porwany przez ogromny podmuch wiatru. Nastała ciemność. Nie mógł się poruszyć, nie wiedział, gdzie jest.
Po chwili zaczął widzieć kształty, które z każdym uderzeniem serca zyskiwały na ostrości. Widział lasy, góry, wszystko z niebywałej wysokości. – To nasz świat, Świat Ayanański. Ten sam, w którym obecnie żyjemy – odezwał się w głowie rycerza smok. – Jednak to, co widzisz nie dzieje się teraz. To wspomnienie mojego dalekiego przodka. Te wydarzenia działy się wiele, wiele lat temu.
Paladyn uzmysłowił sobie, że ogląda świat z perspektywy smoka. Prócz wzgórz, lasów i rzek widział także barwne nitki, które wiły się i skręcały w różnych kierunkach. To były strumienie energii.
Góry i doliny zmniejszały się coraz bardziej. Zeryjczyk czuł, jak wznosi się coraz wyżej. Po dłuższej chwili dostrzegł z boku drugiego smoka, lodowego. A następnie kolejnego, i jeszcze jednego. Setki skrzydlatych gadów leciały w tę samą stronę. Były to jaszczury wszelkiego żywiołu, od mroku i światła, przez błyskawice, po ogień i wodę.
– Zebraliśmy się wszyscy – rzekł głos w głowie rycerza. Każdy żmij zamieszkujący nasz świat.
Następnie rycerz uznał, że widzi rój owadów, jednak po chwili okazało się, że w jego stronę leci armada wspaniałych, złoto-niebieskich statków, które poruszały się po niebie niczym ptaki, choć nie miały skrzydeł. Statki „zacumowały” tuż przy unoszących się w powietrzu smokach. Niektóre z nich były dwa, trzy razy większe od żmijów.
– Flota siriańska – rzekł spokojnie głos – odwieczni przyjaciele smoków, których jesteśmy wiecznymi dłużnikami.
Latających statków i jaszczurów przybywało z każdą chwilą, w pewnym momencie zdawało się, że wypełniły całe niebo.
Wszędzie dookoła fruwały także wielobarwne nici energii. Rycerz widział je doskonale smoczymi oczami. W pewnym momencie pojedyncze nitki zaczęły splątywać się w długie, obracające się wokół własnej osi łańcuchy, które ostatecznie skupiały się w podłużne kłęby.
Wszędzie dookoła zaczęły pojawiać się istoty o kształcie kijanek. Formą przypominały nieco żywego cienia, który bronił smoczej bramy, jednak te były o wiele większe. Jedne zdawały się stworzone z czystego światła, drugie zaś ziały mrokiem i nicością.
– Dobrze widzisz – mówił smok. – Przybyły też Seydury i Seyhiry, istoty czystego światła i czystego mroku. Wszyscy jednak czekaliśmy na nasze główne siły uderzeniowe.
Po dłuższej chwili zjawiło się kilka niepozornych istot mających nie więcej niż trzy kroki długości. Podobne do ważki skrzydła i członowany odwłok sugerowały, że są to owady, jednak rycerz od razu rozpoznał pęk wijących się, zdobiących koniec ogona świetlistych czułków oraz ogromne żółte oczy – to były Ariyat’hany, święte rośliny, istoty rangi boskiej.
– Zgromadziły się wszystkie istoty, od których zależały losy naszego świata. Żmijowie ze swoją mocą żywiołów, Sirianie ze swoją technologią, będące manifestacją energii świetliste Seydury i mroczne Seyhiry oraz władające mocą w najczystszej postaci Ariyat’hany.
Rycerz spojrzał w górę.
Nagle niebo zdało się pęknąć na pół, a z ogromnej szczeliny wysunęło się… coś. Coś, czego nie był w stanie opisać. Patrząc oczami smoka, paladyn widział ogromne sploty energii. Moc, która płynęła od nieznanego, obcego bytu była niczym ogromny głaz. Głaz, który był w stanie bez problemu zmiażdżyć garstkę robaków.
Wszystkie zgromadzone istoty poczuły niemoc. Poczuł ją także paladyn, zupełnie jakby był jednym ze smoków. Było to dla niego coś niewyobrażalnego. Istoty, których potęga była dla niego abstrakcją, stały się bezsilne i słabe, zupełnie jak on sam w porównaniu z mrocznym smokiem.
Niebo zapłonęło. Rozpoczęła się dziwaczna wojna, będąca dla paladyna czymś na skraju pojmowania. Ogromne sznury energii przeciskały się pomiędzy wojskami, przypominało to nieco przeciąganie liny. Dziwne zawody, gdzie wola tysięcy wspaniałych istot ściera się z ogromnym, potężnym wirem, który rozbija energetyczne węzły na drobne iskry.
Siriańskie statki spadały na ziemię jeden po drugim. Padały również smoki, setkami. Z kolei istoty ze światła i mroku były dosłownie pochłaniane przez tajemniczy, obcy byt. Jedynie Ariyat’hany jakoś się trzymały.
Z każdą chwilą wojska wykruszały się coraz bardziej, przypominało to pojedynek pływających po wodzie liści rzęsy wodnej z kadłubem dalekomorskiego żaglowca.

Nagle wszystko ucichło. Na niebie ukazał się jeszcze jeden kształt.
Był to ogromny, wijący się na niebie wąż, którego ciało zdawało się utworzone z tysięcy purpurowych kryształów, które opalizowały wszelkimi możliwymi barwami.
– Wynoś się! – zagrzmiał tajemniczy przybysz. Jego głos, a właściwie sygnał myślowy, był tak potężny, że powietrze zafalowało, a położona tysiące kroków niżej ziemia zadrżała.
Kryształowy wąż spojrzał przelotnie na obcą istotę, która jeszcze przed chwilą dziesiątkowała najpotężniejsze armie tego świata. Obcy byt pośpiesznie wycofał się do szczeliny w niebie, która chwilę później zniknęła. Gdyby nie leżące na dole wraki statków i martwe gady, trudno byłoby przypuszczać, że rozegrała się jakakolwiek bitwa.

Paladyn otworzył oczy, chciwie łapiąc powietrze, zupełnie, jakby przed chwilą się topił.
– Ten kryształowy wąż. To, to był Hur-zatus, prawda? Bóg magii. – Wydyszał, ze zdumieniem stwierdzając, że siedzi na posadzce i dla pewności badając ją ręką.
– Bóg magii, powiadasz? – głos smoka zdradzał ironię. – W każdym razie, tak, wy, ludzie, nazywacie go Hur-zatusem. Jak widzisz, są na świecie siły, które wykraczają nawet poza pojmowanie tych, którzy z kolei wykraczają poza twoje pojmowanie. Dość już o tym, skupmy się na czymś innym… Wystaw ręce.
Gdy Zeryjczyk spełnił prośbę żmija, ze zdumieniem spostrzegł, jak na jego dłoniach tworzy się czarny kształt. Ciemność zdawała się coraz bardziej gęstnieć aż w końcu utworzyła posążek z czarnego błyszczącego kamienia. Przedstawiał górę, na szczycie której siedział smok. Była też zaznaczona prowadząca na szczyt ścieżka, którą przecinała rzeka. Wyżej widniała płaskorzeźba malutkiego naskalika, a później trzy fałszywe drogi.
– Pomyślałem, że ucieszy cię pamiątka – zakomunikował żmij. – Ale teraz już na ciebie czas. Idź prosto pomiędzy kolumnami, trafisz do tylnego wyjścia.
Rycerz nie chciał jeszcze opuszczać smoka, ale karnie ruszył przed siebie. Nie minęło wiele czasu, a był już na powierzchni i szedł prostą drogą w dół, która zdawała się nienaturalnie lekka i kierowała się w stronę ojczystego Kraju Zer na północy. Z czasem „luksusowa” ścieżka przerodziła się w zwykły kamienisty trakt. Wyglądało na to, że tutaj już nie sięgała władza mrocznego smoka.
Paladyn uznał, że rozbije obóz nieopodal ciekawej, powykrzywianej skały. Zdjął plecak i już miał zamiar schylać się, by rozkładać namiot, gdy do jego uszu dotarł syk.

Na oddalonym o zaledwie kilka kroków głazie siedział naskalnik. Zwierzę syknęło raz jeszcze.
Zza głazu wyszły powoli dwa kolejne jaszczury. Jeden z nich zdecydowanie szykował się do skoku, natomiast pozostałe dwa powoli okrążały swoją zdobycz.
– Ponoć jesteście samotnikami. – wycedził przez zęby Zeryjczyk, chwytając oburącz halabardę.
Rozległ się kolejny odgłos, tym razem za plecami paladyna. Zbliżał się kolejny jaszczur, z którego boku wystawał znajomy sztylet.
– Zemsta, prawda? – rzekł ironicznie Zeryjczyk. Wiedział, że nie ma szans, jednak przyjął to ze spokojem. Spełniło się jego największe marzenie. Naskalnik ze sztyletem w boku wyprężył się, lecz zamiast skoczyć wydał z siebie trzykrotnie stłumiony skowyt. Inne zwierzęta zatrzymały się, by chwilę później zacząć się wycofywać.
– Zaraz… – skonsternował się paladyn. – Czyżbyś ostrzegał swych braci przede mną?

Uderzenie.

Zeryjczyk leżał zdezorientowany na plecach. Jego pierś była przygnieciona przez szponiastą nogę. Podobna kończyna trzymała też lewe udo rycerza. Paladyn widział nad sobą naskalnika, jednak innego niż pozostałe. Był niemal dwa razy większy, a kolor łusek, miast na turkusowo, połyskiwał ciemnym błękitem.
– Skądżeś się tu… – Gad przycisnął łapą klatkę piersiową zdobyczy, jakby chciał wymusić milczenie.
Pozostałe naskalniki zaczęły się coraz bardziej zbliżać. Rycerz doskonale widział, jak otwierają paszczę i prezentują liczne zęby.

Wtem, na czas uderzenia serca, błysnęło światło, a chwilę później zrobiło się ciemno. Coś poruszało się z ogromną prędkością i krążyło między jaszczurami. Po chwili tajemnicza siła wyrzuciła niebieskiego gada w powietrze, by niedługo później cisnąć nim ciężko o ziemię. Jaszczur błyskawicznie odskoczył, by błyskawicznie zniknąć między skałami. W jego ślady poszły pozostałe gady.
– Szukałem cię – rozległ się szept w głowie paladyna.
– Strażnik bramy? Żywy cień? – Zeryjczyk znał ten głos aż za dobrze. – Uratowałeś mnie.
– Uratowałem? – głos odbijał się echem – Nie. Po prostu nie mogłem pozwolić, by jakieś durne zwierzęta popsuły moje plany.
– Plany? O czym ty mówisz? – Rycerz miał złe przeczucia. Ostrożnie podniósł się z ziemi, tuż przed nim majaczyła przezroczysta, ledwo widoczna, przypominająca kijankę postać żywego cienia.
– Upokorzyłeś mnie! – syknął żywy cień. – Co ty sobie myślisz? Przychodzisz do Smoczych Gór jak do siebie. Cudem unikasz śmierci ze szponów lokalnego drapieżnika, następnie przypadkowo odkrywasz wejście do jaskini, pomimo że od początku dostawałeś wskazówki jak tam trafić. I na końcu „pokonujesz” mnie, ponieważ wykazałeś nietypową dla twojego marnego gatunku reakcję i rozbawiłeś mego pana.
– Twój pan sam mnie wpuścił. Byłem mile widziany w jego jaskini.
– Możliwe, ale jestem jeszcze ja i w tej chwili jesteś bardzo niemile widziany. Jestem Tsat’ha’irem! Istotą światła i mroku, a ty musisz okazać mi szacunek. Tutaj nie sięga władza mego pana, więc jesteś zdany na moją łaskę. Zrozumiano?
– Może i jestem idealistą, ale nie głupcem – rzekł zrezygnowanym tonem rycerz. Jednak gdy już miał klękać, przypomniało mu się spotkanie ze smokiem. To nie siła była źródłem potęgi żmija, lecz jego wola.
Paladyn zacisnął pięści i wypiął pierś.
– Na kolana! – zagrzmiał cień.
– Nie.
– Jak śmiesz? Zniszczę cię!
– Nie. Szanuję twój lud. Mroczny smok, twój pan, pokazał mi wielką bitwę, która rozegrała się tysiące lat temu. Do walki stanęły świetliste Seydury i mroczne Seyhiry. A jeśli tak, to jest oczywistym, że zjawili się także twoi pobratymcy, mroczno-świetliste Tsat’ha’iry.
– Co próbujesz ugrać, człowieku? Dobrze wiesz, że opowieści smoków i innych stworzeń nie wspominają o nas, jesteśmy zbyt słabi, by mierzyć się z panami tego świata… ale wystarczająco silni, by zetrzeć na proch takiego śmiertelnika jak ty!
– Nie wspominają, ale wydaje mi się oczywiste, że tam byliście. Nie zaprzeczasz.
– Owszem, byliśmy. I ginęliśmy tak samo, jak wspaniałe smoki, Sirianie, czy inne istoty. Dlatego tym bardziej masz oddać mi cześć!
– Jednak czy ty brałeś udział w tej bitwie?
– Nie. Zaczynasz mnie denerwować…
– Dlaczego zatem mam okazać cześć tobie?
– Jestem istotą wyższą, głupcze!
– Może i tak, ale charakterem nie różnisz się od niejednego człowieka! Jesteś arogancki i próżny, a do tego nie masz poszanowania dla życia. Nie zasługujesz na cześć!
Rycerz poczuł, jak potężna siła przyciska go do ziemi. Wnętrze jego głowy na wskroś przeszywał pełen gniewu ryk. Potężna siła zaczęły kruszyć kamienie tuż przy jego głowie, obracając je w pył. Następnie poczuł, jak wola żywego cienia podnosi jego ciało, zupełnie jakby nic nie ważyło. Zawisł tak dwa kroki nad ziemią, czując ogromny ucisk w okolicach ciemienia.
– To twoja ostatnia szansa! Okaż mi cześć, bo inaczej zgniotę cię jak tamte kamienie wcześniej!
Paladyn pochylił głowę. Wiedział, że jest bezsilny. Jednak w tym momencie coś się stało, w głowie czującego ogromny ucisk w okolicach ciemienia Zeryjczyka, zakiełkowała myśl.
– To twoja ostatnia szansa! Okaż mi cześć, bo inaczej zgniotę cię jak tamte kamienie wcześniej!
– Zaczekaj…. Czy wiesz, kim była ta istota? Ta, która tysiące lat temu chciała zniszczyć świat?
– Nikt tego nie wie! A już na pewno nie taki śmieć jak ty!
– Daj mi tylko chwilę. Mroczny smok, twój pan, pozwolił mi spojrzeć na tamte wydarzenia żmijowymi oczami. Widziałem sznury energii, jej kształty i rozmieszczenie. Widziałem jak wyglądały w świetlistych Seydurach i mrocznych Seyhirach. Takie same warkocze mocy emanowały od tamtego przybysza.
– I co z tego? Opóźniasz tylko własną śmierć!
– To był Tsat’ha’ir! Istota, która rozdarła niebo i była potężniejsza od wszystkiego, co żyje na tym świecie, należała do twojego rodzaju! Niewidzialna siła puściła. Rycerz z głuchym odgłosem spadł na ziemię, z trudem łapiąc oddech i trzymając się oburącz za pękającą z bólu głowę. – Co powiedziałeś?
– To był… żywy cień! Przedstawiciel… twojego rodzaju – paladyn z trudem składał zdania, choć teraz czuł się już nieco lepiej. – A to oznacza, że ty też możesz osiągnąć wielką moc, chociażby taką jak twoi krewni, Seydury i Seyhiry.
– To niemożliwe – odparł żywy cień spokojniejszym, lecz rozgoryczonym tonem. – Powiem to upraszczając, by twój ograniczony umysł mógł cokolwiek pojąć… My Tsat’ha’iry, mamy w sobie dwa razy więcej energii niż spokrewnione z nami istoty czystego mroku lub istoty czystego światła. Jednak w naszym przypadku, napędzające nas siły wygaszają się wzajemnie. To dlatego nigdy nie osiągamy potęgi równiej naszym kuzynom, którzy mają w sobie jedynie moc mroku lub moc światła. Mój rodzaj skazany jest na pozostanie w tyle, będąc na tyle nisko, że musi słuchać nawet smoków.
– Ale ta istota. Ona miała w sobie i światło i mrok, jednak jakby… Trudno mi to nazwać… Kierowała energią, moce nie wygaszały się, lecz wzmacniały.
– I niby ty to odkryłeś? Były tam setki istot wyższych, ale dopiero ludzki rycerzyk nas wszystkich oświecił?
– Skąd wiesz, że smoki i inne istoty o tym nie wiedzą? Może po prostu nie chcą, byście wy, żywe cienie, poznali swój prawdziwy potencjał – Zeryjczyk był zdziwiony ostatnimi słowami. Nie był pewien, czy wypowiedział je sam, czy może ktoś mu je wtłoczył to ust.

Po tych słowach żywy cień zniknął. Nastała cisza.

Rycerz poczuł ruch w kieszeni, do której schował prezent od smoka. Gdy wyjął posążek, zauważył nowy detal. W miejscu, gdzie wcześniej widniała tylko część góry pojawiła się podobizna przypominającej kijankę istoty – Tsat’ha’ira.



ARHIZ

czwartek, 29 grudnia 2016

Prawdziwa Historia Eanwela

Prawdziwa Historia Eanwela


Wszyscy znamy legendę o Eanwelu. Elfowie opowiadają ją od pokoleń, przekazując plemienną mądrość. Jednak tylko nielicznym dane było usłyszeć prawdziwą, nieprzekłamaną wersję.

To, co ważne, zapomniane zostało,
Przeżyło to, co prawdą się zdawało.
O Eanwelu historii posłuchajcie,
W bardów pieśni złudne nie wierzajcie.
Historię prawdziwą stary szaman gada,
Kto źle zapamięta, temu wieczna biada.

Drzewiej ośnieżone szczyty były o wiele mniej łaskawe dla Pierworodnych niż ma to miejsce obecnie. Wtedy to Górskie plemiona elfów musiały porzucić swe dziedzictwo dla jedności z naturą, tylko tak mogły przeżyć.
Owe dawne czasy dały początek Śnieżnym Elfom, koczowniczemu ludowi dzikich łowców i zbieraczy, których dusza zlała się z przyrodą mroźnych grzbietów.
W tamtych czasach elfowie musieli zmagać się ze srogimi zimami, obfitującymi w straszliwe zamiecie. Zwierzynę zaś trzeba było tropić przez wiele dni, a i to nie zawsze owocowało zdobyczą.
Jednak zrodził się pośród plemion łowca Eanwelem zwany. Jego oko bystrzejsze było niż sokole, siła większa niż niedźwiedzia, a siarczysty mróz zdawał się dla niego niezauważalnym chłodem. Zaiste nie było dzielniejszego, silniejszego i zręczniejszego elfa nad Eanwela.
Śnieżny lud pokładał w swym bohaterze wielkie nadzieje, a wieszczki nie raz upatrywały w nim wielkiego wodza. Jednak losy najmocniejszego z elfów potoczyły się inaczej.
Eanwel postanowił odejść i żyć wśród osiadłych śmiertelnych, w gronie ludzi.
Bardowie i wieszczkowie różnie powiadają. Jedni mówią, że zakochał się w ludzkiej kobiecie, drudzy, że zapragnął mieszkać w kamiennym pałacu, jakie mieli w zwyczaju stawiać ludzie. Jeszcze inni plotą, że przyczyną było zwykłe znużenie życiem koczownika. Jednak, powiadam wam, prawda leży gdzie indziej.
Gdy tylko Eanwel zaczął wyróżniać się na tle pobratymców, jego los został przypieczętowany. Starsi, wieszczki, szamani, łowcy i kobiety – wszyscy upatrywali w nim przyszłego wodza. Dla wszystkich Śnieżnych Elfów było oczywiste, jakie imię będzie nosił ich przywódca. To pragnienie przepełniało serce każdego Pierworodnego… prócz Eanwela.
Tymczasem najdzielniejszy z elfów nie chciał być wodzem, nie chciał, by inni wtłoczyli go w tę rolę dla własnej wygody. Głupcy powiadają, że przeto, iż był próżny, samolubny i chciwy – przez te właśnie cechy nie zasiadł na siedzisku w jurcie wodza.
Tymczasem Eanwel był… zbyt silny. Odznaczał się tak potężną wolą, że przeciwstawił się całemu plemieniu. Nie pozwolił narzucić sobie roli, której nie chciał, w której nie mógł się odnaleźć. I właśnie to skłoniło go do wędrówki na Niziny.
I wyruszył Eanwel do świata osiadłych śmiertelników, do świata ludzi. Opuścił rodzinne strony, znajome lasy i góry. Skazał się tym samym na wieczne potępienie – kto raz opuścił klan, nie miał już prawa powrotu.
Gdy elf dotarł do ludzkiej osady, wpadł w osłupienie tak wielkie, że nie był w stanie złapać tchu. Już wcześnie słyszał opowieści o tym, jak olbrzymie są ludzkie miasta, lecz zawsze wkładał to między bajki. Tymczasem na własne oczy ujrzał ogromne, nieruchome ,,namioty”, całe z kamienia, które przewyższały go po trzykroć. Domy połączone były „ścieżkami” twardymi jak skała. Nie wiły się one jak górskie trakty, tylko prosto mknęły przed siebie, niczym strzała wypuszczona z łuku.
Dalej spostrzegł Eanwel rośliny posadzone rzędami. Jedne wydawały barwne owoce, inne zdawały się służyć jedynie za ozdobę. Człowiek stał się w oczach elfa panem natury, tym, który rozkazuje kwiatom gdzie rosnąć, i nawet na głazach wymusza przyjęcie pożądanej formy.
W jednej z izb były uchylone drzwi. Kiedy elf wkroczył do środka, odruchowo skulił się, jakby wchodził do plemiennego namiotu. Tymczasem tutaj sklepienie widniało wysoko nad głową, tak, że nawet ktoś tak rosły jak Eanwel mógł dumnie wypiąć pierś.
Gdy ludzie ujrzeli najdzielniejszego z Pierworodnych, przemówili swym niegodnym językiem, ostrym i twardym, wywołującym ból w elfich uszach. Eanwel nie rozumiał ani słowa, ale widział po grymasach na twarzach śmiertelników, że były to same przekleństwa. Chwilę później ludzie pobiegli po włócznie o dwóch grotach, które leżały w pobliżu upraw, i wygonili elfa z miasta.
Jednak Eanwel nie chciał odpuścić. Czuł, że ma wreszcie cel, którego pragnie, do którego dąży. Chciał zaimponować śmiertelnym, by ci nauczyli go panować nad naturą.
Niektórzy powiadają, że pragnął później wrócić z nową wiedzą w góry i sprawić, by Śnieżne Elfy żyły w dostatku i bogactwie – jednak nie wiem, czy jest to prawda. Przodkowie nie wyjawili mi tej części legendy.
I najdzielniejszy z elfów udał się do lasu w pobliżu miasta, by zapolować na zwierzynę, wszak plany obmyśla się najlepiej z pełnym żołądkiem. Gdy wracał ze zdobyczą, napotkał człowieka z ogoloną głową, odzianego jedynie w szarą szatę. Był to wędrowny asceta.
Mędrzec od razu spostrzegł, że serce elfa jest pełne trosk, spytał go więc o nie. Pałający gniewem Eanwel w krótkich słowach wyjaśnił, co stało się, gdy przybył do miasta oraz jaki jest jego cel.
Asceta roześmiał się głośno, a następnie wytłumaczył elfowi, na czym polegał jego błąd. Pierworodny myślał, że ludzie przyjmą go z otwartymi rękoma, ponieważ jest dzielny lub silny. Tymczasem dla śmiertelnych cnota honoru, odwagi czy mocy jest nieistotna, liczy się coś innego: złoto.
I Eanwel popadł w rozpacz. Śnieżne Elfy nie posiadały złota, bo nigdy nie było im ono potrzebne. Wtedy to asceta opowiedział o opuszczonej krasnoludzkiej kopalni, w której znajdowała się żyła Płynnego Złota, coś, czego ludzie pożądali ponad wszystko. Ponoć wystarczyło kilka kropel, by zdobyć szacunek każdego śmiertelnika.
I wyruszył Eanwel ku sierocej skarbnicy, z nadzieją, że zdobędzie to, na czym zależy ludziom. Jego podróż trwała wiele dni i wiele nocy. Czasem głodował, czasem marzł, jednak podążał niestrudzenie do swego celu.
Po długiej wędrówce wreszcie odnalazł wejście do kopalni. Bez wahania zanurzył się w mroczną otchłań, by odszukać Płynne Złoto.
Im niżej schodził, tym bardziej czuł moc płynącą ze skarbu. Jednak zaczęło dziać się coś jeszcze. Mroczna magia tego miejsca sprawiała, że im głębiej w podziemia zapuszczał się elf, tym słabiej pamiętał powierzchnię.
I tak po kilku dniach wędrówki elf zapomniał o życiu łowcy, ośnieżonych szczytach gór, nawet o chęci zaimponowania ludziom. Jego umysł przepełniało jedynie Płynne Złoto, które stało się celem samym w sobie.
W tym czasie Eanwel ani trochę nie przypominał już najdzielniejszego z elfów. Jego ciało stało się słabe i wychudzone, zniknęła pewność siebie, która zawsze przepełniała migdałowate oczy, a noszony z dumą strój łowcy stał się teraz nic nieznaczącymi łachmanami.
Elf stawał się coraz słabszy, aż w końcu, pewien swej porażki, upadł na zimną, czarną skałę. Wtedy to dostrzegł w oddali nikłe światło. Ostatkiem sił pobiegł w jego stronę, by trafić do ogromnej pieczary, rozświetlonej złotym światłem przepływającej przez środek rzeki. Rzeki złota.
I tak Eanwel odnalazł cel swojej podróży. Jedyną rzecz, o której jeszcze pamiętał. Gdy zanurzył palce w rozlewającym się leniwie żółtym płynie, poczuł przyjemny chłód. Spróbował nabrać ciecz w ręce, ale ta wypłynęła mu między palcami. Zdarł więc z siebie koszulę, by ją napełnić drogocennym skarbem, jednak i to okazało się bezskuteczne. Wreszcie wylał resztki wody z bukłaka i podstawił go pod prąd złotej rzeki… jednak Złoto w ogóle nie wpływało do środka.
Eanwel próbował najróżniejszych sposobów, ale za każdym razem drogocenny skarb wypływał i wracał do koryta. Mijały kolejne dni, tygodnie, miesiące… Mroczna magia złocistej cieczy utrzymywała Pierworodnego przy życiu, sprawiając, że nie musiał pić ani jeść. Był zawieszony na granicy śmierci i pochłonięty całkowicie swoim jedynym celem, którego nie mógł osiągnąć.
I tak trwał Eanwel niezliczoną ilość dni, do reszty zniewolony ułudą chimerycznej magii.

Gdy po wielu latach Eanwel, jak zawsze, próbował uchwycić Płynne Złoto, usłyszał nagle swoje imię. Zamarł, myśląc, że się przesłyszał, lecz po chwili usłyszał je raz jeszcze. Poczuł, jak coś dzieje się z jego duszą, zupełnie jakby ktoś przedarł się przez zakrywającą oczy zasłonę.
Elf podniósł głowę i spostrzegł na drugim brzegu kapłankę Księżycowej Bogini. Była to Mane, dziewczyna z jego plemienia, która teraz, jak widać, poświęciła życie dla świata nadprzyrodzonego.
Jednak po chwili Eanwel znów wrócił do wcześniejszego zajęcia. Żółty blaski bijący od Płynnego Złota był tak silny, że magia kapłanki nie była w stanie oswobodzić rodaka z mocy uroku.
Wtedy to Mane odrzuciła swe szaty, by te nie krępowały jej magicznej aury i naga stanęła przed Eanwelem, w swej czystości skupiając całą moc na zdjęciu zeń uroku.
Elf poczuł się, jakby wybudzono go z długiego snu. Dopiero teraz mógł zdać sobie sprawę z pułapki Płynnego Złota oraz bezsensu pracy, którą wkładał w próby pochwycenia żółtej cieczy. Poczuł też głód i pragnienie, poczuł, że wraca do życia.
– Dlaczego to robisz? – spytał z trudem najdzielniejszy z elfów. – Dlaczego narażasz życie dla kogoś takiego jak ja? Opuściłem własny lud, by wkupić się w łaski śmiertelnych. Ostatecznie stałem się tym, co widzisz. Niewolnikiem Płynnego Złota.
– Nie pamiętasz mnie – odparła kapłanka – lecz twoja twarz jest mi znana od dawna. Odkąd pierwszy raz cię zobaczyłam, stałeś się bliski memu sercu, ale nigdy nie miałam odwagi ci o tym powiedzieć, ani nawet do ciebie podejść.
Eanwel oczywiście nie pamiętał Mane. Zawsze cieszył się dużym powodzeniem, jednocześnie nie przykładając większej wagi do otaczającego go orszaku wielbicielek.
– Kiedy odszedłeś – mówiła dalej kapłanka – poprzysięgłam wbrew woli Śnieżnych Elfów, że cię odnajdę. Udałam się do krainy śmiertelnych i przez wiele lat tropiłam, pytałam i kluczyłam, aż w końcu osiągnęłam swój cel.
Mane podeszła powoli do Eanwela i zaplotła palce na jego szyi.
– Teraz – szepnęła mu do ucha – czas na twój krok. Odegnałam od ciebie magiczną zasłonę, ale moje moce słabną. Tylko twoja wola jest w stanie zniszczyć urok i uwolnić cię z okowów Płynnego Złota. Chodź ze mną, odejdźmy stąd, daleko w las…
W tym momencie Eanwel uświadomił sobie, że sens jego życia, zdobycie Płynnego Złota, był tym, co trzymało go w pułapce bierności. Przebywając na brzegu rzeki żółtego płynu, doskonale wiedział co, go spotka jutro, pojutrze, za miesiąc i za rok. Wszystko było przewidywalne, niezaskakujące… Myśl o wyzwoleniu z matni uroku niosła za sobą wolność, podążanie za tym, co nieznane, dążenie do nowych celów.
Eanwel chwycił Mane za ramiona po czym… cisnął ją w sam środek rzeki.

Nim kapłanka zdążyła utonąć, elf znów wpadł w stare koleiny, zatopił się w ciepłych objęciach uroku, by po wsze czasy próbować zdobyć Płynne Złoto. Wybrał je, ponieważ było to dla niego wygodne. Nie musiał planować, nie musiał trudzić się przeciwnościami losu, trwał jedynie w sieci marazmu, niczym w pułapce ogromnego pająka.
I po dziś dzień Eanwel klęczy na skraju rzeki Płynnego Złota i próbuje na wszelkie sposoby zdobyć choćby kilka kropel…

Co zaś się tyczy Mane, legenda o tym nie wspomina, ale wierzę, że Księżycowa Bogini pochwyciła ją, i wyrwała z toni złotej śmierci, po czym pozwoliła udać się daleko w las, gdzie czekał już na nią nowy początek, nowe wyzwanie.


ARHIZ Ps: Link do oryginału: http://kolysanki.blog.pl/2016/12/16/plynne-zloto/

sobota, 3 grudnia 2016

Aztekowie i Ludzie zza Wielkiej Wody

Podróż...

Najpierw obok wyspy plemienia Tainów, później wzdłuż brzegu Odrodzonego Imperium Majów, a następnie przez bezkres Wielkiej Wody, aż do Wysp Nowego Trójprzymierza, zwanych przez tubylczych dzikusów Islas Canarias.
A później ostatecznie do Nowego Tenochtitlan, zwanego przez miejscowych Espanya.

Gdy Tlacaelel dotknął stopą suchego lądu, wyszczerzył szeroko białe zęby. Czuł jak rozgrzany piasek zamorskiej prowincji dodawał mu sił, równie mocno jak ten w ojczystym Cihuatlan.
Zielony potrójny pióropusz od razu został zauważony przez komitet powitalny. Fakt przybycia do kolonii samego Cihuacolatl, wicekróla i naczelnego generała, był wielkim wydarzeniem. Był koniecznością.

Brzeg morza zdawał się zakryty zwartym, żółtym parawanem. Setki trapezowatych żagli powiewało w równych rzędach, zawstydzając rozmiarami lokalne portowe łodzie. Kolejne ogromne dalekomorskie statki typu Wężowe Canoe dobijały do brzegu, by ze swoich pękatych kadłubów wylewać rzeki wojowników, które formowały zwarty szyk na gigantycznej, wykładanej kamieniem grobli.
Wielki generał-wicekról Tlacaelel stąpał dumnie na czele potężnej armii, podnosząc obsydianowy miecz, starożytną broń będącą dziś jedynie symbolem wojskowej rangi. Zewsząd dobiegał zgiełk wiwatującego tłumu.
Wicekról z podziwem patrzył na krajobraz Espanyi. Równe, rozciągające się po obu stronach grobli rozgałęzione kanały wodne, tworzyły przypominające pajęczyny wzory. Na horyzoncie zaś majaczyła piramidalna Druga Coateocalli, wzniesiona na rozkaz samego Montezumy świątynia poświęcona wszystkim bogom.

- Ximopanōltih, bądź pozdrowiony, o wielki wicekrólu! Serce, krew! - zagrzmiał odziany w złote szaty kapłan, podając Tlacaelelowi czarkę z kakao. Generał zanurzył usta w świętym napoju. Tutejsze ziarno kakaowca było sprowadzane aż zza Wielkiej Wody, wiedział o tym każdy, kto odznaczał się bardziej wyrafinowanym podniebieniem. Wicekról powoli opróżnił naczynie, po czym złożył je na, pomalowane na czarno, dłonie akolity. Możni ruszyli w stronę świątyni.
- Wciąż powstają nowe kanały - rzekł dumnie kapłan, wskazując na otaczający groblę system rowów. Tlacaelel zwrócił uwagę na liczne trójkątne wysepki, do których ozdobienia nie poszczędzono barwnych kwiatów.
- Jeszcze sto lat temu był to kraj dziki i pogański - ciągnął duchowny. - Wyobraź sobie, o wicekrólu, że tutejsi używali koła w celach transportowych. Korzystali też ze specyficznych naziemnych dróg, specjalnie przeznaczonych do wyposażonych w koła toboganów, zaprzężonych w ogromne psy.
- Co za plugastwo - skrzywił się wicekról.
- Na szczęście nasza misja cywilizacyjna przynosi sukcesy, a Nowe Tenotchitlan jest tego przykładem. Drogi rozkopaliśmy, domy i świątynie zburzyliśmy a koła trafiły tam, gdzie ich miejsce. Do świątynnych kalendarzy.
Słuchający słów kapłana generał był dumny ze swojego narodu, z wielkich Mexico. Czuł autentyczną radość, kiedy myślał o tym, jak dzięki kulturze i mądrości jego krajanów, pogańskie narody na krańcu świata zyskują szansę wyrwania się z mroków ignorancji i podążenia w stronę światła cywilizacji.
Twarz duchownego przyjęła poważniejszy wyraz.
- Jednak doskonale wiesz, o wicekrólu, że nie ściągnęliśmy cię tutaj po to, by chwalić się naszymi osiągnięciami. Niestety...
- Raporty są bardzo oszczędne. Ilu ich jest? Czy naprawdę nie są ludźmi? - Oczy Tlacaelela rozbłysły. W ojczystych stronach osiągnął wszystko, pnąc się na wyżyny hierarchii. Nowy kontynent oferował zupełnie nieodkryte możliwości wykazania się... i zdobycia jeszcze większej sławy. - Niestety nie wiemy zbyt wiele - odparł duchowny. - Ci co przeżyli, wspominają o białych, pokrytych stalą potwornych ludziach-jeleniach. Nie wiemy ile w tym prawdy, ale liczby, o których pisaliśmy, są prawdziwe. Straciliśmy cały oddział Kojotów, połowę Czaszkowych Wojowników i jedną trzecią włóczników. Musieliśmy wycofać wojska z głębi kontynentu, by chronić zachodnie tereny. Obecnie nie wiemy, co dzieje się w naszych posiadłościach na wschodzie.
- Czymkolwiek są, posmakują gniewu bogów. Wyruszamy z samego rana.

******

Im dalej na wschód, tym bardziej dziko. Coraz mniej kanałów wodnych, coraz mniej typowej dla ludu Mexico zabudowy.
Wicekról i jego wojownicy szli dumnie przez obcą krainę, w nieznane. Zwarty las pióropuszy i proporców, szeleszczący i grzechoczący, nie pasował do tutejszej okolicy, szarej i posępnej. Nawet niebo nie dodawało otuchy, zakrywał je ciasny całun chmur. Czyżby nawet Głodne Słońce nie zaglądało w te strony?
Na niewielkim wzgórzu rozciągał się częściowo zrujnowany zamek, a trochę niżej pogańska świątynia. Tlacaelel spoglądał z ciekawością na dziwaczną architekturę, szarą i kwadratową, kojarzącą się nieco ze skalnymi formacjami. Szczególną uwagę zwracał na siebie dach świątyni, zwieńczony pogańskim symbolem zwanym przez miejscowych Kreuz. Fakt, że tubylcy wznosili tak okazałe budynki sugerował, że pomimo niskiego stopnia rozwoju musieli posiadać sporą wiedzę matematyczną.

Późniejsza droga wiodła przez las. Przysadziste, posępne drzewa miały liście w kształcie igieł. Wszędzie dominowały odcienie brązu, szarości i ciemnej zieleni. Jaskrawe stroje wojowników Mexico kontrastowały z każdym elementem otoczenia. Zupełnie, jakby cała kraina chciała wykrzyczeć - nie pasujecie tutaj, jesteście nie z tego świata! Odejdźcie!
Jednak wicekról i jego wojownicy wciąż podążali na wchód. Z czasem tereny stały się całkowicie dzikie i opustoszałe. Jedynymi towarzyszami były podróży porośnięte mchem konary, które co rusz wyłaniały się z gęstej mgły. Raz z prawej, raz z lewej. Z każdą chwilą widoczność stawała się coraz gorsza.
Armia tonęła w białych oparach. Otwierający pochód wojownicy nie byli w stanie dostrzec swoich kompanów z ostatnich szeregów, toteż Wicekról zarządził by zamykający z tyłu szyk Czaszkowi Wojownicy co sto oddechów sygnalizowali swoją pozycję. Grobową ciszę przerywały jedyne ciche pobrzękiwania ozdób oraz odzywające się co jakiś czas grzechotki. Mgła snuła się na tyle nisko, że pozwalała wychylać się co wyższym, szpiczastym czubkom drzew, niczym grotom włóczni gotowym do przyjęcia intruzów... którymi bez wątpienia byli Mexico.
Coś wisiało w powietrzu.

Z czasem drzew było coraz mniej, aż w końcu zniknęły całkowicie. Pozostała tylko mgła i brązowa, gdzieniegdzie pokryta mchem ziemia. Generał zakładał, że musieli wejść na jakąś polanę, ale mógł jedynie zgadywać jej rozmiary. Mleczna ściana mgły uniemożliwiała nawet pobieżne oględziny.

Szczęk stali, cisza


- Gdzieś tu są... - szepnął do siebie Tlacaelel, po czym z całej siły zaczął wygrywać grzechotką sygnał: formacja iguany.
Posiadający parasolkowate ozdoby wojownicy błyskawicznie wyskoczyli naprzód, tworząc podwójną, naszpikowaną grotami włóczni ścianę.
W kilka chwil wojsko przyjęło kształt kolczastego koła, a barwne pióropusze poszczególnych rodzajów wojowników utworzyły skomplikowaną mozaikę. Wszechobecny wypadkowy dźwięk setek dzwoniących koralików i szeleszczących piór ustał wraz z ostatecznym uformowaniem się szyku.

I znów nastała cisza.

Wicekról wpatrywał się w ścianę bieli, czując jak serce podchodzi mu do gardła. Nie wiedział z kim będzie walczył, ale jednego był pewien, byli blisko.

Nagle ziemia zaczęła lekko drżeć, a powietrze wypełnił odgłos przywodzący na myśl mknące stado bizonów.
Tlacaelel słyszał coraz szybsze i bardziej nierówne oddechy towarzyszy. Mgła wciąż stanowiła jednolitą kurtynę.

Christ ist erstanden
Von der Marter alle;
Des solln wir alle froh sein,
Christ will unser Trost sein.
Kyrieleis.

Grube, niskie głosy zdawały się dobiegać z każdej strony jednocześnie. Posępna, bucząca pieśń narastała wraz z drżeniem ziemi i odgłosem pędzącego stada. Byli tu, byli wszędzie. Byli coraz bliżej.

Nagle z mgły zaczęły wyłaniać się kontury wojowników. Potężnych postaci poruszających się na czterech nogach. Wielu z nich trzymało nad prostokątnymi głowami ogromne miecze.

Zwarta grupa potworów uderzyła z północy niczym polujący jaguar, łamiąc szyk zaskoczonych włóczników. Ku przerażeniu Mexico, spod białych strojów połyskiwały zimno... stalowe kończyny. Istoty były na tyle duże, że bez problemu cięły z góry długimi, kanciastymi mieczami. Wysokie cztery nogi sprawiały, że tułów potwora zaczynał się na wysokości ludzkiej głowy.
Tlacealel wiedział, że pozostało mu tylko kilka chwil, by przeważyć szalę zwycięstwa na swoją korzyść. I wtedy usłyszał za plecami parsknięcie. Odruchowo uskoczył w bok unikając ciosu, pochwycając w międzyczasie od martwego kompana włócznię. Przez wzgląd na gabaryty wroga, ta broń jako jedyna wydawała się odpowiednia. Potwór ponownie zamachnął się mieczem.
- Czymkolwiek jesteś, twoim słabym punktem musi być krtań - syknął generał, po czym z całej siły pchnął w stronę szyi stalowego monstra. Wielki miecz wbił się w ziemię, a zaraz później... spadła metalowa istota. Spadła.
Wicekról wykonał kilka głębszych oddechów. Spod stalowego hełmu z symbolem Kreuze płynęła struga krwi. - To są zwykli ludzie... To są zwykli ludzie - wyszeptał, by chwilę później ryknąć co sił - To są zwykli ludzie! - Grzechotki! Czaszkowi i Kojoty, odwrót. Włócznie na przód, formacja Ptasi Klucz!
Rytmiczny sygnał z trudem przebił się przez bitewny gwar. Wojownicy Mexico poczuli, jakby ktoś wybudził ich ze snu. Złamany szyk zaczął powoli powracać do oczekiwanego kształtu, a pomiędzy wrażą kawalerią a dokonującymi odwrót oddziałami Mexico, zaczęła rosnąć żywa, kłująca setką grotów zapora.
Tlacealel usiadł na ramionach Wojownika-kojota, a ten starał się stanąć jak najwyżej. Generał wymachiwał obsydianowym mieczem, w drugiej ręce trzymał ociekającą krwią głowę Stalowego Wojownika.
- To są zwykli ludzie! To są zwykli ludzie! - zaczęli skandować wojownicy.
- Kije Ogniste! - zagrzmiał Wicekról.
Jeźdźcy nie mogli podejść bliżej, ponieważ stanął im na drodze żywy mur włóczników, grożących grotami nie mniej strasznymi niż zęby samego Quetzalcoatla, Pierzastego Węża. Pozwolili w ten sposób, by za ich plecami uformowało się pięć rzędów Czaszkowych Wojowników.
Kije Ogniste były teraz wycelowane wprost w plecy włóczników.
- Ptaki Odlatują! - rozkazał generał.
Zwarta ściana włóczników podzieliła się na dwie części. Biegli ile sił w nogach, by jak najszybciej zejść z linii wzroku Czaszkowych Wojowników. Ci, którzy wiedzieli, że nie zdążą, padali na ziemie.
Zaskoczeni Stalowi Wojownicy, tratując część włóczników, ruszyli przed siebie. Wprost na Czaszkowych Wojowników.

Huk.
Kije Ogniste rozbłysły jasnymi płomieniami, by zgasnąć po czasie szybszym niż jeden oddech.
A później jeszcze raz i jeszcze raz.
Pięć następujących po siebie salw.

Wiele metalowych ciał runęło na ziemię. Wierzchowce Stalowych Wojowników wpadły w popłoch, próbując rozbiec się na wszystkie strony. Jednak dwie grupy włóczników zdążyły już uformować po obu stronach szyki, które uniemożliwiały ucieczkę na boki.

Huk.
Kije Ogniste po raz kolejny zionęły płomieniami.

Ci, którzy jeszcze trzymali się wierzchowców, zostali dobici przez włóczników. Reszta uciekła w popłochu na północ, przez lukę, którą zostawił im Wicekról, by powiedzieli swoim co ich czeka.
Grzechotki wygrywały dziką melodię, co rusz zwalniając i przyspieszając.
- Tlazohcamati Cihuacolatl! Chwała Wicekrólowi! - skandowali wojownicy Mexico.
Generał uciszył ich gestem.
- Wielcy wojownicy! - zawołał. - Ci, którzy przeżyli, i ci, którzy polegli Kwiecistą Śmiercią. Przekonaliśmy się, że czworonożne stalowe potwory są niczym więcej, niż zakutymi w stal ludźmi, dosiadającymi wielkich dziwacznych psów. A to oznacza, że pokonamy ich jak pozostałych. Na gruzach ich posiadłości postawimy nasze miasta, poprzecinamy ich drogi kanałami, a nimi samymi nakarmimy Głodne Słońce!
- Tlazohcamati Cihuacolatl! Chwała Wicekrólowi! - zagrzmiały ponownie setki gardeł wojowników Mexico.

- Kapłanie - Tlacealel przywołał gestem mężczyznę o długich, zlepionych czerwoną mazią włosach. - Nuć pieśń, syp kwiaty.
Duchowny skinął głową, po czym skierował się w stronę ciał zabitych Mexico, które były składane w jedno miejsce.

Ye maca timiquican
Ye maca topolihuican
Być może nie umrzemy,
Być może nie zginiemy.

W czasie gdy kapłan deklamował poezję na część poległych, Wicekról oddalił się i wszedł na niewielkie wzniesienie. Mgła rozrzedziła się na tyle, że było widać całe pole bitwy. Dalej zaś, na północy, widniał posępny szary zamek. Zamek Stalowych Wojowników.
Generał wciąż trzymał odciętą głowę w hełmie. Spojrzał na złoty symbol Kreuze, który zdobił przód hełmu.
- Wy, ludzie z Nowego Lądu, nie jesteście tacy głupi - Tlaceal mówił do głowy, jakby była starym druhem.
- Widzisz, wiele rzeczy nauczyliśmy się od Majów. Kilkaset lat temu ich cywilizacja stała na skraju zagłady, ponieważ zabrakło jedzenia. Sami sobie zgotowali ten los, sadząc nadmiernie drzewa kauczukowe i nierozważnie zmieniając bieg rzek. To było w Czasach Brązu, wiele lat temu. Widzisz, gdyby jednak cywilizacja Majów upadła tak wcześnie, my, Mexico, nie moglibyśmy korzystać z ich dorobku. Nie znalibyśmy stali, prochu, kompasu. W miejscu, gdzie narodziło się nasze imperium, zastalibyśmy jedynie technologię obróbki brązu.
Generał złapał oburącz ściętą głowę i wyciągnął ją przed siebie, zupełnie jakby chciał pokazać zmarłemu panoramę.
- Popatrz... Myślę, że gdyby Majowie nie pozbierali się po tym upadku, losy potoczyłyby się inaczej. To my bylibyśmy dzikusami, a wy, Ludzie zza Wielkiej Wody, przypłynęlibyście do nas. Zburzylibyście nasze piramidy, zasypali nasze kanały wodne, a tym, którzy przeżyli, odebralibyście nawet dusze, sprawiając, że jak wy wznosiliby szare świątynie ze znakiem Kreuze.


ARHIZ