No gdzie oni są!?
Normalna wycieczka, idziemy bezpiecznym traktem i nagle tracę wszystkich z oczu!
Niebo ciemnieje. Dlaczego tu nikogo nie ma? Ponoć to uczęszczana okolica.
A co jeśli spotkam niedźwiedzia? Albo cokolwiek? Jestem tylko informatykiem!
Pojedziesz na wycieczkę w góry, mówili. Odpoczniesz, mówili. A jutro przeczytają w gazecie o turyście-miernocie, który zamarzł kilometr od noclegowni, bo się zgubił na szlaku dla dzieci.
Zaraz, co to za światło? To dociera jakby… stamtąd.
Jezioro! Świecące jezioro.
– Podróżniku! – Co to za głos?
Ogromny mężczyzna wychodzi z wody. W dłoni dzierży trójząb, wygląda trochę jak Posejdon, ale… z jednym okiem.
– Jam jest Morskooki, pan tego jeziora – grzmi groźnie istota. – Drzewiej całe plemiona przybywały tego dnia nad me wody, by prosić o radę. Teraz zaś jesteś tylko ty, zbłąkany wędrowiec. Taki los porzuconego boga. Jakiej prawdy szukasz?
Czuję zmieszanie, trochę głupio teraz zapytać o drogę do domu. Może poruszę jakąś filozoficzną kwestię, a później, niby przypadkiem…
– Droga do domu, powiadasz? – Jasny gwint, on czyta w myślach! – Przywykłem już do braku zainteresowania ze strony śmiertelników. – W głosie pana jeziora zapanował smutny ton. – Gdy obrócisz się plecami do wody, idź prosto, cały czas prosto. Nim twe serce uderzy sto razy, znajdziesz drogę.
Czuję się zmieszany. Głupio spotkać się z bogiem, jakimkolwiek, twarzą w twarz i go rozczarować. Mistyczna postać rozmywa się, światło zaczyna gasnąć. Odwracam się, idę zgodnie z radą pana jeziora, boję się, że zaraz stracę orientację w terenie. Zastanawiam się, jak inaczej mogłaby się potoczyć ta rozmowa, co powinienem powiedzieć.
– Jeszcze jedno! – głos Morskookiego zdaje się teraz dobiegać z wnętrza głowy. – Moglibyście, wy, ludzie, nie wyrzucać tylu śmieci do wody? To mi bardzo przeszkadza…
Co to? Światło latarni? Tak! To trakt, ten trakt! Ufff, dzięki Bo… Dzięki ci, kimkolwiek jesteś.
***
Morskooki usiadł ciężko na podwodnym tronie.
– Ten tekst o śmieciach. Musiałeś? – zabulgotała topielica.
– Oczywiście, że musiałem – rzekł pan jeziora zmęczonym tonem.
– Bo?
Morskooki otworzył batonik „Zew Rafy”, po czym wyrzucił za siebie papierek.
– Bo tak wypada – odparł z pełnymi ustami. – Mam gdzieś czystość wód, mówię to, co powiedziałoby każde wodne bóstwo. Kiedyś ludzie nas czcili, bo tak wypadało. Potem przyjęli inną wiarę… bo tak wypadało. Ty się ciesz, że w porę chłopaka przyuważyłem. By się utopił, to by nam dopiero hałasowały te wszystkie kutry ratownicze.
– Myślisz, że on coś zrobi?
– Oczywiście, że nie. Ma to wszystko gdzieś tak samo jak ja. Wróci do domu i nic się nie zmieni. Mógłbym mu kazać przyrzec, że zadba o wody. Powiedziałby dokładnie to, co chciałbym usłyszeć bo… tak wypada.
Topielica podała mężowi Konchę Przyszłości. Widniał w niej obraz młodego informatyka, stającego na czele ogólnokrajowej kampanii na rzecz dbania o środowisko.
– A teraz podnieś ten papierek – syknęła małżonka.
Link do Nowej Fantastyki.
ARHIZ
Blog poświęcony fantasy i science fiction. Większość napisanych przeze mnie historii - choć nie wszystkie - dzieje się w moim autorskim uniwersum, Świecie Ayanāńskim. Co nieco dla siebie znajdą też fani serii The Elder Scrolls, a także wszyscy inni, których interesuje szeroko pojęta fantastyka.
Fanpage na Facebooku
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przygoda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przygoda. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 12 lutego 2018
środa, 17 stycznia 2018
Zmarły za życia
„Zaiste wśród barbarzyńców zemsta często przybiera formę Krwawego Łańcucha, niekończących się odwetów, w których klany i rody bez końca mordują się wzajemnie w imię wendety. Tylko cywilizowane nacje anańskie rozumieją, że zemsta pochodzi wprost od Pana Zła. Dlatego też nasze prawo jest skonstruowane tak, by zawsze przerywać Krwawy Łańcuch.”
Sanahtē Zielony Skarabeusz, Traktat o wyższości narodów anańskich.
Nie spuszczaj ognia z oczu! Patrz, jak płonie twoja szata, jak świecące języki pożerają pas i chustę. Zachowasz jedynie diadem dariyā, wszak wciąż jesteś Anaosem.
Od teraz będziesz nosić niebieską szatę, strój żałobnika. Woal zakryje przed światem twą twarz. Aby było jasne, że wracasz z własnego pogrzebu, kolor smutku będzie także zdobić twe powieki, do ostatniego dnia kiedy w końcu doznasz ukojenia. Jeśli będziesz miał szczęście, może ktoś z rodziny rozpozna cię po kształcie czułek, ale to i tak nie ma znaczenia. Odwrócą wzrok jak wszyscy inni.
Akolici! Posadźcie go na siedzisku! Pochyl głowę, nałożę ci ponownie twój diadem. Dobrze, a teraz barwnik… Trzymać mu głowę, mocno!
Drżysz? Pamiętaj, że ból ciała będzie ostatnim fizycznym odczuciem, którego doświadczysz, do końca twych dni, lecz po stokroć silniejszy będzie sztylet rozdzierający od wewnątrz twe serce. Na bogów, nie szarp się! Nie chcę cię oślepić… Zaciskaj powieki, mocno. Taak, dobrze. A teraz pod żadnym pozorem nie otwieraj oczu, aż ci pozwolę.
Czujesz, jak zapach pogrzebowych kadzideł miesza się ze swędem twoich starych szat? Twój pogrzeb dobiega końca. Rytuał naznaczania również.
Dobrze, dobrze. Teraz tylko mazidło utrwalające… Nie wierzgaj, bo każę cię przywiązać! Zachowaj choć resztki godności… Właśnie tak. Możesz otworzyć oczy. Mrugnij parę razy… Możliwe, że widzisz zamglony obraz. To przechodzi z czasem. Zazwyczaj. Jesteś teraz Ristalāt’h, Łaknący Zemsty. Rytuał pogrzebowy został odprawiony, a proch powstały z twych rzeczy rozrzucony jako popiół z ciała zmarłego.
Rada kapłańska jednogłośnie uznała, że pomimo wydanego przez nas wyroku, przysługuje ci prawo do zemsty. Jednak doskonale wiesz, że korzystając z niego podpisujesz na siebie samego wyrok śmierci, ponieważ zemsta jest jednym z najgorszych grzechów. Dlatego też albo zginiesz, po tym jak zaspokoisz swą nieczystą żądzę, albo polegniesz z ręki tego, którego pragniesz zgładzić. Wiedz jednak, że członkowie rodu twojej ofiary oraz ich strażnicy mają prawo się przed tobą bronić.
Idź zatem i czyń swoją powinność. Jednak pamiętaj, będziemy mieć cię na oku. Nawet martwi muszą przestrzegać prawa. Gdy dokonasz zemsty, odbierzesz sobie życie jak wojownik: wpierw podcinając sobie żyły mieczami, a następnie recytując święte formuły. Dopilnujemy, byś odszedł w spokoju…
Jednak pamiętaj, jeżeli uda ci się dokonać zemsty i potem zapałasz chęcią powrotu do życia, zostaniesz oskarżony o zdradę, a dla zdrajców jest tylko jedna kara: zrzucenie ze skały. Odbierzemy ci diadem, po czym nie pozwolimy, byś miał wpływ na sposób, w jaki stracisz życie. Umrzesz jako barbarzyńca, a błękitna ważka nie zabierze twej duszy, która umrze wraz z twym niegodnym ciałem.
******
Wychodzę ze świątyni. Przechodnie od razu reagują. Część spuszcza wzrok, inni usilnie wpatrują się w horyzont lub podziwiają gzymsy. Jestem umarły za życia. Jestem Ristalāt’h.
Czuję pragnienie. Mój wzrok bez udziału woli znajduje dobrze znany mi szyld herbaciarni „Ważka na Liściu”. Mijam czerwony proporzec informacyjny i wchodzę do środka. Zdobiące sufit dzwonki grają wesołą melodię. To jedyny przejaw mojego wejścia.
W mgnieniu oka uwaga gości zostaje całkowicie skupiona na stołach lub czarkach herbaty. Rad’hār, dobrze znany mi właściciel przybytku, zaczyna z uporem maniaka czyścić jakieś naczynie. Chcę coś powiedzieć, ale nawet zwykłe powitalne „Sīesi Nahīm” staje mi w gardle. Bo któż odpowie na wołanie umarłego? Powoli podchodzę do lady. Widzę naczynie z parującym płynem. Bezbłędnie rozpoznaję Liście Południa, moje ulubione. Ostrożnie łapię oburącz czarkę. Rozglądam się.
Bez zmian, goście wciąż zaabsorbowani stołami, ewentualnie podłogą. Wszystko, żeby choć przypadkiem na mnie nie spojrzeć. W rogu dostrzegam znajome czułki mojego kuzyna imieniem Alarīs. Wpatruje się w swoją czarkę niczym kapłan w lunetę…
Zanurzam usta w przywłaszczonej właśnie herbacie. Nie spieszę się. Jak nakazuje tradycja, naprzemiennie upijam małe łyki i raczę się wonią naparu. Odstawiam powoli naczynie jak najbliżej gospodarza. Jego czułki zadrgały.
Kieruję się w stronę łukowatych drzwi wyjściowych. Czuję nagły przypływ odwagi. Odwracam się na pięcie.
– Sīesi Nat’hayī, żegnajcie.
Odpowiada mi cisza, ale to nie ona przeszywa teraz całe ciało. To sztylet rozdzierający me serce.
******
Rozświetlone przez popołudniowe słońce srebrne krople spływają leniwie po liściach świętych paproci. Zewsząd dochodzi dźwięk łopoczących proporców i uderzających o siebie bambusowych rurek. Niebawem, jak co dzień, zacznie padać.
De’iksanā, moja ojczyzna. Czy jest piękniejsze miejsce, by umrzeć?
Koturny sandałów stukają o żółtawą kostkę. Pragnienie ciała zostało nasycone, jednak dusza wciąż domaga się innego napoju. Krwi oprawcy. Ruszam w stronę domu mojego byłego pracodawcy. Idę powoli, racząc się ostatnimi promieniami słońca. Chcę, by już padało, kiedy wejdę do tej przeklętej posiadłości. Przechodnie pierzchają przede mną na boki. Dobrze, że moje lico zakrywa woal, głupawy uśmiech nieco kłóci się z wizerunkiem przeklętego Ristalāt’ha.
– Sīe Nahīm. – Słyszę za plecami. Nieelegancki akcent zdradza cudzoziemca. Obracam się powoli.
Utwierdzam się w przekonaniu. Brak diademu i chusty, a zamiast anańskich pierzastych czułków jakieś dwa maczugowate kikuty. Białe niczym mleko oczy połyskujące zza maski stylizowanej na twarz sugerują, że mam do czynienia z Zeryjczykiem.
– Odzywasz się do mnie? – pytam możliwie surowym tonem. Ostatnia rzecz, o której teraz marzę, to odpowiadanie na pytania jakiegoś głupiego barbarzyńcy.
– Uraziłem? Kolejny pielgrzym? Asceta? Kapłan? Generał!? – irytacja w głosie nieznajomego jest jeszcze silniejsza od jego pokracznego akcentu. Zaintrygował mnie.
– Nie podnoś głosu, inaczej zgarną cię strażnicy. Tu jest De’iksanā. – Schodzę z tonu, lecz nadal staram się brzmieć groźnie. Mój oryginalny wygląd chyba robi na nim wrażenie.
– Wybacz, panie. Po prostu szukam karczmy i totalnie nie mogę się dogadać z… kimkolwiek.
– Co to „kartsmā”? – pytam próbując powtórzyć śmieszne słowo, którego użył obcy. Wyraz cierpienia, które pojawia się na jego twarzy sprawia, że zaczynam go lubić.
******
Promienie słońca przebijają się przez wiszące w oknie koraliki. Nikt nie zadawał pytań, kiedy poprzedniego dnia przyszedł jakiś cudzoziemiec i wynajął spory pokój oraz zażyczył sobie niemałą porcję jedzenia. Tylko herbaty mu, słusznie, nie dano. Barbarzyńcy nie potrafią pić tak szlachetnych napojów.
Półleżę na czerwonym siedzisku, sącząc wodę z szerokiej czarki.
– Pozwól, że powtórzę jeszcze raz – obcy mówi powoli, jakby jednocześnie intensywnie myślał. – Twój szef zabił twoją córkę. Wasi kapłani wymyślili mu jakąś dziwną karę, że ma pomagać twojej rodzinie, czy coś, a ty chcesz go po prostu zaciukać… Ale możesz to zrobić tylko wtedy, gdy będziesz chodzić w tych niebieskich ciuchach, a pod koniec popełnisz samobójstwo?
Kiwam głową. Obcy robi dziwną minę, zupełnie jakby było to coś niecodziennego.
– I oficjalnie jesteś zmarły?
Ponownie potakuję, mimowolnie przewracając oczami.
– No dobrze już, dobrze. Nie gorączkuj się pan. – Zeryjczyk splata palce i posyła mi zza swej maski badawcze spojrzenie. Zastanawiam się, czy kiedykolwiek ją zdejmie.
– Pomożesz mi czy nie? – pytam zniecierpliwiony. Barbarzyńca przeciąga się.
– Jak już mówiłem, jestem agentem do wynajęcia. Coś jak ci wasi… Tsat’halat’hsī? Z tym, że nie służę głównemu kapłanowi, tylko tym, którzy mi zapłacą.
– Mówiłem ci już, że nie mam pieniędzy…
– Mówiłeś, ale nie oczekuję od ciebie zapłaty. Przynajmniej takiej zapłaty.
Cudzoziemiec jest coraz bardziej pewny, widzę, jak celowo bawi się ze mną. Czuję się nim coraz bardziej zmęczony.
– Pomogę ci – syczy w końcu, sięgając po swoją czarkę z wodą.
– Czego oczekujesz w zamian od umarłego?
– Sławy. Sławy! Jeżeli cię wesprę, zrobi się o tym głośno. Rzucasz się w oczy, jesteś rzadkością nawet na tych ziemiach.
– Ale wiesz, że…
– Tak, umarłemu nie można pomagać… przynajmniej w zabijaniu. O to już się nie martw, oficjalnie zabijesz go sam. O mnie dowiedzą się ci, na których mi zależy. Poza tym… – odchyla maskę, prezentując blade lico. Białe oczy jawią się teraz niczym wąskie szpary. – Po prostu uważam, że ten gość zasługuje na poderżnięte gardło.
******
Słońce powoli zachodzi. Proste strugi deszczu zacierają szczegóły otoczenia, niczym woal kontury mej twarzy. Powoli zapalają się żółte i zielone latarnie. Stoimy naprzeciw wielkiej posiadłości. Tuż obok niej powiewa proporzec z symbolami oznaczającymi siedzibę szczepu Włóczni-nad-Paprocią.
– To jaki mamy plan? – Pomimo ciemnego stroju i kaptura, srebrna maska cudzoziemca sprawia, że obcy rzuca się w oczy chyba jeszcze bardziej niż ja.
– Noo, wchodzimy i robimy swoje?
– Co? – Zeryjczyk puka się w maskę, która cicho dzwoni. – Chcesz się zemścić czy zdechnąć w drzwiach? Mówisz, że facet jest nadziany i ważny, tak? Naprawdę wierzysz, że wejdziesz sobie od tak do tej małej twierdzy? Że nie ma tam straży czy kogoś podobnego?
– Nie byłem nigdy w jego posiadłości…
– Ty chyba w ogóle w niewielu miejscach byłeś, co?
Do mych uszu dochodzi stukot koturnów. Z mgły i strug deszczu wyłania się mężczyzna z włócznią, której grot ukryty jest wśród kolorowych frędzelków. Strażnik.
– Co tu się dzieje, barbarzyńco? – pyta pogardliwym tonem. Robię krok do tyłu, wszak mnie tu nie ma.
– A, panie władzo, zwiedzam sobie ten piękny kraj. – Zeryjczyk wygląda na odprężonego. Zapewne nie jest to jego pierwsza rozmowa ze strażnikiem. Pytanie tylko, jak wygląda jego doświadczenie ze strażą anańską.
– Od zwiedzania jest dzień i centrum miasta, obcy. Wyraźnie słyszałem rozmowy… Czyżby konspiracja? – W międzyczasie wojownik podnosi broń do góry, by zasygnalizować reszcie, że mogą być potrzebni. Cudownie.
– A lubię czasem do siebie pogadać, panie władzo. Wszak nikogo innego tu nie ma. – odpowiada mój kompan, bezczelnie wskazując na mnie. Co on sobie myśli!?
– A więc zakłócanie spokoju! – syczy strażnik, dziwnym trafem kierując twarz w moją stronę. – Chłopaki! Zatrzymać tego cudzoziemca.
Zabrali go. Właściwie spodziewałem się jakiejś akcji. Prób ucieczki, szybkiego manewru rodem z opowieści o szpiegach. A tutaj nic. Po prostu poszli, a on razem z nimi.
Zostałem sam. Przeklęty Ristalāt’h, który „w ogóle był w niewielu miejscach”. A teraz musi szturmować posiadłość możnego rodu. Tyle, że całe życie zajmowałem się robieniem ozdobnych krat do okien…
Dostrzegam kątem oka jakiś ruch. To kartka. Deszcz na dobre przykleił ją do bruku, wygląda jakby miała się za chwilę rozpuścić. Delikatnie rozprostowuję papier. Widzę szereg koślawych znaków, starających się o bycie podobnym do pisma kapłańskiego uproszczonego, którym wszyscy piszemy na co dzień. Bez wątpienia wiadomość od Zeryjczyka.
„Nie ruszaj się nigdzie! Zabrali mnie, niech myślą, że jesteś sam. Zwieję za godzinę lub dwie, mam plan”.
O jakimkolwiek planie mowa, musi być lepszy niż mój: wejść i zginąć u progu.
Pada coraz mocniej, jak zwykle o tej porze. Mniej więcej po północy deszcz ustanie a chmury ustąpią, odkrywając rozgwieżdżone niebo – boski wachlarz Pana Nocy.
Jednak teraz strugi deszczu obficie spływają po mej chuście i szacie. Kiedyś słyszałem plotki, że w barbarzyńskich krajach robią ubrania, przez które przechodzi woda. To nie może być prawda. Przyglądam się latarniom. Pozłacane daszki z powodzeniem chronią ich serca – zielone lub żółte lampiony. Przez szum deszczu przebija się dźwięk łopocących proporców i uderzających koralików. Ponoć są kraje, gdzie tych dźwięków nie słychać wcale. To nie może być prawda.
– Cholera, jestem mokry jak żaba pod wodospadem!
Wzdrygam się.
– Tęskniłeś?
– Powiedzmy – odpowiadam, żałując w duchu, że udało mu się uciec.
******
Rozgwieżdżone niebo, odgłosy cykających owadów, powiewających sztandarów i uderzających o siebie koralików. I my.
– Tak więc mówisz, że jest u was taki zwyczaj, że bogaci wstawiają w okna ozdobne kraty?
Kiwam głową.
– Oczywiście ty potrafisz takową zamontować… oraz zdemontować.
– Jeżeli mam odpowiednie narzędzia.
Zeryjczyk wyjmuje małe zawiniątko. Jego przemoczone, czarne ubranie połyskuje w świetle księżyca. Obcy prezentuje mi szereg… narzędzi. Haczyki, wytrychy, coś przypominającego szczypczyki do jedzenia. Dostrzegam też kilka rzeczy podobnych do tych, którymi pracowałem za… za życia.
– I mówisz, że rozkład pomieszczeń będzie mniej więcej taki sam w każdej budowli, bo inaczej wasi bogowie się obrażą?
Kiwam głową.
– To jesteśmy w domu. Z drzewa wespniemy się na gzyms tamtej wieży, a później zeskoczymy na posiadłość, wprost na to złote coś w kształcie diamentu.
– Kopuła.
– Może i kupiła. Z góry opuszczamy się na taras i wtedy do akcji wkraczasz ty. Rozbrajasz okno, wpadamy do środka. Robisz swoje i spadamy. Głowa rodu na pewno będzie spać na górze?
– Na pewno.
– To ruszajmy wreszcie.
– A możesz to powtórzyć?
– Przecież przerabiamy to już piąty raz!
******
Każda noc w De’iksanie jest taka sama. Najpierw burza, później cisza i ciepłe, słodkawe powietrze. I tylko jedno wprawne oko dostrzega dwa, przemykające kilkanaście stóp nad ziemią cienie.
– Przytrzymaj i ciągnij – szepczę, podważając kratę. Stary dobry model „Przyczajonej ważki”, każdy zdejmuje się w ten sam sposób.
Głuche szczęknięcie, wyszła.
– Na bogów, ile to waży? – stęka Zeryjczyk.
– Tylko nie upuść, obcy. – Ostrożnie biorę kratę i opieram o łukowatą barierkę tarasu.
– Dińyorak! – syczy Zeryjczyk – Tak się nazywam.
– Dobrze, eee, Dinyarāk’h – odpowiadam, starając się nie przekręcić dziwacznego imienia. Ostatnią rzeczą, na której mi teraz zależy, to uczenie się zeryjskich nazw.
– Emm, po prostu mów mi obcy.
Jesteśmy w środku. Przed nami rozciąga się długi korytarz. Nasze kroki tłumi czerwony dywan z tradycyjnym wzorem przedstawiającym aloesy.
– Gdzie teraz? – szepcze Zeryjczyk.
– Gdzieś powinna być komnata, w której przechowują rodowe makaty oraz biżuterię.
– I że niby będzie tam spał?
– Nie, ale może tam medytować.
Szybko odnajdujemy łukowate, ożebrowane drzwi. Otwarte. Powoli wchodzimy do środka. Wita nas ciepłe światło zielonego lampionu, który wisi tuż nad czerwonym proporcem, na którym napisano Pismem Jedwabnym: „włócznia nad paprocią, skrzydło ćmy ostateczną bronią”. To proporzec rodowy!
Przed nim klęczy na siedzisku mężczyzna w zdobionej szacie. Z racji, że jest we własnym domu, nie ma na głowie diademu ani chusty, pozwalając swobodnie leżeć długim, czarnym włosom, z typowymi dla naszego narodu żółtymi końcówkami. Bezbłędnie rozpoznaję go po kształcie czułek. Salān Księżycowy Chód, zabójca mojej córki.
Dobywam oba miecze sayatār, ich krzywe ostrza opalizują przy blasku lampionu.
– Spodziewałem się ciebie, Tsat’ha’īs. – Słyszę nagle. Mężczyzna ani drgnął. Skąd wie, że to ja?
– Teraz odpowiesz za swoją zbrodnię – mówię starając się zachować groźny ton.
– Kiedy wreszcie zrozumiesz, że to był wypadek!? – Salān w mgnieniu oka podrywa się na nogi, po czym chwyta za powieszony na ścianie sayatār.
– Co to ma być? Nie pisałem się na pojedynek szermierski. – Słyszę rozdygotany głos Zeryjczyka. Ostatnie słowa dobiegają jakby z oddali.
– Tsat’ha’īs, jesteś sam – słowa sączą się powoli z ust głowy rodu – tylko ty i ja.
– Zabiłeś moją córkę, a później zmarła moja żona. Przez ciebie!
Ruszam na wroga. Koturny sandałów stukają o bambusową matę. W moją stronę wystrzeliwuje wraże ostrze. Wykonuję półobrót i tnę lewym mieczem. Zdaję sobie sprawę, że mając oręż w obu dłoniach jestem wystawiony na atak.
Moje ostrze przecina powietrze.
– Na bogów, odrzuć jeden miecz i walcz normalnie. To pojedynek a nie rytualne zabójstwo!
Ignoruję słowa oponenta, sam nie wiem dlaczego. Rozumiem, że ma rację, jednak coś… ktoś każe mi nie puszczać ostrza. Czyżby Niebieska Pani, władczyni umarłych?
– Giń! – krzyczę, wyprowadzając kolejne cięcie. Po kilku oddechach widzę tuż przed twarzą błysk wrogiej broni. W ostatniej chwili blokuję drugim mieczem.
Tępy ból w klatce piersiowej, wróg powala mnie solidnym kopniakiem. Nie mogę złapać oddechu. Jestem ranny?
– Popełniłeś błąd, przychodząc tutaj. – Przywódca rodu wykonuje zamach.
Ciemność, coś jest na mojej twarzy. Sztandar rodowy? Szybko odrzucam tkaninę.
– Myślałeś, że cię zostawiłem, co?
Zeryjczyk jest tuż za moim wrogiem i przyciska jego szyję drzewcem rodowego proporca. To koniec. Zaciskam palce na rękojeściach.
Żółte światło. Ktoś wszedł do pomieszczenia.
– Tato!
Mała dziewczynka upuszcza deltoidalny lampion.
– Seymarī! Uciekaj! – charczy Salān Księżycowy Chód, mój kompan jeszcze bardziej tamuje mu dopływ powietrza.
Czas staje w miejscu. Przed oczami jawi mi się moje własne dziecko, Ahmeā. Są tak łudząco do siebie podobne. Czuję w sercu coś dziwnego, jakby coś pękło, uwalniając tajemniczą zawartość. Czuję jak po policzku spływa mi łza.
– Zeryjczyku, puść go.
– Co? – Obcy zachowuje się, jakby zrozumiał polecenie na opak.
– Puść go!
Przywódca rodu kaszle.
– C-co ty robisz? – pyta, z trudem łapiąc oddech.
– Dokonuję właściwego wyboru!
Moje ostrza upadają na matę. Wciąż nie mogę oderwać wzroku od migdałowatych, żółtych oczu dziewczynki.
– Przeklęci Anaosi, ażeby was… Strażnicy! – Zeryjczyk szarpie mnie za ramię.
Czuję się jak wybudzony z letargu. Biegniemy ile sił w nogach do okna, którym weszliśmy. Jeszcze tylko kilka kroków.
– Nie tak prędko.
O framugę opiera się zamaskowana postać. Zielone zdobienia na brązowym stroju wskazują jasno.
– Tsat’halāt’h, szpieg najwyższego kapłana!
– We własnej osobie. Obserwuję was od samego początku tej waszej, grzmijcie bogowie, akcji. – Mężczyzna wyjmuje sztylet. – Sądząc po krzykach, twoja powinność została spełniona, umarły. Czas zatem na dobre udać się tam, gdzie formalnie już jesteś. Czyżbyś zapragnął powrotu do życia? Wiesz, czym to grozi?
– Bogowie, co za naród… – utyskuje Zeryjczyk – Nie ma na to żadnego, noo, haczyka?
– Nie, chyba, że…
Do mych uszu dobiega dźwięk dzwonka. Tego dzwonka.
– Czystokrwisty!
– Co?
– Nie teraz, obcy. Muszę tam biec, szybko!
– Ale, że jak?
Czuję zimno. Zimno płynące ze szklanego, wypełnionego trucizną ostrza. Nie wiem, jakim cudem, Tsat’halāt’h jest tuż przy mnie.
– Nigdzie nie pójdziesz. Albo odbierzesz sobie życie teraz, albo udasz się ze mną do świątyni, gdzie zostanie wykonany wyrok. Podaj mu sztylet, obcy! – syczy skrytobójca.
Dźwięk dzwonka jest coraz cichszy. Wraz z nim zanika moja ostatnia nadzieja.
– C-co? Ja? – pyta teatralnym tonem Zeryjczyk.
– A widzisz tu jeszcze kogoś? – Tsat’halāt’h zdaje się coraz bardziej zdenerwowany.
Biorę prosty sztylet mojego kompana. Może i nie jest to ostrze sayatār, ale z pewnością uda mi się nim podciąć żyły. Klękam, przyjmując pozycję wojownika.
– Żaden Tsat’halāt’h nie będzie przebywać w siedzibie mojego rodu, bez mojej zgody!
Mimowolnie obracam się. Za plecami stoi kilku uzbrojonych mężczyzn, a na ich czele Salān Księżycowy Chód. Wszyscy mierzą ostrzami w stronę skrytobójcy.
– Biegnij, jest jeszcze nadzieja. – Ciche słowa mej niedoszłej ofiary są ledwo słyszalne. – Jestem ci to winien, a nie lubię mieć niespłaconych długów. Biegnij!
Biegnę. Pokonuję korytarz, z trudem utrzymuję równowagę na schodach. Dźwięk dzwonków jest już ledwo słyszalny.
Dostrzegam otwarte na oścież drzwi. Wybiegam na zewnątrz.
– Straże! Nie dopuśćcie umarłego do Czystokrwistej! – słyszę dobiegający z okna wrzask skrytobójcy.
Dwóch wybiega wprost na mnie. Z trudem unikam grotu ukrytego za pękiem frędzli, po czym wykonuję przewrót. Zostawiam ich za sobą.
– Gonić go! Tam jest! – Słyszę pokrzykujących wojowników. Nie oglądam się za siebie, jednak wiem, że z każdym oddechem jest ich coraz więcej.
W oddali dostrzegam kołyszące się światło fioletowej latarni. Dźwięk ceremonialnych dzwonków znów przybiera na sile. Jeszcze tylko jedna przecznica.
Drzewce z impetem uderza w mą piszczel, od razu zwalając mnie z nóg. Po chwili czuję na plecach ciężar drugiego strażnika.
– Mamy cię, ptaszku. Myślałeś, że nas oszukasz? Idziemy wprost do świątyni, zginiesz ostateczną śmiercią jeszcze dziś.
Dwóch wojowników łapie mnie z obu stron, trzeci idzie tuż za mną. Z przodu kolejna dwójka. Nie mam szans. Czekam na śmierć. Śmierć zdrajcy. Śmierć, która sprawi, że ważka Niebieskiej Pani nie przyleci po mą duszę.
Obraz ciemnieje. Moją głowę rozrywa dobiegający z jej wnętrza przeraźliwy pisk. Siedzę? Leżę? Chyba siedzę na bruku. Masuję skronie, otwierając powoli oczy. Widzę fioletowe światło.
Przede mną stoi lektyka. Wszędzie pełno elitarnych wojowników, Gwardzistów Masataha. Za mną klęczą eskortujący mnie strażnicy.
Lektyka Czystokrwistego. Padam na twarz.
– Sak’hayī! Wasza świątobliwość! Pozwól mi mówić! – krzyczę nie odrywając twarzy od chłodnego bruku.
Czuję jak potężna siła wbrew woli podnosi moją twarz. Zamykam oczy, lecz powieki zostają po chwili siłą otwarte. Patrzę wprost na nią. Siedzącą pod ozdobionym fioletowymi lampami i złotymi frędzlami palankinem. Kobietę niespotykanej urody, o ogromnych oczach i długich rzęsach jak u bogów. Czystokrwistą.
Jej wola każe mi patrzeć jej prosto w oczy. Walczę z samym sobą, by przypadkiem nie zerknąć na jej piękne, paprociokształtne czułki.
– Chciałeś zakłócić moją podróż, umarły. Dlaczego? – Władczy ton Czystokrwistej zdaje się odbijać we wnętrzu mej głowy.
– Sak’hayī! Wasza świątobliwość! Przyszedłem błagać cię o akt łaski. Uczyń mnie na powrót żywym!
– Jak śmiesz!
Siła woli niewiasty przygwożdża mnie do ziemi. We wnętrzu mej głowy rozbrzmiewa upiorny pisk, przechodzący w ostry ból. Świat zaczyna wirować, barwy blakną. Ból jest nie do zniesienia.
Ustaje. Z trudem łapię powietrze. Nawet nie marzę o podniesieniu wzroku.
– O potężna pani! – takim akcentem włada tylko mój Zeryjczyk.
– Masz się do mnie zwracać Sak’hayī, barbarzyńco! – syczy Czystokrwista.
Do moich uszu dobiega jęk cudzoziemca. Czy on ma w ogóle pojęcie, że ona może go zabić siłą woli?
– Wy-wybacz, Sak’hayī…
– Mów, barbarzyńco!
– Byłem przy nim…
– Pomagałeś mu? Wiesz czym to grozi!?
– Emmm, nie, ale… On nie zabił. Darował mu! Zaniechał zemsty!
Wsłuchuję się w słowa cudzoziemca. Chyba jednak zrozumiał więcej, niż mi się wydawało. Znów, wbrew woli, spoglądam w jej cudowne oczy. Boję się, że niechcący zerknę nie tam gdzie trzeba i zginę na miejscu.
– Tłumacz się, umarły. – Jej głos stał się spokojny, nawet nieco dobrotliwy. Jednak wiem, że nastrój może zmienić się w mgnieniu oka.
– Nie chcę się mścić…
– Ale wcześniej chciałeś. Zdecydowałeś, by odprawiono twój pogrzeb!
– Chciałem…
– Ale?
– Chciałem go zabić, mogłem to zrobić i wtedy… Nie wiem, jak to powiedzieć.
– Może po prostu słaby z ciebie kłamca?
– On mówi prawd…
– Zamilcz, Zeryjczyku!
Czystokrwista podnosi się. Powłóczysta szata faluje, doskonale zgrana ze złotymi włosami. Zewsząd otaczają mnie Gwardziści Masataha. Niewiasta chwyta oburącz moją twarz. Czuję zimne, aksamitne palce. Wola kobiety zmusza mnie do ponownego spojrzenia w jej żółte oczy. Coś mnie ciągnie do tyłu. Spadam?
Widzę, jak zmierzam w stronę lektyki, biegnę schodami, czuję na szyi zimne, szklane ostrze skrytobójcy… Jakby czas biegł w przeciwnym kierunku.
Stoję nad moją ofiarą, pragnę zemsty.
– Seymarī! Uciekaj! – charczy Salān Księżycowy Chód. I widzę ją. Moją córeczkę. Wypuszczam miecz z dłoni.
Mocne szarpnięcie wybudza mnie z transu. Klęczę przed palankinem, Czystokrwista znów patrzy na mnie z siedziska. Jej siła woli zaciska moje oczy. Czuję ostry ból powiek, jakby lizały je języki ognia.
– Odtąd twe oczy będą zdobić pionowe, czerwone pasy. Znak odkupienia. Porzuciłeś zemstę, pozwoliłeś swemu sercu powrócić do świata żywych.
******
– Co teraz zrobisz?
– Nie wiem, Zeryjczyku. Wciąż prawnie jestem umarłym, nie ma tu dla mnie miejsca.
Cudzoziemiec przeciąga się.
– Może zatem… pójdziesz ze mną?
– Włóczyć się po świecie i zarabiać na przekrętach? Być agentem do wynajęcia? Dzięki, ale wolę moje kraty okienne.
– Wiesz, ostatnia noc dała mi nieco do myślenia. Co prawda nadal nie rozumiem was, Anaosów, ale czuję, że chyba czas na zmianę. Na coś nowego – wskazuje na najbliższy budynek – jak myślisz, ile dałby jakiś nadziany kupiec z Ashtery za takie coś w swoim oknie?
– Chyba nie chcesz powiedzieć, że…
– Widzisz, przyjacielu. Kiedy zeszłej nocy podważaliśmy tę kratę, jakby coś we mnie pękło.
Ratasā sae’ut’hā wiratanata’n k’haysā, sae’ut’hā ahdā, saetsit’hā basā,
Darmā ahsahtazi’ēy ki ildā asyaēy ih Nāey pak’hasī.
„Gniew zburzy mury warowni, roztrzaska tarczę, utnie głowę,
Miłość tego nie uczyni, ale to gniew korzy się u jej stóp.”
Przysłowie anańskie, autor nieznany.
ARHIZ
Link do opowiadania na Fantastyka.pl.
Sanahtē Zielony Skarabeusz, Traktat o wyższości narodów anańskich.
Nie spuszczaj ognia z oczu! Patrz, jak płonie twoja szata, jak świecące języki pożerają pas i chustę. Zachowasz jedynie diadem dariyā, wszak wciąż jesteś Anaosem.
Od teraz będziesz nosić niebieską szatę, strój żałobnika. Woal zakryje przed światem twą twarz. Aby było jasne, że wracasz z własnego pogrzebu, kolor smutku będzie także zdobić twe powieki, do ostatniego dnia kiedy w końcu doznasz ukojenia. Jeśli będziesz miał szczęście, może ktoś z rodziny rozpozna cię po kształcie czułek, ale to i tak nie ma znaczenia. Odwrócą wzrok jak wszyscy inni.
Akolici! Posadźcie go na siedzisku! Pochyl głowę, nałożę ci ponownie twój diadem. Dobrze, a teraz barwnik… Trzymać mu głowę, mocno!
Drżysz? Pamiętaj, że ból ciała będzie ostatnim fizycznym odczuciem, którego doświadczysz, do końca twych dni, lecz po stokroć silniejszy będzie sztylet rozdzierający od wewnątrz twe serce. Na bogów, nie szarp się! Nie chcę cię oślepić… Zaciskaj powieki, mocno. Taak, dobrze. A teraz pod żadnym pozorem nie otwieraj oczu, aż ci pozwolę.
Czujesz, jak zapach pogrzebowych kadzideł miesza się ze swędem twoich starych szat? Twój pogrzeb dobiega końca. Rytuał naznaczania również.
Dobrze, dobrze. Teraz tylko mazidło utrwalające… Nie wierzgaj, bo każę cię przywiązać! Zachowaj choć resztki godności… Właśnie tak. Możesz otworzyć oczy. Mrugnij parę razy… Możliwe, że widzisz zamglony obraz. To przechodzi z czasem. Zazwyczaj. Jesteś teraz Ristalāt’h, Łaknący Zemsty. Rytuał pogrzebowy został odprawiony, a proch powstały z twych rzeczy rozrzucony jako popiół z ciała zmarłego.
Rada kapłańska jednogłośnie uznała, że pomimo wydanego przez nas wyroku, przysługuje ci prawo do zemsty. Jednak doskonale wiesz, że korzystając z niego podpisujesz na siebie samego wyrok śmierci, ponieważ zemsta jest jednym z najgorszych grzechów. Dlatego też albo zginiesz, po tym jak zaspokoisz swą nieczystą żądzę, albo polegniesz z ręki tego, którego pragniesz zgładzić. Wiedz jednak, że członkowie rodu twojej ofiary oraz ich strażnicy mają prawo się przed tobą bronić.
Idź zatem i czyń swoją powinność. Jednak pamiętaj, będziemy mieć cię na oku. Nawet martwi muszą przestrzegać prawa. Gdy dokonasz zemsty, odbierzesz sobie życie jak wojownik: wpierw podcinając sobie żyły mieczami, a następnie recytując święte formuły. Dopilnujemy, byś odszedł w spokoju…
Jednak pamiętaj, jeżeli uda ci się dokonać zemsty i potem zapałasz chęcią powrotu do życia, zostaniesz oskarżony o zdradę, a dla zdrajców jest tylko jedna kara: zrzucenie ze skały. Odbierzemy ci diadem, po czym nie pozwolimy, byś miał wpływ na sposób, w jaki stracisz życie. Umrzesz jako barbarzyńca, a błękitna ważka nie zabierze twej duszy, która umrze wraz z twym niegodnym ciałem.
******
Wychodzę ze świątyni. Przechodnie od razu reagują. Część spuszcza wzrok, inni usilnie wpatrują się w horyzont lub podziwiają gzymsy. Jestem umarły za życia. Jestem Ristalāt’h.
Czuję pragnienie. Mój wzrok bez udziału woli znajduje dobrze znany mi szyld herbaciarni „Ważka na Liściu”. Mijam czerwony proporzec informacyjny i wchodzę do środka. Zdobiące sufit dzwonki grają wesołą melodię. To jedyny przejaw mojego wejścia.
W mgnieniu oka uwaga gości zostaje całkowicie skupiona na stołach lub czarkach herbaty. Rad’hār, dobrze znany mi właściciel przybytku, zaczyna z uporem maniaka czyścić jakieś naczynie. Chcę coś powiedzieć, ale nawet zwykłe powitalne „Sīesi Nahīm” staje mi w gardle. Bo któż odpowie na wołanie umarłego? Powoli podchodzę do lady. Widzę naczynie z parującym płynem. Bezbłędnie rozpoznaję Liście Południa, moje ulubione. Ostrożnie łapię oburącz czarkę. Rozglądam się.
Bez zmian, goście wciąż zaabsorbowani stołami, ewentualnie podłogą. Wszystko, żeby choć przypadkiem na mnie nie spojrzeć. W rogu dostrzegam znajome czułki mojego kuzyna imieniem Alarīs. Wpatruje się w swoją czarkę niczym kapłan w lunetę…
Zanurzam usta w przywłaszczonej właśnie herbacie. Nie spieszę się. Jak nakazuje tradycja, naprzemiennie upijam małe łyki i raczę się wonią naparu. Odstawiam powoli naczynie jak najbliżej gospodarza. Jego czułki zadrgały.
Kieruję się w stronę łukowatych drzwi wyjściowych. Czuję nagły przypływ odwagi. Odwracam się na pięcie.
– Sīesi Nat’hayī, żegnajcie.
Odpowiada mi cisza, ale to nie ona przeszywa teraz całe ciało. To sztylet rozdzierający me serce.
******
Rozświetlone przez popołudniowe słońce srebrne krople spływają leniwie po liściach świętych paproci. Zewsząd dochodzi dźwięk łopoczących proporców i uderzających o siebie bambusowych rurek. Niebawem, jak co dzień, zacznie padać.
De’iksanā, moja ojczyzna. Czy jest piękniejsze miejsce, by umrzeć?
Koturny sandałów stukają o żółtawą kostkę. Pragnienie ciała zostało nasycone, jednak dusza wciąż domaga się innego napoju. Krwi oprawcy. Ruszam w stronę domu mojego byłego pracodawcy. Idę powoli, racząc się ostatnimi promieniami słońca. Chcę, by już padało, kiedy wejdę do tej przeklętej posiadłości. Przechodnie pierzchają przede mną na boki. Dobrze, że moje lico zakrywa woal, głupawy uśmiech nieco kłóci się z wizerunkiem przeklętego Ristalāt’ha.
– Sīe Nahīm. – Słyszę za plecami. Nieelegancki akcent zdradza cudzoziemca. Obracam się powoli.
Utwierdzam się w przekonaniu. Brak diademu i chusty, a zamiast anańskich pierzastych czułków jakieś dwa maczugowate kikuty. Białe niczym mleko oczy połyskujące zza maski stylizowanej na twarz sugerują, że mam do czynienia z Zeryjczykiem.
– Odzywasz się do mnie? – pytam możliwie surowym tonem. Ostatnia rzecz, o której teraz marzę, to odpowiadanie na pytania jakiegoś głupiego barbarzyńcy.
– Uraziłem? Kolejny pielgrzym? Asceta? Kapłan? Generał!? – irytacja w głosie nieznajomego jest jeszcze silniejsza od jego pokracznego akcentu. Zaintrygował mnie.
– Nie podnoś głosu, inaczej zgarną cię strażnicy. Tu jest De’iksanā. – Schodzę z tonu, lecz nadal staram się brzmieć groźnie. Mój oryginalny wygląd chyba robi na nim wrażenie.
– Wybacz, panie. Po prostu szukam karczmy i totalnie nie mogę się dogadać z… kimkolwiek.
– Co to „kartsmā”? – pytam próbując powtórzyć śmieszne słowo, którego użył obcy. Wyraz cierpienia, które pojawia się na jego twarzy sprawia, że zaczynam go lubić.
******
Promienie słońca przebijają się przez wiszące w oknie koraliki. Nikt nie zadawał pytań, kiedy poprzedniego dnia przyszedł jakiś cudzoziemiec i wynajął spory pokój oraz zażyczył sobie niemałą porcję jedzenia. Tylko herbaty mu, słusznie, nie dano. Barbarzyńcy nie potrafią pić tak szlachetnych napojów.
Półleżę na czerwonym siedzisku, sącząc wodę z szerokiej czarki.
– Pozwól, że powtórzę jeszcze raz – obcy mówi powoli, jakby jednocześnie intensywnie myślał. – Twój szef zabił twoją córkę. Wasi kapłani wymyślili mu jakąś dziwną karę, że ma pomagać twojej rodzinie, czy coś, a ty chcesz go po prostu zaciukać… Ale możesz to zrobić tylko wtedy, gdy będziesz chodzić w tych niebieskich ciuchach, a pod koniec popełnisz samobójstwo?
Kiwam głową. Obcy robi dziwną minę, zupełnie jakby było to coś niecodziennego.
– I oficjalnie jesteś zmarły?
Ponownie potakuję, mimowolnie przewracając oczami.
– No dobrze już, dobrze. Nie gorączkuj się pan. – Zeryjczyk splata palce i posyła mi zza swej maski badawcze spojrzenie. Zastanawiam się, czy kiedykolwiek ją zdejmie.
– Pomożesz mi czy nie? – pytam zniecierpliwiony. Barbarzyńca przeciąga się.
– Jak już mówiłem, jestem agentem do wynajęcia. Coś jak ci wasi… Tsat’halat’hsī? Z tym, że nie służę głównemu kapłanowi, tylko tym, którzy mi zapłacą.
– Mówiłem ci już, że nie mam pieniędzy…
– Mówiłeś, ale nie oczekuję od ciebie zapłaty. Przynajmniej takiej zapłaty.
Cudzoziemiec jest coraz bardziej pewny, widzę, jak celowo bawi się ze mną. Czuję się nim coraz bardziej zmęczony.
– Pomogę ci – syczy w końcu, sięgając po swoją czarkę z wodą.
– Czego oczekujesz w zamian od umarłego?
– Sławy. Sławy! Jeżeli cię wesprę, zrobi się o tym głośno. Rzucasz się w oczy, jesteś rzadkością nawet na tych ziemiach.
– Ale wiesz, że…
– Tak, umarłemu nie można pomagać… przynajmniej w zabijaniu. O to już się nie martw, oficjalnie zabijesz go sam. O mnie dowiedzą się ci, na których mi zależy. Poza tym… – odchyla maskę, prezentując blade lico. Białe oczy jawią się teraz niczym wąskie szpary. – Po prostu uważam, że ten gość zasługuje na poderżnięte gardło.
******
Słońce powoli zachodzi. Proste strugi deszczu zacierają szczegóły otoczenia, niczym woal kontury mej twarzy. Powoli zapalają się żółte i zielone latarnie. Stoimy naprzeciw wielkiej posiadłości. Tuż obok niej powiewa proporzec z symbolami oznaczającymi siedzibę szczepu Włóczni-nad-Paprocią.
– To jaki mamy plan? – Pomimo ciemnego stroju i kaptura, srebrna maska cudzoziemca sprawia, że obcy rzuca się w oczy chyba jeszcze bardziej niż ja.
– Noo, wchodzimy i robimy swoje?
– Co? – Zeryjczyk puka się w maskę, która cicho dzwoni. – Chcesz się zemścić czy zdechnąć w drzwiach? Mówisz, że facet jest nadziany i ważny, tak? Naprawdę wierzysz, że wejdziesz sobie od tak do tej małej twierdzy? Że nie ma tam straży czy kogoś podobnego?
– Nie byłem nigdy w jego posiadłości…
– Ty chyba w ogóle w niewielu miejscach byłeś, co?
Do mych uszu dochodzi stukot koturnów. Z mgły i strug deszczu wyłania się mężczyzna z włócznią, której grot ukryty jest wśród kolorowych frędzelków. Strażnik.
– Co tu się dzieje, barbarzyńco? – pyta pogardliwym tonem. Robię krok do tyłu, wszak mnie tu nie ma.
– A, panie władzo, zwiedzam sobie ten piękny kraj. – Zeryjczyk wygląda na odprężonego. Zapewne nie jest to jego pierwsza rozmowa ze strażnikiem. Pytanie tylko, jak wygląda jego doświadczenie ze strażą anańską.
– Od zwiedzania jest dzień i centrum miasta, obcy. Wyraźnie słyszałem rozmowy… Czyżby konspiracja? – W międzyczasie wojownik podnosi broń do góry, by zasygnalizować reszcie, że mogą być potrzebni. Cudownie.
– A lubię czasem do siebie pogadać, panie władzo. Wszak nikogo innego tu nie ma. – odpowiada mój kompan, bezczelnie wskazując na mnie. Co on sobie myśli!?
– A więc zakłócanie spokoju! – syczy strażnik, dziwnym trafem kierując twarz w moją stronę. – Chłopaki! Zatrzymać tego cudzoziemca.
Zabrali go. Właściwie spodziewałem się jakiejś akcji. Prób ucieczki, szybkiego manewru rodem z opowieści o szpiegach. A tutaj nic. Po prostu poszli, a on razem z nimi.
Zostałem sam. Przeklęty Ristalāt’h, który „w ogóle był w niewielu miejscach”. A teraz musi szturmować posiadłość możnego rodu. Tyle, że całe życie zajmowałem się robieniem ozdobnych krat do okien…
Dostrzegam kątem oka jakiś ruch. To kartka. Deszcz na dobre przykleił ją do bruku, wygląda jakby miała się za chwilę rozpuścić. Delikatnie rozprostowuję papier. Widzę szereg koślawych znaków, starających się o bycie podobnym do pisma kapłańskiego uproszczonego, którym wszyscy piszemy na co dzień. Bez wątpienia wiadomość od Zeryjczyka.
„Nie ruszaj się nigdzie! Zabrali mnie, niech myślą, że jesteś sam. Zwieję za godzinę lub dwie, mam plan”.
O jakimkolwiek planie mowa, musi być lepszy niż mój: wejść i zginąć u progu.
Pada coraz mocniej, jak zwykle o tej porze. Mniej więcej po północy deszcz ustanie a chmury ustąpią, odkrywając rozgwieżdżone niebo – boski wachlarz Pana Nocy.
Jednak teraz strugi deszczu obficie spływają po mej chuście i szacie. Kiedyś słyszałem plotki, że w barbarzyńskich krajach robią ubrania, przez które przechodzi woda. To nie może być prawda. Przyglądam się latarniom. Pozłacane daszki z powodzeniem chronią ich serca – zielone lub żółte lampiony. Przez szum deszczu przebija się dźwięk łopocących proporców i uderzających koralików. Ponoć są kraje, gdzie tych dźwięków nie słychać wcale. To nie może być prawda.
– Cholera, jestem mokry jak żaba pod wodospadem!
Wzdrygam się.
– Tęskniłeś?
– Powiedzmy – odpowiadam, żałując w duchu, że udało mu się uciec.
******
Rozgwieżdżone niebo, odgłosy cykających owadów, powiewających sztandarów i uderzających o siebie koralików. I my.
– Tak więc mówisz, że jest u was taki zwyczaj, że bogaci wstawiają w okna ozdobne kraty?
Kiwam głową.
– Oczywiście ty potrafisz takową zamontować… oraz zdemontować.
– Jeżeli mam odpowiednie narzędzia.
Zeryjczyk wyjmuje małe zawiniątko. Jego przemoczone, czarne ubranie połyskuje w świetle księżyca. Obcy prezentuje mi szereg… narzędzi. Haczyki, wytrychy, coś przypominającego szczypczyki do jedzenia. Dostrzegam też kilka rzeczy podobnych do tych, którymi pracowałem za… za życia.
– I mówisz, że rozkład pomieszczeń będzie mniej więcej taki sam w każdej budowli, bo inaczej wasi bogowie się obrażą?
Kiwam głową.
– To jesteśmy w domu. Z drzewa wespniemy się na gzyms tamtej wieży, a później zeskoczymy na posiadłość, wprost na to złote coś w kształcie diamentu.
– Kopuła.
– Może i kupiła. Z góry opuszczamy się na taras i wtedy do akcji wkraczasz ty. Rozbrajasz okno, wpadamy do środka. Robisz swoje i spadamy. Głowa rodu na pewno będzie spać na górze?
– Na pewno.
– To ruszajmy wreszcie.
– A możesz to powtórzyć?
– Przecież przerabiamy to już piąty raz!
******
Każda noc w De’iksanie jest taka sama. Najpierw burza, później cisza i ciepłe, słodkawe powietrze. I tylko jedno wprawne oko dostrzega dwa, przemykające kilkanaście stóp nad ziemią cienie.
– Przytrzymaj i ciągnij – szepczę, podważając kratę. Stary dobry model „Przyczajonej ważki”, każdy zdejmuje się w ten sam sposób.
Głuche szczęknięcie, wyszła.
– Na bogów, ile to waży? – stęka Zeryjczyk.
– Tylko nie upuść, obcy. – Ostrożnie biorę kratę i opieram o łukowatą barierkę tarasu.
– Dińyorak! – syczy Zeryjczyk – Tak się nazywam.
– Dobrze, eee, Dinyarāk’h – odpowiadam, starając się nie przekręcić dziwacznego imienia. Ostatnią rzeczą, na której mi teraz zależy, to uczenie się zeryjskich nazw.
– Emm, po prostu mów mi obcy.
Jesteśmy w środku. Przed nami rozciąga się długi korytarz. Nasze kroki tłumi czerwony dywan z tradycyjnym wzorem przedstawiającym aloesy.
– Gdzie teraz? – szepcze Zeryjczyk.
– Gdzieś powinna być komnata, w której przechowują rodowe makaty oraz biżuterię.
– I że niby będzie tam spał?
– Nie, ale może tam medytować.
Szybko odnajdujemy łukowate, ożebrowane drzwi. Otwarte. Powoli wchodzimy do środka. Wita nas ciepłe światło zielonego lampionu, który wisi tuż nad czerwonym proporcem, na którym napisano Pismem Jedwabnym: „włócznia nad paprocią, skrzydło ćmy ostateczną bronią”. To proporzec rodowy!
Przed nim klęczy na siedzisku mężczyzna w zdobionej szacie. Z racji, że jest we własnym domu, nie ma na głowie diademu ani chusty, pozwalając swobodnie leżeć długim, czarnym włosom, z typowymi dla naszego narodu żółtymi końcówkami. Bezbłędnie rozpoznaję go po kształcie czułek. Salān Księżycowy Chód, zabójca mojej córki.
Dobywam oba miecze sayatār, ich krzywe ostrza opalizują przy blasku lampionu.
– Spodziewałem się ciebie, Tsat’ha’īs. – Słyszę nagle. Mężczyzna ani drgnął. Skąd wie, że to ja?
– Teraz odpowiesz za swoją zbrodnię – mówię starając się zachować groźny ton.
– Kiedy wreszcie zrozumiesz, że to był wypadek!? – Salān w mgnieniu oka podrywa się na nogi, po czym chwyta za powieszony na ścianie sayatār.
– Co to ma być? Nie pisałem się na pojedynek szermierski. – Słyszę rozdygotany głos Zeryjczyka. Ostatnie słowa dobiegają jakby z oddali.
– Tsat’ha’īs, jesteś sam – słowa sączą się powoli z ust głowy rodu – tylko ty i ja.
– Zabiłeś moją córkę, a później zmarła moja żona. Przez ciebie!
Ruszam na wroga. Koturny sandałów stukają o bambusową matę. W moją stronę wystrzeliwuje wraże ostrze. Wykonuję półobrót i tnę lewym mieczem. Zdaję sobie sprawę, że mając oręż w obu dłoniach jestem wystawiony na atak.
Moje ostrze przecina powietrze.
– Na bogów, odrzuć jeden miecz i walcz normalnie. To pojedynek a nie rytualne zabójstwo!
Ignoruję słowa oponenta, sam nie wiem dlaczego. Rozumiem, że ma rację, jednak coś… ktoś każe mi nie puszczać ostrza. Czyżby Niebieska Pani, władczyni umarłych?
– Giń! – krzyczę, wyprowadzając kolejne cięcie. Po kilku oddechach widzę tuż przed twarzą błysk wrogiej broni. W ostatniej chwili blokuję drugim mieczem.
Tępy ból w klatce piersiowej, wróg powala mnie solidnym kopniakiem. Nie mogę złapać oddechu. Jestem ranny?
– Popełniłeś błąd, przychodząc tutaj. – Przywódca rodu wykonuje zamach.
Ciemność, coś jest na mojej twarzy. Sztandar rodowy? Szybko odrzucam tkaninę.
– Myślałeś, że cię zostawiłem, co?
Zeryjczyk jest tuż za moim wrogiem i przyciska jego szyję drzewcem rodowego proporca. To koniec. Zaciskam palce na rękojeściach.
Żółte światło. Ktoś wszedł do pomieszczenia.
– Tato!
Mała dziewczynka upuszcza deltoidalny lampion.
– Seymarī! Uciekaj! – charczy Salān Księżycowy Chód, mój kompan jeszcze bardziej tamuje mu dopływ powietrza.
Czas staje w miejscu. Przed oczami jawi mi się moje własne dziecko, Ahmeā. Są tak łudząco do siebie podobne. Czuję w sercu coś dziwnego, jakby coś pękło, uwalniając tajemniczą zawartość. Czuję jak po policzku spływa mi łza.
– Zeryjczyku, puść go.
– Co? – Obcy zachowuje się, jakby zrozumiał polecenie na opak.
– Puść go!
Przywódca rodu kaszle.
– C-co ty robisz? – pyta, z trudem łapiąc oddech.
– Dokonuję właściwego wyboru!
Moje ostrza upadają na matę. Wciąż nie mogę oderwać wzroku od migdałowatych, żółtych oczu dziewczynki.
– Przeklęci Anaosi, ażeby was… Strażnicy! – Zeryjczyk szarpie mnie za ramię.
Czuję się jak wybudzony z letargu. Biegniemy ile sił w nogach do okna, którym weszliśmy. Jeszcze tylko kilka kroków.
– Nie tak prędko.
O framugę opiera się zamaskowana postać. Zielone zdobienia na brązowym stroju wskazują jasno.
– Tsat’halāt’h, szpieg najwyższego kapłana!
– We własnej osobie. Obserwuję was od samego początku tej waszej, grzmijcie bogowie, akcji. – Mężczyzna wyjmuje sztylet. – Sądząc po krzykach, twoja powinność została spełniona, umarły. Czas zatem na dobre udać się tam, gdzie formalnie już jesteś. Czyżbyś zapragnął powrotu do życia? Wiesz, czym to grozi?
– Bogowie, co za naród… – utyskuje Zeryjczyk – Nie ma na to żadnego, noo, haczyka?
– Nie, chyba, że…
Do mych uszu dobiega dźwięk dzwonka. Tego dzwonka.
– Czystokrwisty!
– Co?
– Nie teraz, obcy. Muszę tam biec, szybko!
– Ale, że jak?
Czuję zimno. Zimno płynące ze szklanego, wypełnionego trucizną ostrza. Nie wiem, jakim cudem, Tsat’halāt’h jest tuż przy mnie.
– Nigdzie nie pójdziesz. Albo odbierzesz sobie życie teraz, albo udasz się ze mną do świątyni, gdzie zostanie wykonany wyrok. Podaj mu sztylet, obcy! – syczy skrytobójca.
Dźwięk dzwonka jest coraz cichszy. Wraz z nim zanika moja ostatnia nadzieja.
– C-co? Ja? – pyta teatralnym tonem Zeryjczyk.
– A widzisz tu jeszcze kogoś? – Tsat’halāt’h zdaje się coraz bardziej zdenerwowany.
Biorę prosty sztylet mojego kompana. Może i nie jest to ostrze sayatār, ale z pewnością uda mi się nim podciąć żyły. Klękam, przyjmując pozycję wojownika.
– Żaden Tsat’halāt’h nie będzie przebywać w siedzibie mojego rodu, bez mojej zgody!
Mimowolnie obracam się. Za plecami stoi kilku uzbrojonych mężczyzn, a na ich czele Salān Księżycowy Chód. Wszyscy mierzą ostrzami w stronę skrytobójcy.
– Biegnij, jest jeszcze nadzieja. – Ciche słowa mej niedoszłej ofiary są ledwo słyszalne. – Jestem ci to winien, a nie lubię mieć niespłaconych długów. Biegnij!
Biegnę. Pokonuję korytarz, z trudem utrzymuję równowagę na schodach. Dźwięk dzwonków jest już ledwo słyszalny.
Dostrzegam otwarte na oścież drzwi. Wybiegam na zewnątrz.
– Straże! Nie dopuśćcie umarłego do Czystokrwistej! – słyszę dobiegający z okna wrzask skrytobójcy.
Dwóch wybiega wprost na mnie. Z trudem unikam grotu ukrytego za pękiem frędzli, po czym wykonuję przewrót. Zostawiam ich za sobą.
– Gonić go! Tam jest! – Słyszę pokrzykujących wojowników. Nie oglądam się za siebie, jednak wiem, że z każdym oddechem jest ich coraz więcej.
W oddali dostrzegam kołyszące się światło fioletowej latarni. Dźwięk ceremonialnych dzwonków znów przybiera na sile. Jeszcze tylko jedna przecznica.
Drzewce z impetem uderza w mą piszczel, od razu zwalając mnie z nóg. Po chwili czuję na plecach ciężar drugiego strażnika.
– Mamy cię, ptaszku. Myślałeś, że nas oszukasz? Idziemy wprost do świątyni, zginiesz ostateczną śmiercią jeszcze dziś.
Dwóch wojowników łapie mnie z obu stron, trzeci idzie tuż za mną. Z przodu kolejna dwójka. Nie mam szans. Czekam na śmierć. Śmierć zdrajcy. Śmierć, która sprawi, że ważka Niebieskiej Pani nie przyleci po mą duszę.
Obraz ciemnieje. Moją głowę rozrywa dobiegający z jej wnętrza przeraźliwy pisk. Siedzę? Leżę? Chyba siedzę na bruku. Masuję skronie, otwierając powoli oczy. Widzę fioletowe światło.
Przede mną stoi lektyka. Wszędzie pełno elitarnych wojowników, Gwardzistów Masataha. Za mną klęczą eskortujący mnie strażnicy.
Lektyka Czystokrwistego. Padam na twarz.
– Sak’hayī! Wasza świątobliwość! Pozwól mi mówić! – krzyczę nie odrywając twarzy od chłodnego bruku.
Czuję jak potężna siła wbrew woli podnosi moją twarz. Zamykam oczy, lecz powieki zostają po chwili siłą otwarte. Patrzę wprost na nią. Siedzącą pod ozdobionym fioletowymi lampami i złotymi frędzlami palankinem. Kobietę niespotykanej urody, o ogromnych oczach i długich rzęsach jak u bogów. Czystokrwistą.
Jej wola każe mi patrzeć jej prosto w oczy. Walczę z samym sobą, by przypadkiem nie zerknąć na jej piękne, paprociokształtne czułki.
– Chciałeś zakłócić moją podróż, umarły. Dlaczego? – Władczy ton Czystokrwistej zdaje się odbijać we wnętrzu mej głowy.
– Sak’hayī! Wasza świątobliwość! Przyszedłem błagać cię o akt łaski. Uczyń mnie na powrót żywym!
– Jak śmiesz!
Siła woli niewiasty przygwożdża mnie do ziemi. We wnętrzu mej głowy rozbrzmiewa upiorny pisk, przechodzący w ostry ból. Świat zaczyna wirować, barwy blakną. Ból jest nie do zniesienia.
Ustaje. Z trudem łapię powietrze. Nawet nie marzę o podniesieniu wzroku.
– O potężna pani! – takim akcentem włada tylko mój Zeryjczyk.
– Masz się do mnie zwracać Sak’hayī, barbarzyńco! – syczy Czystokrwista.
Do moich uszu dobiega jęk cudzoziemca. Czy on ma w ogóle pojęcie, że ona może go zabić siłą woli?
– Wy-wybacz, Sak’hayī…
– Mów, barbarzyńco!
– Byłem przy nim…
– Pomagałeś mu? Wiesz czym to grozi!?
– Emmm, nie, ale… On nie zabił. Darował mu! Zaniechał zemsty!
Wsłuchuję się w słowa cudzoziemca. Chyba jednak zrozumiał więcej, niż mi się wydawało. Znów, wbrew woli, spoglądam w jej cudowne oczy. Boję się, że niechcący zerknę nie tam gdzie trzeba i zginę na miejscu.
– Tłumacz się, umarły. – Jej głos stał się spokojny, nawet nieco dobrotliwy. Jednak wiem, że nastrój może zmienić się w mgnieniu oka.
– Nie chcę się mścić…
– Ale wcześniej chciałeś. Zdecydowałeś, by odprawiono twój pogrzeb!
– Chciałem…
– Ale?
– Chciałem go zabić, mogłem to zrobić i wtedy… Nie wiem, jak to powiedzieć.
– Może po prostu słaby z ciebie kłamca?
– On mówi prawd…
– Zamilcz, Zeryjczyku!
Czystokrwista podnosi się. Powłóczysta szata faluje, doskonale zgrana ze złotymi włosami. Zewsząd otaczają mnie Gwardziści Masataha. Niewiasta chwyta oburącz moją twarz. Czuję zimne, aksamitne palce. Wola kobiety zmusza mnie do ponownego spojrzenia w jej żółte oczy. Coś mnie ciągnie do tyłu. Spadam?
Widzę, jak zmierzam w stronę lektyki, biegnę schodami, czuję na szyi zimne, szklane ostrze skrytobójcy… Jakby czas biegł w przeciwnym kierunku.
Stoję nad moją ofiarą, pragnę zemsty.
– Seymarī! Uciekaj! – charczy Salān Księżycowy Chód. I widzę ją. Moją córeczkę. Wypuszczam miecz z dłoni.
Mocne szarpnięcie wybudza mnie z transu. Klęczę przed palankinem, Czystokrwista znów patrzy na mnie z siedziska. Jej siła woli zaciska moje oczy. Czuję ostry ból powiek, jakby lizały je języki ognia.
– Odtąd twe oczy będą zdobić pionowe, czerwone pasy. Znak odkupienia. Porzuciłeś zemstę, pozwoliłeś swemu sercu powrócić do świata żywych.
******
– Co teraz zrobisz?
– Nie wiem, Zeryjczyku. Wciąż prawnie jestem umarłym, nie ma tu dla mnie miejsca.
Cudzoziemiec przeciąga się.
– Może zatem… pójdziesz ze mną?
– Włóczyć się po świecie i zarabiać na przekrętach? Być agentem do wynajęcia? Dzięki, ale wolę moje kraty okienne.
– Wiesz, ostatnia noc dała mi nieco do myślenia. Co prawda nadal nie rozumiem was, Anaosów, ale czuję, że chyba czas na zmianę. Na coś nowego – wskazuje na najbliższy budynek – jak myślisz, ile dałby jakiś nadziany kupiec z Ashtery za takie coś w swoim oknie?
– Chyba nie chcesz powiedzieć, że…
– Widzisz, przyjacielu. Kiedy zeszłej nocy podważaliśmy tę kratę, jakby coś we mnie pękło.
Ratasā sae’ut’hā wiratanata’n k’haysā, sae’ut’hā ahdā, saetsit’hā basā,
Darmā ahsahtazi’ēy ki ildā asyaēy ih Nāey pak’hasī.
„Gniew zburzy mury warowni, roztrzaska tarczę, utnie głowę,
Miłość tego nie uczyni, ale to gniew korzy się u jej stóp.”
Przysłowie anańskie, autor nieznany.
ARHIZ
Link do opowiadania na Fantastyka.pl.
piątek, 5 maja 2017
Druga Połowa
Otwieram oczy.
Coś jest nie tak…
Środek nocy. Siadam na łóżku, czując, jak uczucie senności staje się jedynie wspomnieniem.
Fala bólu przeszywa moją prawą dłoń, która pali, jakby co najmniej spotkała się z żywym ogniem.
Zaciskając zęby, spoglądam na rękę i widzę… jej kolor. Ból ustaje.
Barwa jest doskonale zauważalna nawet o tej porze, w ciemnościach. Nieskalana biel kontrastuje z resztą mojego ciała, z pościelą, ze ścianami, z tym, co jest za oknem. Z całą czarną połową królestwa.
Serce zaczyna mocniej bić.
– Czy oni już wiedzą? – mówię sam do siebie, jednak to tylko potęguje niepokój.
Słyszę pukanie, właściwie walenie w drzwi. Cholera, mogłem nie zadawać tego pytania.
– Otwierać! Królewska straż! – ryczy ochrypły głos, który przywodzi na myśl bardziej wściekłego pijaczynę niż przedstawiciela Korony.
Zrywam się na równe nogi. Nim dobiegam do drzwi, te wylatują z futryny.
Łomot. Wchodzi cała trójka, nie czekając nawet, aż opadnie kurz. Jeden z nich bezceremonialnie chwyta mnie za rękę, niemalże ją wykręcając. Przez chwilę ogląda znamię, po czym odrzuca ze wstrętem dłoń.
– Przemieniony. – Słyszę ciche warknięcie.
Nie da się ukryć, jestem nim. Biel mojej ręki, barwa kontrastująca ze wszystkim, od strażników począwszy, na drzewach za oknem skończywszy, stanowi niezbity dowód.
– Piętnaście minut na zebranie rzeczy osobistych. – Dźwięczy mi w uszach beznamiętnie wypowiedziana formułka.
W panice rozglądam się po pokoju, zakładając w międzyczasie, także kontrastujące z dłonią, spodnie. Nie mam pojęcia, co chcę i powinienem zabrać. Gdy ruszam w stronę łazienki po szczoteczkę, jeden z przybyszy zagradza mi z triumfalnym uśmieszkiem drogę, prezentując zdrowe, czarne jak noc uzębienie.
Zrezygnowany zarzucam na siebie płaszcz i chowam do kieszeni portfel. Nim kończę zakładać pierwszy but, strażnicy dają mi do zrozumienia, że według ich jedynego słusznego pomiaru czasu, piętnaście minut minęło.
Gdy tylko zawiązuję sznurówki, jeden ze strażników niesubtelnie chwyta mnie za ramię i równie nieelegancko wyprowadza z mieszkania. Czuję, jak twarde niczym stal paluchy wbijają się w moje ciało. Napinam mięśnie, jakby w odpowiedzi – to jedyny wyraz buntu, na jaki mogę sobie w tej chwili pozwolić.
Przed wyjściem czeka już na nas powietrzny powóz. Gdy tylko wsiadam do środka, a właściwie zostaję wrzucony, od razu uruchamiają się mechaniczne skrzydła. Siedzę skurczony pomiędzy dwoma zakutymi w czarną stal strażnikami.
– No, mości królewno – rzecze trzeci, pełniący teraz rolę pilota – czas na wycieczkę do Czarno-białego Pałacu.
Lecimy coraz szybciej, coraz wyżej. Pomimo barczystej „obstawy”, okna są na tyle duże, że mogę spokojnie obserwować rozciągającą się pod nami czarną stronę królestwa, gdzie zapewne każdy praworządny obywatel smacznie śpi. Może z wyjątkiem tych, którzy akurat obudzili się ze znamieniem, ich uczciwość jest przecież bez znaczenia.
– Co teraz ze mną będzie? – pytam niepewnym tonem.
– Ślub, królewno, ślub – odpowiada pilot.
Reszta wtóruje mu głośnym, lecz podejrzanie krótkim rechotem. Zupełnie, jakby tak naprawdę nikomu nie było do śmiechu.
– Jedyną osobą w tym kraju, która ma prawo posiadać oba kolory, jest król – dodaje zakuty łeb po prawej stronie, obracając nieznacznie głowę… lub cokolwiek, co znajduje się pod tą grubą warstwą czarnej stali.
Przed oczami staje mi sytuacja sprzed dziesięciu lat. Dawne wspomnienie nabiera wyrazu, mam wrażenie, jakbym ledwo wczoraj obserwował z okna, jak straż wyprowadza mojego sąsiada, Darkclocka spod czwórki. Później ludzie gadali, że został Przemienionym. Nie wiem, ile w tym było prawdy, ale jednego jestem pewien: nigdy później go nie widziałem.
Lądujemy. Wehikuł cicho opada na ziemię. Spodziewałem się jakiegoś szarpnięcia, czegokolwiek, co zwiastowałoby koniec podróży. Tymczasem osiedliśmy lekko niczym piórko. W innych okolicznościach byłbym zachwycony tą, bądź co bądź, pierwszą w życiu przejażdżką powietrznym powozem.
Wychodzimy. Dopiero teraz dostrzegam granicę mrocznej połowy królestwa. Widzę przed sobą idealnie równą, ciągnącą się aż po horyzont świetlistą linię, za którą rozpościera się rażąca w oczy biała część państwa. Biała zupełnie jak moja dłoń.
Prawica strażnika znów zniewala moje ramię choć tym razem nieco delikatniej. Chyba wszyscy czujemy się dość nieswojo, idąc tuż obok morza bieli. Obok krainy, w której żaden z nas nie chciałby się znaleźć.
Wchodzimy na długą, brukowaną drogę. Granica obu części państwa biegnie dokładnie pośrodku, toteż prawa połowa traktu jest barwy mleka, lewa zaś połyskuje ebonitem. Na końcu widnieje królewski pałac, idealnie symetryczny. Jedna strona oślepia bielą, druga zdaje się ledwo widoczna na tle nocy.
Idziemy w milczeniu, aż w końcu stajemy tuż przed czarno-białymi wrotami.
– Jest wasz – rzuca od niechcenia pilot, klepiąc mnie na odchodne w plecy.
– Pójdziecie za mną, Arisie Darkcloud – zagrzmieli jednocześnie obaj odźwierni, jeden jasny, drugi ciemny, każdy stojący po odpowiedniej stronie.
Wrota otwierają się z łoskotem. Idę po dwukolorowym dywanie, mijając rzędy zdobionych kolumn. Marmurowych po prawej, ze skały wulkanicznej po lewej. Coś mi mówi, że lepiej nie oglądać się za siebie i grzecznie podążać jedyną słuszną drogą, ku tronowi.
– Wyjść! – zagrzmiał donośny, lecz na tyle delikatny głos, że mógłby także uchodzić za żeński.
Odruchowo zatrzymuję się, rozmyślając, czy mnie także nie obejmuje rozkaz władcy.
– A ty podejdź bliżej, Przemieniony – dodaje król o wiele łagodniejszym tonem, rozwiewając moje wątpliwości.
Zastanawiam się, dlaczego właściwie w opowieściach władca mówi zazwyczaj basem, skoro rzeczywista barwa jego głosu jest inna. Skupienie się na sprawach tego typu mnie uspokaja. Gdy już mam wrażenie, że w mej duszy pojawia się cień komfortu, słyszę donośny trzask zamykanych drzwi i uświadamiam sobie, że jestem sam na sam najważniejszą osobą w państwie.
Podchodzę niepewnie, starając się wyczuć, co dokładnie znaczy „bliżej”. Nie mogę oderwać spojrzenia od majestatu jego wysokości, który, podobnie jak tron, jest w połowie jasny niczym świeże mleko, co niezwykle kontrastuje z ciemniejszą stroną, przywodzącą na myśl bazalt.
– Wa… – urywam, zdając sobie sprawę, że to raczej władca powinien rozpocząć rozmowę. Ten jednak zachęca mnie gestem, uśmiechając się lekko. Dostrzegam dwukolorowy rząd zębów.
– Wa-wasza wysokość, jestem Prze-przemieniony… – wydukałem.
– Zauważyliśmy. – Król sprawia wrażenie lekko rozbawionego. – Nie, nie zostaniesz stracony – dodał, uprzedzając pytanie, które od początku próbowałem zadać.
Biała ręka monarchy przywołuje mnie gestem, jeszcze bliżej, podczas gdy czarna majestatycznie gładzi dwubarwną brodę. Kiedy dzieli nas już ledwie długość strzały, dostrzegam, że ciało króla jest lekko prześwitujące.
– Nie obawiaj się. – Władca pochyla się w moją stronę, mówi teraz niemal szeptem. – Celowo rozpuściliśmy plotkę o rzekomych egzekucjach Przemienionych, by umożliwić im wykonywanie swojego zadania. A teraz słuchaj uważnie: od ciebie zależą losy Korony i całego kraju. Pójdziesz na białą stronę królestwa i tam spotkasz się ze swoim odpowiednikiem. Później wszystko stanie się dla ciebie jasne. Przyszłość tych ziem leży w twoich rękach.
Mam wrażenie, jakbym dostał czymś gumowym w głowę. Chcę zadać pytanie, dowiedzieć się o co chodzi, jednak język odmawia posłuszeństwa.
Czuję na ramieniu czyjąś dłoń. Obracam się. Widzę zakapturzoną postać w długiej szacie, całą białą. Czarownik wyciąga wahadełko. Moje oczy, wbrew woli, wodzą za malutkim medalionem koloru śniegu. Obraz staje się coraz bardziej rozmyty. Pozostaje tylko czysta, nieskalana biel.
******
Otwieram oczy. Odruchowo mrużę powieki, broniąc się przed wszędobylską jasnością, która wdziera się aż do wnętrza czaszki. Moje ciało, choć czarne, zdaje się teraz świecić… z wyjątkiem jednej z dłoni, oczywiście.
Siadam na łóżku, powoli pojmując, że jednak nie śnię. Że faktycznie spotkałem króla, który bez słowa wyjaśnienia wysłał mnie do białej części kraju, bym, niczym w kiepskiej książce, ratował świat. Problem w tym, że to dzieje się naprawdę.
Wstaję, czując, jak oczy powoli przyzwyczajają się do wszechobecnej jasności. Czuję lęk, niepokój, a moja kuriozalna „misja” w żadnym razie nie pomaga.
Po dłuższym namyśle podejmuję ryzyko i otwieram drzwi.
Kręte schody wiodą mnie wprost na dół. Przytrzymuję się poręczy, z trudem lokalizując w morzu bieli poszczególne elementy zejścia. Trafiam w końcu do dość obszernej izby, która przypomina karczmę. Niepokoi mnie żarzące się w samym środku palenisko, tylko Biały mógł wpaść na tak nieodpowiedzialny pomysł.
– Witam czarnego gościa – dobiega do mnie głos barmana. Chyba.
Niemrawo podchodzę do lady, mijając po drodze kilku zaciekawionych bywalców. Bogowie, oni wszyscy wyglądają identycznie.
– Nie wiem, kim jesteś, Czarny, ale wczoraj było tutaj kilku ważniaków od króla. – Całe szczęście, że chociaż gospodarz wyróżniał się imponującymi wąsami. – Nie chcę żadnych kłopotów, obcy. Zabierz, co potrzebujesz i wynoś się, nim sprowadzisz na nas problemy.
W żołnierskich słowach proszę o jadło na drogę. Przypuszczam, że moja karta przetargowa „ratuję świat” niezbyt poprawiłaby przychylność karczmarza, toteż postanawiam zachować ją na inną okazję.
Chcę zbierać się do drogi, nie mając oczywiście pojęcia, dokąd zmierzam.
Łoskot otwierających się drzwi.
Stojący w nich dryblas wyprostował się nagle, zupełnie jakby dostał nożem w plecy. Coś mi mówi, że stało się to dokładnie wtedy, gdy mnie spostrzegł. Nie chcę, by Coś mówiło do mnie więcej.
– Co do… A ty czego tu szukasz? – Na parszywej gębie przybysza gości równie zacny uśmieszek.
– Zostaw go, to człowiek króla. – W tym momencie zaczynam darzyć barmana sympatią.
Wielkolud wchodzi powoli do izby, tuż za nim pojawiają się jeszcze trzy draby, zapewne przyboczni.
– Ty, barman! Chyba zapomniałeś, kto jest królem tej dzielnicy. – Faceta aż nosi.
Trafiłem do jakiejś speluny będącej terytorium lokalnego władcy przedmieścia. Cudownie.
– Hagni, wszyscy nie chcemy kłopotów. – Głos barmana staje się coraz mniej opanowany. – Przysłała go Korona, rozumiesz? Daj mu spokój.
Nie rozumie.
Dryblas wykonuje niezrozumiały gest. Chwilę później jego towarzysze stoją już przy szybach. Powietrze wypełnia dźwięk tłuczonego szkła. Typy radośnie wymachują kijami, rozkoszując się sensem życia, pomimo że po oknach zostały już tylko potłuczone szkła. Jeden, zapewne dla podkreślenia wagi dokonanego dzieła, uderza dodatkowo z impetem w blat.
Herszt bandy długim susem przeskakuje palenisko, by w mgnieniu oka znaleźć się tuż przede mną. Jest bardzo szybki, jak na kogoś o takich rozmiarach. Zbyt szybki.
– Czyżbyś zapomniał, komu płacisz za ochronę? Co, wąsalu? – Pomimo że Hagni mówi do barmana, cały czas wpatruje się we mnie. – Więc lepiej się nie wtrącaj, to może się zastanowię jeszcze nad kwestią obniżenia, heh, podatku.
Co tam król, to lokalni bandyci rządzą w mieście.
Wkładam białą rękę do kieszeni, próbując nie komplikować dodatkowo sytuacji.
– No dobra, czarny przyjacielu. – Biali nie są jednak tacy sami. Dowodem niech będzie paskudna gęba Hagniego. – Może pokażesz nam, jak skaczesz przez palenisko? To taki nasz zwyczaj na mieście. Słyszałem, że wy, Czarni, jesteście tchórze.
– Jesteśmy po prostu ostrożni – odpowiadam, starając się zapanować nad głosem. Czuję, że się pogrążam.
– Jesteśmy po prostu ostrożni – odpowiada tamten, parodiując mój sposób mówienia. Odpowiada mu salwa śmiechu, co gorsza, także spośród pozostałych bywalców. Wspaniale.
– Tchórze! – Na twarzy dryblasa maluje się coś pomiędzy radością a gniewem. – Wy, Czarni, chowacie się tylko po kątach. Się wcale nie znacie na odwadze. Tylko gadacie na nas, Białych. Myślisz, że nie wiem, że patrzysz na nas z góry? Że każdy jasnoskóry jest dla ciebie debilem?
Hagni zbliża się, prezentując połyskujący w świetle paleniska długi nóż.
– Myślisz, że nie wiem co se myślisz? O nas wszystkich? – Czuję na policzku zimno stali. Zbir przejeżdża powoli tępą stroną ostrza w dół twarzy, pozorując na koniec poderżnięcie gardła.
– Skacz! – Wskazuje nożem na palenisko. Czuję ulgę, że nie mam już brzytwy przy twarzy.
Spoglądam na kamienny prostokąt, w obrębie którego dziko tańczą płomienie. Nie mam szans.
Huk.
Wszędzie biały dym. Nic nie widzę.
Czuję, jak opary wdzierają się do dróg oddechowych. Duszę się.
Coś zamajaczyło, jakiś kształt. Długowłosa istota, niewiele ciemniejsza niż wszechobecne opary. Coś trzyma w ręku, tkanina?
Odbieram czym prędzej materiał i, starając się wyprzedzić kolejny wdech, przykładam do ust. Nie wiem co to jest, ale działa zadziwiająco dobrze. Choć nadal czuję pieczenie, oddech nie stanowi już sadystycznego wyzwania.
– Za mną, szybko. – Głos niewiasty wydaje się dziwnie znajomy. Delikatna dłoń chwyta stanowczo moją rękę. Kobieta rusza w górę schodów, ciągnąc mnie z siłą o wiele większą, niż bym się spodziewał. Ledwo jestem w stanie dotrzymać kroku mojej, mam nadzieję, wybawicielce.
– Ty! Już nie żyjesz, Czarny! – Hagni nie zamierza odpuścić.
Biegniemy w górę krętymi schodami. Pod nami rozlega się tupot. Wygląda na to, że moi nowi przyjaciele już się stęsknili.
– Na trzy skaczemy.
Patrzę pytająco na długowłosą, łudząc się, że nie mówi o dużym, widniejącym przed nami oknie.
– Razdwatrzy! – Silne pchnięcie i jestem na zewnątrz.
Drugie piętro, złamani…
Szelest. Pył.
Gdzie ja jestem? To stóg siana!
Wiotka dłoń ponownie wbija mi w rękę drobne palce. Potykam się nieporadnie, kiedy niewiasta znów zmusza mnie do biegu.
– Już niedaleko. – Rzuca mi krótkie spojrzenie i wskazuje na latający powóz.
Wsiadamy. Dziewczyna wciska kilka przycisków. Po chwili stalowe skrzydła zaczynają się poruszać. Wehikuł ostro rusza w górę.
– Widzę, że nieźle to sobie obmyśliłaś – przyznaję z aprobatą.
– Improwizowałam. – Długowłosa posyła mi nerwowy uśmiech, po czym skupia się na kontrolce.
– Ale powóz przygotowałaś?
– Co? Nie, tym przyleciał tamten duży.
– Ale potrafisz tym latać?
– Pierwszy raz oglądam to od wewnątrz…
– Aha…
Rozmowę przerywa mocne szarpnięcie, zupełnie jakby pani pilot niedowierzała, że w pełni uznaję jej brak kompetencji. Wehikuł przechyla się coraz bardziej na bok. Przez okno widzę niepokojąco szybko zbliżającą się ziemię.
– Zrób coś! – krzyczę, chyba tylko dla rozładowania emocji.
– Przecież próbuję!
Nieznajoma zaciska zęby. Na jej kredową twarz opadają niesforne kosmyki mlecznobiałych włosów. Wygląda przeuroczo… Na czym ja się skupiam!? Rozbijemy się!
Kolejny wstrząs.
Chyba zahaczyliśmy o drzewo. Mam wrażenie, że straciliśmy jedno z lewych skrzydeł. Maszyna z każdą chwilą gwałtownie zniża lot. Na twarzy mojej wybawicielki maluje się coś na pograniczu manii i skupienia.
Spadamy.
Czuję, jak serce podchodzi mi do gardła, a i żołądek nie odpuszcza. Ziemia jest coraz bliżej.
Już po nas!
Białowłosa z głośnym stęknięciem pociąga drążek do siebie, podrywając na chwilę latający powóz.
Trzask łamanych skrzydeł. Kadłub uderza w ziemię. Chwilę później maszyna przewraca się na bok.
Leżę wśród białych loków, czując, jak całe ciało przeszywa gorący ból, zupełnie jakby ktoś wlał mi do kręgosłupa wrzątek. Głowa również daje się we znaki, ale chyba jednak nic mi nie jest. Inaczej nie skupiałbym się tak bardzo… na niej.
Jestem tuż przy pergaminowej twarzy. Słyszę nerwowy, urywany oddech.
– Wszy-wszystko w porządku? – pytam niemrawo, próbując przyjąć mniej nachalną pozycję. Niestety ułożenie kadłuba skutecznie mi to uniemożliwia.
Nieporadnie podpieram się rękoma. Moja głowa jest teraz kilkanaście cali nad jej trójkątną buzią. Dłonie opieram tuż obok policzków wybawicielki. Moja czarna ręka wygląda tak nienaturalnie przy jej mlecznobiałej skórze.
Spoglądam na drugą rękę, mającą identyczną barwę co gładkie lico kobiety. A już niemal zapomniałem, że jestem Przemienionym.
Niewiasta powoli otwiera oczy. Długie rzęsy odbijają się w białej tęczówce, przywodząc na myśl gwiazdę. Gdy wpatruję się w głębiej, dostrzegam swoje, ciemne niczym węgiel, odbicie.
Dziewczyna powoli otwiera usta. Jasne wargi delikatnie drgają. Czuję, jak nasze serca zaczynają bić coraz szybciej.
– Długo jeszcze będziesz na mnie leżał i się gapił, zboku!?
******
Siedzimy nad niewielkim, malowniczym jeziorkiem. Rozbity wehikuł idealnie wpasowuje się w krajobraz, dodając szumiącym drzewom szczyptę niebanalności.
Opieram dłonie o powalony konar i wpatruję się w taflę oczka. Zastanawiam się, jak Biali odróżniają zwykłą wodę od, powiedzmy, mleka.
– Musisz uchodzić w swojej krainie za niezwykle bystrego. – Dziewczyna patrzy na mnie, poprawiając grzywkę.
– Emmm, cóż, my Czarni słyniemy nie tylko z rozwagi, ale także ze spostrzegawczości – odpowiadam niepewnie. Coś mi mówi, że to nie był komplement, a ja nauczyłem się już, że kiedy Coś coś mówi, to Czegoś warto słuchać.
Nieznajoma poprawia grzywkę jeszcze raz, i jeszcze raz. Nie zwracam na to większej uwagi, wpatrując się w niesamowite oczy i pełne usta. Oblizała się?
Nagle na mojej twarzy ląduje jej dłoń.
Czarna! Jej dłoń!
– Bogowie!
Odskakuję jak oparzony.
– Ty… Ty jesteś… Jak ja!
Dziewczyna przewraca oczami.
– Kiedy zauważyłaś? – Próbuję brzmieć możliwie inteligentnie.
– Spałam w pokoju nad tobą, kiedy obudził mnie hałas. Zobaczyłam ludzi króla, nadwornego maga i jakiś pakunek. Poczekałam aż pójdą, grzech byłoby nie sprawdzić.
– Pakunek, powiadasz?
– Wyglądało na to, że królewskim zależało na braku zamieszania. Zakradłam się, gdy tylko opuścili twój pokój. Słyszałam też, jak odbyli z barmanem krótką, lecz treściwą rozmowę.
– Zaraz… Weszłaś tuż po tym, jak wyszedł czarownik? Nie obawiałaś się pułapek? Ani tego, że ktoś może wrócić?
– Och, wy Czarni naprawdę jesteście tacy tchórzliwi, jak mówią.
– Och, o waszej lekkomyślności też raczej nie zmyślają. – Kończę z wymuszonym uśmiechem. – Oczywiście są wyjątki – dodaję. W końcu nie chcę jej podpaść.
– Lizus.
Znów poprawia grzywkę. Jej czarna dłoń wygląda zupełnie, jakbyśmy…
– Też ci to chodzi po głowie? – Dziewczyna uroczo przechyla głowę. – Zupełnie, jakbyśmy zamienili się tymi rękami. – Porusza lekko palcami.
– Sugerujesz, że jesteśmy swoimi odpowiednikami?
– A masz jakieś wątpliwości, bystrzaku?
– A płeć?
– Ponoć czarnoskórzy mają analityczne umysły. – Przypominające krople wielkie oczy stają się teraz małymi szparkami. Faktycznie, dziewczyna ma rację. W końcu odmienna płeć również świadczy o przeciwieństwie.
– Jak cię zwą, moje mroczne alter-ego? – Puszcza do mnie oczko. Podoba mi się to przezwisko.
– Aris Darkcloud. – Próbuję brzmieć nonszalancko. Chichot dziewczyny sugeruje, że niezbyt mi się udaje. Jej białe zęby wyglądają tak nienaturalnie.
– Sira Thundersky.
Delikatnie ściskam czarną jak noc dłoń. Oboje wpatrujemy się w swoje ręce. Mam wrażenie, że część mojego ciała należy do kogoś innego. Czuję się naprawdę dziwnie.
– Jak było z tobą? – pytam.
– Po tym, jak zostałam Przemienioną? – odpowiada tonem właściwym dla opisu codziennych czynności. – Normalnie. Obudziłam się rano i poczułam, że jestem inna, nastąpiła zmiana. Udałam się więc, zgodnie z tradycją, na poszukiwanie swojego odpowiednika. Coś sprawiło, że pojawiłam się właśnie w Tej karczmie, właśnie w Tym czasie. Cudowne, nieprawdaż?
Moja szczęka lekko opada. Próbuję odpowiedzieć, jednak język odmawia posłuszeństwa.
– Co z tobą? Chyba nie chcesz powiedzieć, że u was, Czarnych, trzeba siłą wywlekać z łóżek, po czym sam król rozkazuje wam szukać swego odbicia z drugiej części kraju?
Zapada niezręczna cisza.
– Ale dostałaś misję od króla? – pytam niepewnie.
– Od kogo!? A co, musimy ratować świat?
Patrzę w dół, czując, jak czubki butów stają się dla mnie czymś na kształt azylu.
Sira uspokaja się.
– Słuchaj, chcesz powiedzieć, że król kazał ci ratować świat? – Jej ton zdaje się być kunsztowną mieszanką rozbawienia i ciekawości.
– Powiedzieli mi, że ode mnie zależą losy kraju i Korony oraz, że mam cię odnaleźć…
– Aha, czyli ja mam być tą przygłupią, słodką pomocnicą głównego bohatera? Mogę ci się rzucić na szyję?
W mojej głowie szybko powstaje odpowiedni scenariusz. Szczerze mówiąc, nie obraziłbym się.
Nagłe uderzenie w czoło.
– Aua!
– Co ci się w tym łbie kotłuje, co? Zbok!
– No dobra. – Już nawet nie próbuję brzmieć nonszalancko, tym bardziej inteligentnie. – A co mówi ta wasza tradycja? Po co szukacie swojego odpowiednika?
– Jak po co? – Rozbawiony ton perłookiej przyjął teraz barwę szczerego zdziwienia. Chociaż coś. – No przecież tego nikt nie wie. O to w tym wszystkim chodzi, żeby podążać w nieznane, przyjmować to, co zgotuje nam los.
– Ach tak…
Czegokolwiek nie mówić o słabych książkach na temat ratowania świata, tam jednak bohaterowie zawsze wiedzą, przynajmniej z grubsza, co powinni zrobić. Może zatem nasza opowieść nie jest taka zła?
Dziewczyna wiesza się na moim ramieniu.
– Zatem co teraz, mój bohaterze? – Modulowany ton nie pozostawia wątpliwości, że mam do czynienia z sarkazmem. Mimo wszystko jest mi przyjemnie. Uśmiecham się.
– Zbok! Zbok i fetysz! – Na twarzy dziewczyny gości sztuczne oburzenie.
– Mówi się: fetyszysta. Fetysz to przedmiot – poprawiam.
– No niech ci będzie, w końcu sam najlepiej wiesz, co tam po nocach robisz.
Zrywa się dziwny, gwałtowny wiatr.
– Coś mi mówi…
– Że powinniśmy się stąd wynosić.
Dostrzegam ruch po drugiej stronie jeziora. Biały, wydłużony kształt, niczym pionowa kreseczka. Po kilkunastu oddechach przestaję się łudzić – to zbliża się, leci nad wodą wprost na nas.
– Sira? – Mam złe przeczucie.
– Tak? – Dziewczyna nie odrywa wzroku od tajemniczego obiektu.
– Czy też czasem tak masz, że słyszysz w środku głowy taki wewnętrzny głos. Że Coś ci… coś mówi i później to się dzieje?
– Taak. – Słyszę wahanie w jej głosie, ale uznaję to za potwierdzenie.
– Bo Coś mi mówi, że to…
– Wieża. – Sira dokańcza zrezygnowany tonem. – Na bogów, Wieża! Musimy się schować!
Podskakuję jak poparzony. Rzeczywiście, wpatrujemy się w nadlatującą Figurę zamiast działać.
Rozglądamy się pośpiesznie. Potrzebujemy schronienia. Czegoś, co nie przyciągnie uwagi Wieży. Wehikuł odpada, jest nowym elementem otoczenia. Szukam jakiegoś kamienia, kłody, gałęzi, czegokolwiek. Wszechobecna biel nie pomaga.
Tymczasem Wieża jest już doskonale widoczna. Biała Figura, wyglądająca niczym jej malutki odpowiednik z gry wojennej, sunie majestatycznie nad wodą, zachowując idealny pion. Dumnej wędrówce towarzyszy jedynie szum rozchodzących się pod ustrojstwem fal.
Jest las, ale zbyt daleko. Z drugiej strony łąka – samobójstwo.
Białowłosa łapie mnie za rękę, po czym przywieramy do drzewa.
– To szaleństwo! – Co ona sobie myśli, że Wieża przeleci ot tak obok drzewa?
– Ona porusza się tylko w prostych liniach.
Zrozumiałem.
Ustawiliśmy się tak, by drzewo oddzielało nas od jeziora. Teraz pozostało już tylko czekać, aż Figura będzie nas mijać i w odpowiednim czasie przesunąć się dookoła pokrytej korą osłony, by pozostać niezauważonym.
– Skąd wiemy, z której strony będzie mijać drzewo? – Słyszę, że szum wody jest coraz głośniejszy.
– A skąd niby mam to wiedzieć? Improwizuję…
Cudownie.
Swoją drogą, skoro w czarnej połowie królestwa wieże stanowią zagrożenie, dlaczego tutaj nie są malutkie i potulne? Do kitu z takimi przeciwieństwami.
Ustrojstwo jest coraz bliżej, czuję to. Czuję też, bijące coraz szybciej, serce dziewczyny. Zaczynam stresować się jeszcze bardziej.
Bazowe prawdopodobieństwo wynosi 1:2, ale jeśli Figura leci nie do końca prostopadle… Do tego trzeba uwzględnić krzywizny drze…
Mocne szarpnięcie Siry. Zaczynam się już przyzwyczajać.
Czuję, jak chropowata, zimna kora nieprzyjemnie kole w plecy. Tuż przed sobą mam przylgniętą białowłosą, której twarz znajduje się kilka cali przed moją. Jej palce chyba wbiły się w drzewo, tuż przy moich ramionach. W innych okoliczn…
Zza pleców dobiega miarowe buczenie, co chwila rosnące i opadające. Wieża jest po drugiej stronie drzewa, zatrzymała się.
Analizuje.
Czuję się, jakbym zesztywniał. Perłooka towarzyszka również zdaje się jak z kamienia. Nawet oddychać przestała, czuję to doskonale po jej wydatny…
Natężenie dźwięku zmienia się. Wieża powoli mija drzewo, a następnie zaczyna poruszać się prostopadle w bok. Wygląda na to, że próbuje je „okrążyć”. Pozostaje nam przesuwać się tak, by nie zostać zauważonym.
Przywarci do pnia przemieszczamy się w ślimaczym tempie. Nie możemy być zbyt szybcy ani zbyt wolni, z tej odległości zostaniemy od razu dostrzeżeni, a ta Figura ma oczy dookoła… Baszty. Kwadratura zataczanego przez wieżę „koła” nie pomaga.
Każda chwila zdaje się rozwleczona niczym godzina, nie wiem ile czasu upłynęło.
Okrążyliśmy już drzewo do połowy. Wieża coś wyczuła, nie widzi nas, ale podejrzewa naszą obecność.
Za Sirą dostrzegam jakieś kształty. Zaraz, to latające wozy! Kilkanaście kroków od nas.
– Królewskie powozy, za tobą – szepczę białowłosej do ucha, możliwie najciszej.
Całe moje ciało przeszywa narastający pisk.
Wieża. Zostaliśmy wykryci.
Biegniemy ile sił w nogach. Wehikuły się naprawdę niedaleko. Nikt prócz urzędników lub samego króla, nie ryzykowałby tak bardzo. Nie w przypadku Wieży. Tylko im jest posłuszna.
Staram się przebierać nogami najszybciej jak potrafię. Kątem oka dostrzegam, że Figura wyleciała już zza drzewa i teraz kieruje się prosto na nas.
Sira wyprzedza mnie, podaje rękę. Staram się podążać za nią, jest naprawdę szybka! Nie daję rady.
Biegniemy po przekątnej, wymuszając na Wieży „schodkowaty” ruch. Jednak pomimo tego dzieli nas coraz mniejsza odległość. Nie zdążymy.
Źródła mocy trzech wehikułów jednocześnie wprawiają w zsynchronizowany ruch rzędy skrzydeł.
– Cholera! Oni odlatują!
Dwa latające wozy wystrzeliły w górę, jednak trzeci unosi się tuż nad ziemią. Kieruje się w naszą stronę.
Za plecami narasta pisk Wieży. Czuję, że znajdujemy się już w jej zasięgu.
Ciało zaczyna drętwieć, tracę czucie w palcach. Próbuję trzymać Sirę za rękę, ale kończyna odmawia posłuszeństwa.
Czuję wiatr skrzydeł wehikułu. Tak blisko.
Upadam, świat zaczyna wirować. Widzę białą ścianę. Zaraz, to sufit wehikułu!
Wygląda na to, że białowłosa wciągnęła mnie w ostatniej chwili. Oboje leżymy w dziwacznych pozycjach na tylnym siedzeniu. Po tak bliskim spotkaniu z Wieżą, zapewne nie zmieni się to w ciągu najbliższych godzin. Czuję jak paraliż pochłania coraz to nowe obszary ciała. Przez cały czas kontroluję oddech, mam nadzieję, że tak głęboko moc Figury nie sięgnęła.
Najważniejsze, że jesteśmy uratowani. Bezpieczni, w rządowym wehikule.
W końcu dowiem się, na czym polega ta moja wielka „misja”.
Ktoś obraca moją głowę. Nic nie czuję, nie mogę się też ruszać. Jedynie rejestrować obraz. Oby to była jakaś ładna pani urzędnik.
– Heh. I kogo my tu mamy? – Umięśnione ręce kierują mnie w taki sposób, bym patrzył prosto w oczy rozmówcy.
Moją jedyną reakcją jest teraz otwarcie oczu, do granic możliwości. Tuż naprzeciw mej twarzy promienieje uśmiech ogromnego Hagniego, dobrze mi znanego karczmowego króla przedmieścia.
******
Wehikuł, którym lecimy, jest jakiś inny. Zdecydowanie szybszy.
– Masz szczęście, Czarny. – Paskudna gęba Hagniego spogląda na mnie z szyderczym grymasem. W międzyczasie jedna z jego dłoni od niechcenia poklepuje pośladek Siry. Drań!
– Gdyby nie my, gryźlibyście glebę – kontynuuje drab, a ja jakoś nie czuję do niego wdzięczności. – Wieża się nie patyczkuje z nikim, pieprzony stróż prawa.
Hagni przypina mnie powoli do siedzenia, nie spieszy się. Okazuje się, że te tutaj są chyba specjalnie przystosowane do przewożenia gości naszego pokroju. Po kilku chwilach moje ręce i nogi są już elegancko przymocowane żelaznymi obręczami, w pełni gotowe do odzyskania czucia.
To samo robi z Sirą. Widzę tę jego paskudną gębę, sapiącą nad jej śliczną buzią, i czuję, jak cały drżę ze wściekłości, pomimo paraliżu.
– Gotowe. – Na twarzy draba gości triumfalny uśmiech. Takie złożone czynności chyba nie są jego mocną stroną. – Szef chce was widzieć. Po tym, jak daliście drapaka, pogadaliśmy se nieco z barmanem. Nie wiem, o co chodzi z jakimiś nadwornymi magami i groźbami królewskich psów, ale to nie moja działka. Ja mam przyprowadzić was do szefa i tylko to mnie obchodzi.
Wreszcie zamilkł. Taki słowotok, kto by pomyślał. Ciekawe, ile teraz będzie musiał odpoczywać.
Ukradkiem rozglądam się po wnętrzu latającego wozu. Gustowny wystrój, opływowe kształty. Właściwie nawet nie słychać pracy źródła mocy, i do tego ta szybkość. Rządowy gruchot, którym miałem okazję lecieć po czarnej stronie królestwa, to przy tym jakiś żart. Widać „szef” Hagniego opanował kwestie ściągania podatków do mistrzostwa, król mógłby się sporo nauczyć.
******
Dostaję oczopląsu. To takie nienaturalne.
Czarne dywany kontrastują z białymi podłogami i ścianami, świetlisty sufit zdobią mroczne żyrandole. Ciemne meble, jasne narzuty. Kręci mi się w głowie.
Drewniana, zwieńczona kulką laseczka co rusz uderza o lśniący parkiet.
– Witam krajana. Ta gołąbeczka to twój odpowiednik? Świat jest mały, nieprawdaż? – „Szef” zdaje się napawać własnym głosem. Biały, idealnie wyprasowany garnitur nieziemsko kontrastuje z czarną jak noc skórą. Skórą zupełnie jak moja.
– Spisałeś się, Hagni. – Elegant wykonuje niedbały gest, błyskając kunsztownym pierścieniem. – Przelecenie dwunastu mil i powrót bez uszkodzenia mojego wozu było nie lada wyczynem. Rozwijasz się, stajesz się coraz lepszy.
– Heh, dzięki, szefie.
Ironia nie najwyższych lotów, ale wielkolud i tak nie załapał. A może chciał jedynie zadowolić swego pana?
– Ale gdzie moje maniery? Żeby tak zapraszać kogoś takiego jak wy i nawet się nie przedstawić? – „Gospodarz” uchyla teatralnym gestem kapelusza. – Sir Otherthing. Do usług, drodzy goście. – Wskazuje na misternie rzeźbione krzesła. Wzrok Hagniego sprawia, że ani chwilę nie wahamy się, co do spełnienia niewypowiedzianej „prośby”.
Dyskretnie rozglądam się po sali. Oczy już nieco przyzwyczaiły się do feerii barw. Jak ten facet może wytrzymać wśród zmieszanych dwóch kolorów?
Dostrzegam kusznika. Dwóch, trzech. Gdzie indziej majaczy cień halabardy. Wygląda na to, że pilnuje nas więcej ludzi, niż zdawało się na pierwszy rzut oka. Mam nadzieję, że Sira nie będzie tym razem improwizować.
– Zacni przyjaciele. – Teatralny ton tego faceta coraz bardziej działa mi na nerwy. – Zebraliśmy się tu, ponieważ doszły do mnie plotki odnośnie tajnej akcji organizowanej przez samego, miłościwie panującego nam, króla. Dlatego też, jako wzorowy obywatel, poczułem się w obowiązku, by z pomocą mego seneszala Hagniego zaaranżować spotkanie.
Twarz „seneszala” przyjmuje dziwny wyraz. Widać, że biedaka męczy rozterka: wypiąć pierś i przyjąć pochwałę czy może pokornie spuścić głowę w ramach nagany?
– Pozwólcie zatem, że przejdę do rzeczy. – W duchu modlę się, żeby on nie mówił w ten sposób przez cały czas. – Za każdym razem, kiedy udaje mi się zlokalizować takich jak wy, Przemienionych, dowiaduję się, że król wysyła ich z pewną misją. Sęk w tym, że nie wszystkim wam podobnym leży na sercu interes Korony tak bardzo jak mnie, toteż nie zawsze nasza współpraca układa się owocnie. Dlatego też niezwykle raduje mnie fakt, że trafiłem na was, zacni przyjaciele. Tacy wspaniali goście z pewnością podzielą się ze mną wszystkim co wiedzą i nie będę musiał używać żadnej dodatkowej argumentacji. – Długie palce „szefa” powolnym ruchem zawijają i tak już kręcącego się wąsa.
Patrzymy sobie przez moment w oczy. Pomimo że w końcu trafiam na rodaka, jego spojrzenie jest dziwne. Obce.
– Wasza kolej, drodzy goście. – Wreszcie puszcza tego wąsa, znów zaczynam oddychać. – Wydaje mi się, że zasugerowałem wam już dostatecznie, że teraz czas, byście to wy mówili, a ja słuchał.
Sira mocno szturcha mnie w bok. Co to ma znaczyć? Mam mówić? Milczeć?
Kopnięcie. Czyli jednak mówić.
– Sir Otherthingu. – Mój głos brzmi po barwnej przemowie „gospodarza” nie lepiej, niż krakanie starego kruka. – Wiesz wszystko to, co my. Król wysłał nas, jak sam to określił, z misją ratowania kraju. Rozkazano mi znaleźć swojego odpowiednika. Wtedy wszystko miało stać się jasne. Sira towarzyszy mi już od jakiegoś czasu i… nadal nie wiemy, o co chodzi. Całość wygląda na opowieść wyjętą rodem z kiepskiej książki.
Ostatnią uwagę mogłem sobie darować.
„Szef” cmoka z dezaprobatą. Hagni rusza w moją stronę, lecz Sir powstrzymuje go gestem. „Seneszal” wraca na miejsce.
Przełykam ślinę.
– W takim razie pozostaje mi jedynie zachęcić was do czytania nieco am-bit-niej-szej literatury. – Znów zaczyna bawić się wąsem. – Rozumiem więcej, niż wam się wydaje, robaczki. Pytam jeszcze raz: jaki jest cel waszej podróży?
– Powiedziałem wszystko, co wiem.
Sala rozbrzmiewa śmiechem Otherthinga. Dźwięczny głos wypełnia pomieszczenie, odbijając się od ścian i tworząc istną kakofonię. Jednocześnie podwładni „szefa” zdają się reprezentować przeciwny biegun, nieruchomi i milczący niczym posągi.
Zapada nagła cisza.
– Przenosicie coś – szepcze Sir. – A ja chcę to mieć! – dodaje z dzikim wrzaskiem.
Wzdrygam się. Czy on jest zrównoważo… W jakim stopniu on jest szalony?
– Hagni. – Głos „szefa” znów kipi nonszalancją.
Drab szybko podchodzi do tronu i pociąga za jakiś sznurek, którego wcześniej nie zauważyłem. Z sufitu wysuwa się sporej wielkości mapa całego królestwa. Pieczołowicie wykonane rysunki, kunsztowne napisy. Jestem pod wrażeniem.
– Z moich… badań wynika, że wszyscy Przemienieni, prędzej czy później, zmierzają do tego miejsca. – Sir niedbałym gestem wskazuje na małą zatoczkę na południu, leżącą po białej części kraju, ale tuż przy granicy z czarną. – Udało mi się też ustalić, że coś przenosicie. Ale już spieszę z wyjaśnieniami, drodzy goście, wszak wasze pospolite umysły zapewne czują się nieco zdezorientowane. Nie chodzi o jakiś przedmiot, to coś bardziej subtelnego. W tej grocie musi być coś transcendentalnego i tylko wy jesteście w stanie to zdobyć. Zapewne trzeba będzie upuścić nieco krwi czy coś w ten deseń. Poradzicie sobie.
– A co jeśli odmówimy? – słodki głos Siry odbija się echem od czarno-białych ścian.
– Słucham? Odmówimy? – Sir teatralnie nadstawia ucho. – Nie, kochani. W moim planie nie ma nic o odmawianiu. Od teraz pieczę nad wami trzyma Hagni i jego ludzie. Dostaniecie ode mnie latające wozy i pieniądze. Zadbam o was jak należy, moi mili. Zaś mój seneszal będzie dla was sługą i strażnikiem. Od teraz jest do waszej dyspozycji, w ramach wykonywania moich poleceń oczywiście. Nalegam, zacni przyjaciele, niech nikomu nie przyjdzie do głowy mnie zdradzić. Brzydzę się krwią i przemocą… A teraz wybaczcie, szacowni goście, mam mnóstwo spraw na głowie. Nie zawiedźcie mnie.
Nagła ciemność. Czuję, jak brakuje mi powietrza. Zaraz, chyba mam worek na głowie.
Prowadzą nas. Właściwie nie wiem, co z Sirą.
Zmierzam do wyjścia z pałacu. Tak jak wcześniej, nie jest mi dane poznać, jak trafić do sali audiencyjnej.
******
Grota Mudan, tak się zwie.
Stoimy z Sirą tuż przed wejściem do jaskini. Wzdycham ciężko, gdy widzę wschodnią część horyzontu – czarną jak noc kreskę. Moją rodzinną połowę królestwa.
– Idziemy, gołąbeczki. Reszta czeka. – Słyszę za plecami głos Hagniego. Jakoś słabo wziął sobie do serca rozkaz bycia do naszej dyspozycji.
Obracam się. Nie idą z nami?
– Jaskinia nie ma rozwidleń – rzekł jeden z ludzi osiłka, ten od trzymania mapy. – Na końcu znajdziecie ścianę. Tam powinno czekać na was to… To, co macie znaleźć. Jeśli nie wrócicie po dobie, wkraczamy.
– Ale…
– Ruchy, ruchy! Szef nie lubi czekać – przerwał szorstko Hagni, podkreślając ostatnie zdanie kopniakiem.
Odskakuję, zdążyłem już nieco poznać jego maniery.
Wchodzę z Sirą do środka. Zewsząd otaczają nas ciemności, chłód i wilgoć.
Po chwili oczy przyzwyczajają się do mroku. Okazuje się, że jest tu nawet całkiem widno, spodziewałem się kompletnych ciemności.
– To bez sensu – odzywam się, gdy oddalamy na tyle, że tamci nas nie słyszą.
Korytarz przechodzi w dużą salę, całość zdaje się choć częściowo stworzona ludzką ręką.
– No tak, nie mielibyśmy dokąd odejść.
– Tylko dlaczego nie poszli z nami? – pyta Sira.
Do moich uszu dobiega dźwięk. Jakby szelest.
Hałas coraz bardziej przybiera na sile, aż w końcu przeradza się w bzyczenie, zupełnie jakby do jaskini wpadł rój wściekłych owadów.
– Ofiara! – krzyczymy jednocześnie.
„Upuścić trochę krwi”. Wszystko staje się jasne! Ten cały pieprzony Otherthing wierzy, że jeżeli umrzemy rytualną śmiercią, otrzyma… coś. Zapewne sam nie wie co! Jednak chce to mieć za wszelką cenę.
W mgnieniu oka sala wypełnia się drobnymi owadami przypominającymi ćmy. Jedne ciemne, drugie jasne.
Nie ma ucieczki.
Czarne insekty z szybkością błyskawicy obsiadają mnie ze wszystkich stron. Nim do reszty zakrywają mi głowę, dostrzegam uwięzioną przez biały rój Sirę.
Malutkie ząbki wbijają się w skórę. Irytujące łaskotanie przeradza się po chwili w piekący ból, zupełnie, jakbym cały płonął.
Upadam. Zaczynają miotać mną niekontrolowane drgawki.
Wstrzymuję oddech. Czołgam się w stronę dziewczyny, a przynajmniej tam, gdzie była jeszcze kilka chwil temu. Nim skonam, nim oszaleję z bólu, chcę chwycić ją za rękę. Choćbym miał czuć jedynie całun z owadów.
Wodzę dłonią po omacku. Czuję, jak krew spływa po skroniach. Insekty przegryzają się coraz głębiej, mokre są także moje plecy i nogi.
Złapałem!
Czuję dotyk delikatnej dłoni. Chcę coś powiedzieć, ale ćmy z powodzeniem szturmują mój nos i usta.
Moja dłoń uwalnia się. Czuję nadal pieczenie, ale chyba nie ma owadów. O co chodzi?
Instynktownie staram się pochwycić Sirę. Tysiące drobnych żuwaczek wgryzają się coraz głębiej.
Wreszcie czuję w dłoniach jej ramiona, przyciskam mocno. Ból w klatce ustaje. Chyba już wiem o co chodzi.
– Krew! – krzyczę, wypluwając insekty – Czarna krew zabija białe owady i na od…
Moja jama ustna staje się celem zmasowanego ataku. Czuję smak posoki.
To co chcę zrobić jest ohydne, ale nie mam wyboru.
Przytulam Sirę i całuję mocno, udając, że moje usta nie kryją dziesiątek insektów.
Całe moje ciało przeszywa mocny dreszcz. Owady w mojej buzi zniknęły, a właściwie zmieniły się w jakby… cukier puder?
Całuję ją, wodząc zakrwawionymi dłoniami po ciele i zrywając pozostałości ubrań. Jej krew koi moje rany, niszcząc jednocześnie krwiożercze ćmy. Wygląda na to, że moja wykazuje analogiczne działanie.
Leżymy nadzy w wielkiej jaskini, wśród czarno-białego pudru.
– Skąd wiedziałeś, że nasza krew ma takie właściwości? – Słodki głos perłookiej odbija się delikatnym echem.
– Improwizowałem…
Delikatnie gładzę jej policzek, potem schodzę niżej.
Rzuca się na mnie.
– Czy-czy na pewno powinniśmy? – dukam – W końcu to jakby kazirodztwo…
Kładzie mi palec na usta.
– Potraktuj to jako wieczorną chwilę dla siebie.
Czuję jej ciepło, jej oddech. Mam wrażenie, że bicie naszych serc wygrywa tę samą melodię. Niczym dwie ciecze, czarna i biała, wirujemy i stajemy się jednym.
******
Otwieram oczy. Gdzie ja jestem?
Widzę pałac czarno-białego króla. Spoglądam na dłonie, jedną ciemną, drugą jasną. Król miał rację, wszystko stało się zrozumiałe.
– Wasza wysokość? – podchodzi do mnie jakiś urzędnik, świetlisty. Obok stoi jego mroczny odpowiednik.
– Cieszymy się, że znów czujcie się dobrze – dodaje drugi – ostatnio wyglądaliście dość… niewyraźnie.
Słowa dygnitarza przywodzą mi na myśl króla, kiedy to widziałem go siedzącego dumnie na tronie. Miałem… Miałam? Miałom? Później się nad tym zastanowię.
W każdym razie wydawało mi się, że jego ciało prześwituje. Nie było mi dane rozumieć wtedy tak wiele rzeczy.
Grota Mudan. Kochając się w jaskini staliśmy się jednym. Jestem teraz kompletnym bytem, białą Sirą i czarnym Arisem. Posiadam wspomnienia obojga i jestem w takim samym stopniu każdym z nich. Jestem czernią i bielą jednocześnie, mądrzejszy niż każde z osobna. Dlatego to właśnie ja muszę rządzić państwem.
Dopiero teraz mogę pojąć odwieczny cykl. Jednocześnie wiem, jaka czeka mnie cena za Dopełnienie. Znam wiszące nade mną widmo, czuję, jak z każdą chwilą moje ciało ulega dezintegracji. Mam jeszcze czas, pozostało mi kilkadziesiąt lat. Odwieczny cykl. Zdaję sobie sprawę z czegoś jeszcze. Widzę wyraźnie pewne miejsce z przyszłości.
Przywołuję gestem urzędników.
– Zbierzcie Wielką Radę – rozkazuję – za dwadzieścia dwa lata pojawią się następni Przemienieni. Czas omówić wstępne przygotowania.
ARHIZ
Coś jest nie tak…
Środek nocy. Siadam na łóżku, czując, jak uczucie senności staje się jedynie wspomnieniem.
Fala bólu przeszywa moją prawą dłoń, która pali, jakby co najmniej spotkała się z żywym ogniem.
Zaciskając zęby, spoglądam na rękę i widzę… jej kolor. Ból ustaje.
Barwa jest doskonale zauważalna nawet o tej porze, w ciemnościach. Nieskalana biel kontrastuje z resztą mojego ciała, z pościelą, ze ścianami, z tym, co jest za oknem. Z całą czarną połową królestwa.
Serce zaczyna mocniej bić.
– Czy oni już wiedzą? – mówię sam do siebie, jednak to tylko potęguje niepokój.
Słyszę pukanie, właściwie walenie w drzwi. Cholera, mogłem nie zadawać tego pytania.
– Otwierać! Królewska straż! – ryczy ochrypły głos, który przywodzi na myśl bardziej wściekłego pijaczynę niż przedstawiciela Korony.
Zrywam się na równe nogi. Nim dobiegam do drzwi, te wylatują z futryny.
Łomot. Wchodzi cała trójka, nie czekając nawet, aż opadnie kurz. Jeden z nich bezceremonialnie chwyta mnie za rękę, niemalże ją wykręcając. Przez chwilę ogląda znamię, po czym odrzuca ze wstrętem dłoń.
– Przemieniony. – Słyszę ciche warknięcie.
Nie da się ukryć, jestem nim. Biel mojej ręki, barwa kontrastująca ze wszystkim, od strażników począwszy, na drzewach za oknem skończywszy, stanowi niezbity dowód.
– Piętnaście minut na zebranie rzeczy osobistych. – Dźwięczy mi w uszach beznamiętnie wypowiedziana formułka.
W panice rozglądam się po pokoju, zakładając w międzyczasie, także kontrastujące z dłonią, spodnie. Nie mam pojęcia, co chcę i powinienem zabrać. Gdy ruszam w stronę łazienki po szczoteczkę, jeden z przybyszy zagradza mi z triumfalnym uśmieszkiem drogę, prezentując zdrowe, czarne jak noc uzębienie.
Zrezygnowany zarzucam na siebie płaszcz i chowam do kieszeni portfel. Nim kończę zakładać pierwszy but, strażnicy dają mi do zrozumienia, że według ich jedynego słusznego pomiaru czasu, piętnaście minut minęło.
Gdy tylko zawiązuję sznurówki, jeden ze strażników niesubtelnie chwyta mnie za ramię i równie nieelegancko wyprowadza z mieszkania. Czuję, jak twarde niczym stal paluchy wbijają się w moje ciało. Napinam mięśnie, jakby w odpowiedzi – to jedyny wyraz buntu, na jaki mogę sobie w tej chwili pozwolić.
Przed wyjściem czeka już na nas powietrzny powóz. Gdy tylko wsiadam do środka, a właściwie zostaję wrzucony, od razu uruchamiają się mechaniczne skrzydła. Siedzę skurczony pomiędzy dwoma zakutymi w czarną stal strażnikami.
– No, mości królewno – rzecze trzeci, pełniący teraz rolę pilota – czas na wycieczkę do Czarno-białego Pałacu.
Lecimy coraz szybciej, coraz wyżej. Pomimo barczystej „obstawy”, okna są na tyle duże, że mogę spokojnie obserwować rozciągającą się pod nami czarną stronę królestwa, gdzie zapewne każdy praworządny obywatel smacznie śpi. Może z wyjątkiem tych, którzy akurat obudzili się ze znamieniem, ich uczciwość jest przecież bez znaczenia.
– Co teraz ze mną będzie? – pytam niepewnym tonem.
– Ślub, królewno, ślub – odpowiada pilot.
Reszta wtóruje mu głośnym, lecz podejrzanie krótkim rechotem. Zupełnie, jakby tak naprawdę nikomu nie było do śmiechu.
– Jedyną osobą w tym kraju, która ma prawo posiadać oba kolory, jest król – dodaje zakuty łeb po prawej stronie, obracając nieznacznie głowę… lub cokolwiek, co znajduje się pod tą grubą warstwą czarnej stali.
Przed oczami staje mi sytuacja sprzed dziesięciu lat. Dawne wspomnienie nabiera wyrazu, mam wrażenie, jakbym ledwo wczoraj obserwował z okna, jak straż wyprowadza mojego sąsiada, Darkclocka spod czwórki. Później ludzie gadali, że został Przemienionym. Nie wiem, ile w tym było prawdy, ale jednego jestem pewien: nigdy później go nie widziałem.
Lądujemy. Wehikuł cicho opada na ziemię. Spodziewałem się jakiegoś szarpnięcia, czegokolwiek, co zwiastowałoby koniec podróży. Tymczasem osiedliśmy lekko niczym piórko. W innych okolicznościach byłbym zachwycony tą, bądź co bądź, pierwszą w życiu przejażdżką powietrznym powozem.
Wychodzimy. Dopiero teraz dostrzegam granicę mrocznej połowy królestwa. Widzę przed sobą idealnie równą, ciągnącą się aż po horyzont świetlistą linię, za którą rozpościera się rażąca w oczy biała część państwa. Biała zupełnie jak moja dłoń.
Prawica strażnika znów zniewala moje ramię choć tym razem nieco delikatniej. Chyba wszyscy czujemy się dość nieswojo, idąc tuż obok morza bieli. Obok krainy, w której żaden z nas nie chciałby się znaleźć.
Wchodzimy na długą, brukowaną drogę. Granica obu części państwa biegnie dokładnie pośrodku, toteż prawa połowa traktu jest barwy mleka, lewa zaś połyskuje ebonitem. Na końcu widnieje królewski pałac, idealnie symetryczny. Jedna strona oślepia bielą, druga zdaje się ledwo widoczna na tle nocy.
Idziemy w milczeniu, aż w końcu stajemy tuż przed czarno-białymi wrotami.
– Jest wasz – rzuca od niechcenia pilot, klepiąc mnie na odchodne w plecy.
– Pójdziecie za mną, Arisie Darkcloud – zagrzmieli jednocześnie obaj odźwierni, jeden jasny, drugi ciemny, każdy stojący po odpowiedniej stronie.
Wrota otwierają się z łoskotem. Idę po dwukolorowym dywanie, mijając rzędy zdobionych kolumn. Marmurowych po prawej, ze skały wulkanicznej po lewej. Coś mi mówi, że lepiej nie oglądać się za siebie i grzecznie podążać jedyną słuszną drogą, ku tronowi.
– Wyjść! – zagrzmiał donośny, lecz na tyle delikatny głos, że mógłby także uchodzić za żeński.
Odruchowo zatrzymuję się, rozmyślając, czy mnie także nie obejmuje rozkaz władcy.
– A ty podejdź bliżej, Przemieniony – dodaje król o wiele łagodniejszym tonem, rozwiewając moje wątpliwości.
Zastanawiam się, dlaczego właściwie w opowieściach władca mówi zazwyczaj basem, skoro rzeczywista barwa jego głosu jest inna. Skupienie się na sprawach tego typu mnie uspokaja. Gdy już mam wrażenie, że w mej duszy pojawia się cień komfortu, słyszę donośny trzask zamykanych drzwi i uświadamiam sobie, że jestem sam na sam najważniejszą osobą w państwie.
Podchodzę niepewnie, starając się wyczuć, co dokładnie znaczy „bliżej”. Nie mogę oderwać spojrzenia od majestatu jego wysokości, który, podobnie jak tron, jest w połowie jasny niczym świeże mleko, co niezwykle kontrastuje z ciemniejszą stroną, przywodzącą na myśl bazalt.
– Wa… – urywam, zdając sobie sprawę, że to raczej władca powinien rozpocząć rozmowę. Ten jednak zachęca mnie gestem, uśmiechając się lekko. Dostrzegam dwukolorowy rząd zębów.
– Wa-wasza wysokość, jestem Prze-przemieniony… – wydukałem.
– Zauważyliśmy. – Król sprawia wrażenie lekko rozbawionego. – Nie, nie zostaniesz stracony – dodał, uprzedzając pytanie, które od początku próbowałem zadać.
Biała ręka monarchy przywołuje mnie gestem, jeszcze bliżej, podczas gdy czarna majestatycznie gładzi dwubarwną brodę. Kiedy dzieli nas już ledwie długość strzały, dostrzegam, że ciało króla jest lekko prześwitujące.
– Nie obawiaj się. – Władca pochyla się w moją stronę, mówi teraz niemal szeptem. – Celowo rozpuściliśmy plotkę o rzekomych egzekucjach Przemienionych, by umożliwić im wykonywanie swojego zadania. A teraz słuchaj uważnie: od ciebie zależą losy Korony i całego kraju. Pójdziesz na białą stronę królestwa i tam spotkasz się ze swoim odpowiednikiem. Później wszystko stanie się dla ciebie jasne. Przyszłość tych ziem leży w twoich rękach.
Mam wrażenie, jakbym dostał czymś gumowym w głowę. Chcę zadać pytanie, dowiedzieć się o co chodzi, jednak język odmawia posłuszeństwa.
Czuję na ramieniu czyjąś dłoń. Obracam się. Widzę zakapturzoną postać w długiej szacie, całą białą. Czarownik wyciąga wahadełko. Moje oczy, wbrew woli, wodzą za malutkim medalionem koloru śniegu. Obraz staje się coraz bardziej rozmyty. Pozostaje tylko czysta, nieskalana biel.
******
Otwieram oczy. Odruchowo mrużę powieki, broniąc się przed wszędobylską jasnością, która wdziera się aż do wnętrza czaszki. Moje ciało, choć czarne, zdaje się teraz świecić… z wyjątkiem jednej z dłoni, oczywiście.
Siadam na łóżku, powoli pojmując, że jednak nie śnię. Że faktycznie spotkałem króla, który bez słowa wyjaśnienia wysłał mnie do białej części kraju, bym, niczym w kiepskiej książce, ratował świat. Problem w tym, że to dzieje się naprawdę.
Wstaję, czując, jak oczy powoli przyzwyczajają się do wszechobecnej jasności. Czuję lęk, niepokój, a moja kuriozalna „misja” w żadnym razie nie pomaga.
Po dłuższym namyśle podejmuję ryzyko i otwieram drzwi.
Kręte schody wiodą mnie wprost na dół. Przytrzymuję się poręczy, z trudem lokalizując w morzu bieli poszczególne elementy zejścia. Trafiam w końcu do dość obszernej izby, która przypomina karczmę. Niepokoi mnie żarzące się w samym środku palenisko, tylko Biały mógł wpaść na tak nieodpowiedzialny pomysł.
– Witam czarnego gościa – dobiega do mnie głos barmana. Chyba.
Niemrawo podchodzę do lady, mijając po drodze kilku zaciekawionych bywalców. Bogowie, oni wszyscy wyglądają identycznie.
– Nie wiem, kim jesteś, Czarny, ale wczoraj było tutaj kilku ważniaków od króla. – Całe szczęście, że chociaż gospodarz wyróżniał się imponującymi wąsami. – Nie chcę żadnych kłopotów, obcy. Zabierz, co potrzebujesz i wynoś się, nim sprowadzisz na nas problemy.
W żołnierskich słowach proszę o jadło na drogę. Przypuszczam, że moja karta przetargowa „ratuję świat” niezbyt poprawiłaby przychylność karczmarza, toteż postanawiam zachować ją na inną okazję.
Chcę zbierać się do drogi, nie mając oczywiście pojęcia, dokąd zmierzam.
Łoskot otwierających się drzwi.
Stojący w nich dryblas wyprostował się nagle, zupełnie jakby dostał nożem w plecy. Coś mi mówi, że stało się to dokładnie wtedy, gdy mnie spostrzegł. Nie chcę, by Coś mówiło do mnie więcej.
– Co do… A ty czego tu szukasz? – Na parszywej gębie przybysza gości równie zacny uśmieszek.
– Zostaw go, to człowiek króla. – W tym momencie zaczynam darzyć barmana sympatią.
Wielkolud wchodzi powoli do izby, tuż za nim pojawiają się jeszcze trzy draby, zapewne przyboczni.
– Ty, barman! Chyba zapomniałeś, kto jest królem tej dzielnicy. – Faceta aż nosi.
Trafiłem do jakiejś speluny będącej terytorium lokalnego władcy przedmieścia. Cudownie.
– Hagni, wszyscy nie chcemy kłopotów. – Głos barmana staje się coraz mniej opanowany. – Przysłała go Korona, rozumiesz? Daj mu spokój.
Nie rozumie.
Dryblas wykonuje niezrozumiały gest. Chwilę później jego towarzysze stoją już przy szybach. Powietrze wypełnia dźwięk tłuczonego szkła. Typy radośnie wymachują kijami, rozkoszując się sensem życia, pomimo że po oknach zostały już tylko potłuczone szkła. Jeden, zapewne dla podkreślenia wagi dokonanego dzieła, uderza dodatkowo z impetem w blat.
Herszt bandy długim susem przeskakuje palenisko, by w mgnieniu oka znaleźć się tuż przede mną. Jest bardzo szybki, jak na kogoś o takich rozmiarach. Zbyt szybki.
– Czyżbyś zapomniał, komu płacisz za ochronę? Co, wąsalu? – Pomimo że Hagni mówi do barmana, cały czas wpatruje się we mnie. – Więc lepiej się nie wtrącaj, to może się zastanowię jeszcze nad kwestią obniżenia, heh, podatku.
Co tam król, to lokalni bandyci rządzą w mieście.
Wkładam białą rękę do kieszeni, próbując nie komplikować dodatkowo sytuacji.
– No dobra, czarny przyjacielu. – Biali nie są jednak tacy sami. Dowodem niech będzie paskudna gęba Hagniego. – Może pokażesz nam, jak skaczesz przez palenisko? To taki nasz zwyczaj na mieście. Słyszałem, że wy, Czarni, jesteście tchórze.
– Jesteśmy po prostu ostrożni – odpowiadam, starając się zapanować nad głosem. Czuję, że się pogrążam.
– Jesteśmy po prostu ostrożni – odpowiada tamten, parodiując mój sposób mówienia. Odpowiada mu salwa śmiechu, co gorsza, także spośród pozostałych bywalców. Wspaniale.
– Tchórze! – Na twarzy dryblasa maluje się coś pomiędzy radością a gniewem. – Wy, Czarni, chowacie się tylko po kątach. Się wcale nie znacie na odwadze. Tylko gadacie na nas, Białych. Myślisz, że nie wiem, że patrzysz na nas z góry? Że każdy jasnoskóry jest dla ciebie debilem?
Hagni zbliża się, prezentując połyskujący w świetle paleniska długi nóż.
– Myślisz, że nie wiem co se myślisz? O nas wszystkich? – Czuję na policzku zimno stali. Zbir przejeżdża powoli tępą stroną ostrza w dół twarzy, pozorując na koniec poderżnięcie gardła.
– Skacz! – Wskazuje nożem na palenisko. Czuję ulgę, że nie mam już brzytwy przy twarzy.
Spoglądam na kamienny prostokąt, w obrębie którego dziko tańczą płomienie. Nie mam szans.
Huk.
Wszędzie biały dym. Nic nie widzę.
Czuję, jak opary wdzierają się do dróg oddechowych. Duszę się.
Coś zamajaczyło, jakiś kształt. Długowłosa istota, niewiele ciemniejsza niż wszechobecne opary. Coś trzyma w ręku, tkanina?
Odbieram czym prędzej materiał i, starając się wyprzedzić kolejny wdech, przykładam do ust. Nie wiem co to jest, ale działa zadziwiająco dobrze. Choć nadal czuję pieczenie, oddech nie stanowi już sadystycznego wyzwania.
– Za mną, szybko. – Głos niewiasty wydaje się dziwnie znajomy. Delikatna dłoń chwyta stanowczo moją rękę. Kobieta rusza w górę schodów, ciągnąc mnie z siłą o wiele większą, niż bym się spodziewał. Ledwo jestem w stanie dotrzymać kroku mojej, mam nadzieję, wybawicielce.
– Ty! Już nie żyjesz, Czarny! – Hagni nie zamierza odpuścić.
Biegniemy w górę krętymi schodami. Pod nami rozlega się tupot. Wygląda na to, że moi nowi przyjaciele już się stęsknili.
– Na trzy skaczemy.
Patrzę pytająco na długowłosą, łudząc się, że nie mówi o dużym, widniejącym przed nami oknie.
– Razdwatrzy! – Silne pchnięcie i jestem na zewnątrz.
Drugie piętro, złamani…
Szelest. Pył.
Gdzie ja jestem? To stóg siana!
Wiotka dłoń ponownie wbija mi w rękę drobne palce. Potykam się nieporadnie, kiedy niewiasta znów zmusza mnie do biegu.
– Już niedaleko. – Rzuca mi krótkie spojrzenie i wskazuje na latający powóz.
Wsiadamy. Dziewczyna wciska kilka przycisków. Po chwili stalowe skrzydła zaczynają się poruszać. Wehikuł ostro rusza w górę.
– Widzę, że nieźle to sobie obmyśliłaś – przyznaję z aprobatą.
– Improwizowałam. – Długowłosa posyła mi nerwowy uśmiech, po czym skupia się na kontrolce.
– Ale powóz przygotowałaś?
– Co? Nie, tym przyleciał tamten duży.
– Ale potrafisz tym latać?
– Pierwszy raz oglądam to od wewnątrz…
– Aha…
Rozmowę przerywa mocne szarpnięcie, zupełnie jakby pani pilot niedowierzała, że w pełni uznaję jej brak kompetencji. Wehikuł przechyla się coraz bardziej na bok. Przez okno widzę niepokojąco szybko zbliżającą się ziemię.
– Zrób coś! – krzyczę, chyba tylko dla rozładowania emocji.
– Przecież próbuję!
Nieznajoma zaciska zęby. Na jej kredową twarz opadają niesforne kosmyki mlecznobiałych włosów. Wygląda przeuroczo… Na czym ja się skupiam!? Rozbijemy się!
Kolejny wstrząs.
Chyba zahaczyliśmy o drzewo. Mam wrażenie, że straciliśmy jedno z lewych skrzydeł. Maszyna z każdą chwilą gwałtownie zniża lot. Na twarzy mojej wybawicielki maluje się coś na pograniczu manii i skupienia.
Spadamy.
Czuję, jak serce podchodzi mi do gardła, a i żołądek nie odpuszcza. Ziemia jest coraz bliżej.
Już po nas!
Białowłosa z głośnym stęknięciem pociąga drążek do siebie, podrywając na chwilę latający powóz.
Trzask łamanych skrzydeł. Kadłub uderza w ziemię. Chwilę później maszyna przewraca się na bok.
Leżę wśród białych loków, czując, jak całe ciało przeszywa gorący ból, zupełnie jakby ktoś wlał mi do kręgosłupa wrzątek. Głowa również daje się we znaki, ale chyba jednak nic mi nie jest. Inaczej nie skupiałbym się tak bardzo… na niej.
Jestem tuż przy pergaminowej twarzy. Słyszę nerwowy, urywany oddech.
– Wszy-wszystko w porządku? – pytam niemrawo, próbując przyjąć mniej nachalną pozycję. Niestety ułożenie kadłuba skutecznie mi to uniemożliwia.
Nieporadnie podpieram się rękoma. Moja głowa jest teraz kilkanaście cali nad jej trójkątną buzią. Dłonie opieram tuż obok policzków wybawicielki. Moja czarna ręka wygląda tak nienaturalnie przy jej mlecznobiałej skórze.
Spoglądam na drugą rękę, mającą identyczną barwę co gładkie lico kobiety. A już niemal zapomniałem, że jestem Przemienionym.
Niewiasta powoli otwiera oczy. Długie rzęsy odbijają się w białej tęczówce, przywodząc na myśl gwiazdę. Gdy wpatruję się w głębiej, dostrzegam swoje, ciemne niczym węgiel, odbicie.
Dziewczyna powoli otwiera usta. Jasne wargi delikatnie drgają. Czuję, jak nasze serca zaczynają bić coraz szybciej.
– Długo jeszcze będziesz na mnie leżał i się gapił, zboku!?
******
Siedzimy nad niewielkim, malowniczym jeziorkiem. Rozbity wehikuł idealnie wpasowuje się w krajobraz, dodając szumiącym drzewom szczyptę niebanalności.
Opieram dłonie o powalony konar i wpatruję się w taflę oczka. Zastanawiam się, jak Biali odróżniają zwykłą wodę od, powiedzmy, mleka.
– Musisz uchodzić w swojej krainie za niezwykle bystrego. – Dziewczyna patrzy na mnie, poprawiając grzywkę.
– Emmm, cóż, my Czarni słyniemy nie tylko z rozwagi, ale także ze spostrzegawczości – odpowiadam niepewnie. Coś mi mówi, że to nie był komplement, a ja nauczyłem się już, że kiedy Coś coś mówi, to Czegoś warto słuchać.
Nieznajoma poprawia grzywkę jeszcze raz, i jeszcze raz. Nie zwracam na to większej uwagi, wpatrując się w niesamowite oczy i pełne usta. Oblizała się?
Nagle na mojej twarzy ląduje jej dłoń.
Czarna! Jej dłoń!
– Bogowie!
Odskakuję jak oparzony.
– Ty… Ty jesteś… Jak ja!
Dziewczyna przewraca oczami.
– Kiedy zauważyłaś? – Próbuję brzmieć możliwie inteligentnie.
– Spałam w pokoju nad tobą, kiedy obudził mnie hałas. Zobaczyłam ludzi króla, nadwornego maga i jakiś pakunek. Poczekałam aż pójdą, grzech byłoby nie sprawdzić.
– Pakunek, powiadasz?
– Wyglądało na to, że królewskim zależało na braku zamieszania. Zakradłam się, gdy tylko opuścili twój pokój. Słyszałam też, jak odbyli z barmanem krótką, lecz treściwą rozmowę.
– Zaraz… Weszłaś tuż po tym, jak wyszedł czarownik? Nie obawiałaś się pułapek? Ani tego, że ktoś może wrócić?
– Och, wy Czarni naprawdę jesteście tacy tchórzliwi, jak mówią.
– Och, o waszej lekkomyślności też raczej nie zmyślają. – Kończę z wymuszonym uśmiechem. – Oczywiście są wyjątki – dodaję. W końcu nie chcę jej podpaść.
– Lizus.
Znów poprawia grzywkę. Jej czarna dłoń wygląda zupełnie, jakbyśmy…
– Też ci to chodzi po głowie? – Dziewczyna uroczo przechyla głowę. – Zupełnie, jakbyśmy zamienili się tymi rękami. – Porusza lekko palcami.
– Sugerujesz, że jesteśmy swoimi odpowiednikami?
– A masz jakieś wątpliwości, bystrzaku?
– A płeć?
– Ponoć czarnoskórzy mają analityczne umysły. – Przypominające krople wielkie oczy stają się teraz małymi szparkami. Faktycznie, dziewczyna ma rację. W końcu odmienna płeć również świadczy o przeciwieństwie.
– Jak cię zwą, moje mroczne alter-ego? – Puszcza do mnie oczko. Podoba mi się to przezwisko.
– Aris Darkcloud. – Próbuję brzmieć nonszalancko. Chichot dziewczyny sugeruje, że niezbyt mi się udaje. Jej białe zęby wyglądają tak nienaturalnie.
– Sira Thundersky.
Delikatnie ściskam czarną jak noc dłoń. Oboje wpatrujemy się w swoje ręce. Mam wrażenie, że część mojego ciała należy do kogoś innego. Czuję się naprawdę dziwnie.
– Jak było z tobą? – pytam.
– Po tym, jak zostałam Przemienioną? – odpowiada tonem właściwym dla opisu codziennych czynności. – Normalnie. Obudziłam się rano i poczułam, że jestem inna, nastąpiła zmiana. Udałam się więc, zgodnie z tradycją, na poszukiwanie swojego odpowiednika. Coś sprawiło, że pojawiłam się właśnie w Tej karczmie, właśnie w Tym czasie. Cudowne, nieprawdaż?
Moja szczęka lekko opada. Próbuję odpowiedzieć, jednak język odmawia posłuszeństwa.
– Co z tobą? Chyba nie chcesz powiedzieć, że u was, Czarnych, trzeba siłą wywlekać z łóżek, po czym sam król rozkazuje wam szukać swego odbicia z drugiej części kraju?
Zapada niezręczna cisza.
– Ale dostałaś misję od króla? – pytam niepewnie.
– Od kogo!? A co, musimy ratować świat?
Patrzę w dół, czując, jak czubki butów stają się dla mnie czymś na kształt azylu.
Sira uspokaja się.
– Słuchaj, chcesz powiedzieć, że król kazał ci ratować świat? – Jej ton zdaje się być kunsztowną mieszanką rozbawienia i ciekawości.
– Powiedzieli mi, że ode mnie zależą losy kraju i Korony oraz, że mam cię odnaleźć…
– Aha, czyli ja mam być tą przygłupią, słodką pomocnicą głównego bohatera? Mogę ci się rzucić na szyję?
W mojej głowie szybko powstaje odpowiedni scenariusz. Szczerze mówiąc, nie obraziłbym się.
Nagłe uderzenie w czoło.
– Aua!
– Co ci się w tym łbie kotłuje, co? Zbok!
– No dobra. – Już nawet nie próbuję brzmieć nonszalancko, tym bardziej inteligentnie. – A co mówi ta wasza tradycja? Po co szukacie swojego odpowiednika?
– Jak po co? – Rozbawiony ton perłookiej przyjął teraz barwę szczerego zdziwienia. Chociaż coś. – No przecież tego nikt nie wie. O to w tym wszystkim chodzi, żeby podążać w nieznane, przyjmować to, co zgotuje nam los.
– Ach tak…
Czegokolwiek nie mówić o słabych książkach na temat ratowania świata, tam jednak bohaterowie zawsze wiedzą, przynajmniej z grubsza, co powinni zrobić. Może zatem nasza opowieść nie jest taka zła?
Dziewczyna wiesza się na moim ramieniu.
– Zatem co teraz, mój bohaterze? – Modulowany ton nie pozostawia wątpliwości, że mam do czynienia z sarkazmem. Mimo wszystko jest mi przyjemnie. Uśmiecham się.
– Zbok! Zbok i fetysz! – Na twarzy dziewczyny gości sztuczne oburzenie.
– Mówi się: fetyszysta. Fetysz to przedmiot – poprawiam.
– No niech ci będzie, w końcu sam najlepiej wiesz, co tam po nocach robisz.
Zrywa się dziwny, gwałtowny wiatr.
– Coś mi mówi…
– Że powinniśmy się stąd wynosić.
Dostrzegam ruch po drugiej stronie jeziora. Biały, wydłużony kształt, niczym pionowa kreseczka. Po kilkunastu oddechach przestaję się łudzić – to zbliża się, leci nad wodą wprost na nas.
– Sira? – Mam złe przeczucie.
– Tak? – Dziewczyna nie odrywa wzroku od tajemniczego obiektu.
– Czy też czasem tak masz, że słyszysz w środku głowy taki wewnętrzny głos. Że Coś ci… coś mówi i później to się dzieje?
– Taak. – Słyszę wahanie w jej głosie, ale uznaję to za potwierdzenie.
– Bo Coś mi mówi, że to…
– Wieża. – Sira dokańcza zrezygnowany tonem. – Na bogów, Wieża! Musimy się schować!
Podskakuję jak poparzony. Rzeczywiście, wpatrujemy się w nadlatującą Figurę zamiast działać.
Rozglądamy się pośpiesznie. Potrzebujemy schronienia. Czegoś, co nie przyciągnie uwagi Wieży. Wehikuł odpada, jest nowym elementem otoczenia. Szukam jakiegoś kamienia, kłody, gałęzi, czegokolwiek. Wszechobecna biel nie pomaga.
Tymczasem Wieża jest już doskonale widoczna. Biała Figura, wyglądająca niczym jej malutki odpowiednik z gry wojennej, sunie majestatycznie nad wodą, zachowując idealny pion. Dumnej wędrówce towarzyszy jedynie szum rozchodzących się pod ustrojstwem fal.
Jest las, ale zbyt daleko. Z drugiej strony łąka – samobójstwo.
Białowłosa łapie mnie za rękę, po czym przywieramy do drzewa.
– To szaleństwo! – Co ona sobie myśli, że Wieża przeleci ot tak obok drzewa?
– Ona porusza się tylko w prostych liniach.
Zrozumiałem.
Ustawiliśmy się tak, by drzewo oddzielało nas od jeziora. Teraz pozostało już tylko czekać, aż Figura będzie nas mijać i w odpowiednim czasie przesunąć się dookoła pokrytej korą osłony, by pozostać niezauważonym.
– Skąd wiemy, z której strony będzie mijać drzewo? – Słyszę, że szum wody jest coraz głośniejszy.
– A skąd niby mam to wiedzieć? Improwizuję…
Cudownie.
Swoją drogą, skoro w czarnej połowie królestwa wieże stanowią zagrożenie, dlaczego tutaj nie są malutkie i potulne? Do kitu z takimi przeciwieństwami.
Ustrojstwo jest coraz bliżej, czuję to. Czuję też, bijące coraz szybciej, serce dziewczyny. Zaczynam stresować się jeszcze bardziej.
Bazowe prawdopodobieństwo wynosi 1:2, ale jeśli Figura leci nie do końca prostopadle… Do tego trzeba uwzględnić krzywizny drze…
Mocne szarpnięcie Siry. Zaczynam się już przyzwyczajać.
Czuję, jak chropowata, zimna kora nieprzyjemnie kole w plecy. Tuż przed sobą mam przylgniętą białowłosą, której twarz znajduje się kilka cali przed moją. Jej palce chyba wbiły się w drzewo, tuż przy moich ramionach. W innych okoliczn…
Zza pleców dobiega miarowe buczenie, co chwila rosnące i opadające. Wieża jest po drugiej stronie drzewa, zatrzymała się.
Analizuje.
Czuję się, jakbym zesztywniał. Perłooka towarzyszka również zdaje się jak z kamienia. Nawet oddychać przestała, czuję to doskonale po jej wydatny…
Natężenie dźwięku zmienia się. Wieża powoli mija drzewo, a następnie zaczyna poruszać się prostopadle w bok. Wygląda na to, że próbuje je „okrążyć”. Pozostaje nam przesuwać się tak, by nie zostać zauważonym.
Przywarci do pnia przemieszczamy się w ślimaczym tempie. Nie możemy być zbyt szybcy ani zbyt wolni, z tej odległości zostaniemy od razu dostrzeżeni, a ta Figura ma oczy dookoła… Baszty. Kwadratura zataczanego przez wieżę „koła” nie pomaga.
Każda chwila zdaje się rozwleczona niczym godzina, nie wiem ile czasu upłynęło.
Okrążyliśmy już drzewo do połowy. Wieża coś wyczuła, nie widzi nas, ale podejrzewa naszą obecność.
Za Sirą dostrzegam jakieś kształty. Zaraz, to latające wozy! Kilkanaście kroków od nas.
– Królewskie powozy, za tobą – szepczę białowłosej do ucha, możliwie najciszej.
Całe moje ciało przeszywa narastający pisk.
Wieża. Zostaliśmy wykryci.
Biegniemy ile sił w nogach. Wehikuły się naprawdę niedaleko. Nikt prócz urzędników lub samego króla, nie ryzykowałby tak bardzo. Nie w przypadku Wieży. Tylko im jest posłuszna.
Staram się przebierać nogami najszybciej jak potrafię. Kątem oka dostrzegam, że Figura wyleciała już zza drzewa i teraz kieruje się prosto na nas.
Sira wyprzedza mnie, podaje rękę. Staram się podążać za nią, jest naprawdę szybka! Nie daję rady.
Biegniemy po przekątnej, wymuszając na Wieży „schodkowaty” ruch. Jednak pomimo tego dzieli nas coraz mniejsza odległość. Nie zdążymy.
Źródła mocy trzech wehikułów jednocześnie wprawiają w zsynchronizowany ruch rzędy skrzydeł.
– Cholera! Oni odlatują!
Dwa latające wozy wystrzeliły w górę, jednak trzeci unosi się tuż nad ziemią. Kieruje się w naszą stronę.
Za plecami narasta pisk Wieży. Czuję, że znajdujemy się już w jej zasięgu.
Ciało zaczyna drętwieć, tracę czucie w palcach. Próbuję trzymać Sirę za rękę, ale kończyna odmawia posłuszeństwa.
Czuję wiatr skrzydeł wehikułu. Tak blisko.
Upadam, świat zaczyna wirować. Widzę białą ścianę. Zaraz, to sufit wehikułu!
Wygląda na to, że białowłosa wciągnęła mnie w ostatniej chwili. Oboje leżymy w dziwacznych pozycjach na tylnym siedzeniu. Po tak bliskim spotkaniu z Wieżą, zapewne nie zmieni się to w ciągu najbliższych godzin. Czuję jak paraliż pochłania coraz to nowe obszary ciała. Przez cały czas kontroluję oddech, mam nadzieję, że tak głęboko moc Figury nie sięgnęła.
Najważniejsze, że jesteśmy uratowani. Bezpieczni, w rządowym wehikule.
W końcu dowiem się, na czym polega ta moja wielka „misja”.
Ktoś obraca moją głowę. Nic nie czuję, nie mogę się też ruszać. Jedynie rejestrować obraz. Oby to była jakaś ładna pani urzędnik.
– Heh. I kogo my tu mamy? – Umięśnione ręce kierują mnie w taki sposób, bym patrzył prosto w oczy rozmówcy.
Moją jedyną reakcją jest teraz otwarcie oczu, do granic możliwości. Tuż naprzeciw mej twarzy promienieje uśmiech ogromnego Hagniego, dobrze mi znanego karczmowego króla przedmieścia.
******
Wehikuł, którym lecimy, jest jakiś inny. Zdecydowanie szybszy.
– Masz szczęście, Czarny. – Paskudna gęba Hagniego spogląda na mnie z szyderczym grymasem. W międzyczasie jedna z jego dłoni od niechcenia poklepuje pośladek Siry. Drań!
– Gdyby nie my, gryźlibyście glebę – kontynuuje drab, a ja jakoś nie czuję do niego wdzięczności. – Wieża się nie patyczkuje z nikim, pieprzony stróż prawa.
Hagni przypina mnie powoli do siedzenia, nie spieszy się. Okazuje się, że te tutaj są chyba specjalnie przystosowane do przewożenia gości naszego pokroju. Po kilku chwilach moje ręce i nogi są już elegancko przymocowane żelaznymi obręczami, w pełni gotowe do odzyskania czucia.
To samo robi z Sirą. Widzę tę jego paskudną gębę, sapiącą nad jej śliczną buzią, i czuję, jak cały drżę ze wściekłości, pomimo paraliżu.
– Gotowe. – Na twarzy draba gości triumfalny uśmiech. Takie złożone czynności chyba nie są jego mocną stroną. – Szef chce was widzieć. Po tym, jak daliście drapaka, pogadaliśmy se nieco z barmanem. Nie wiem, o co chodzi z jakimiś nadwornymi magami i groźbami królewskich psów, ale to nie moja działka. Ja mam przyprowadzić was do szefa i tylko to mnie obchodzi.
Wreszcie zamilkł. Taki słowotok, kto by pomyślał. Ciekawe, ile teraz będzie musiał odpoczywać.
Ukradkiem rozglądam się po wnętrzu latającego wozu. Gustowny wystrój, opływowe kształty. Właściwie nawet nie słychać pracy źródła mocy, i do tego ta szybkość. Rządowy gruchot, którym miałem okazję lecieć po czarnej stronie królestwa, to przy tym jakiś żart. Widać „szef” Hagniego opanował kwestie ściągania podatków do mistrzostwa, król mógłby się sporo nauczyć.
******
Dostaję oczopląsu. To takie nienaturalne.
Czarne dywany kontrastują z białymi podłogami i ścianami, świetlisty sufit zdobią mroczne żyrandole. Ciemne meble, jasne narzuty. Kręci mi się w głowie.
Drewniana, zwieńczona kulką laseczka co rusz uderza o lśniący parkiet.
– Witam krajana. Ta gołąbeczka to twój odpowiednik? Świat jest mały, nieprawdaż? – „Szef” zdaje się napawać własnym głosem. Biały, idealnie wyprasowany garnitur nieziemsko kontrastuje z czarną jak noc skórą. Skórą zupełnie jak moja.
– Spisałeś się, Hagni. – Elegant wykonuje niedbały gest, błyskając kunsztownym pierścieniem. – Przelecenie dwunastu mil i powrót bez uszkodzenia mojego wozu było nie lada wyczynem. Rozwijasz się, stajesz się coraz lepszy.
– Heh, dzięki, szefie.
Ironia nie najwyższych lotów, ale wielkolud i tak nie załapał. A może chciał jedynie zadowolić swego pana?
– Ale gdzie moje maniery? Żeby tak zapraszać kogoś takiego jak wy i nawet się nie przedstawić? – „Gospodarz” uchyla teatralnym gestem kapelusza. – Sir Otherthing. Do usług, drodzy goście. – Wskazuje na misternie rzeźbione krzesła. Wzrok Hagniego sprawia, że ani chwilę nie wahamy się, co do spełnienia niewypowiedzianej „prośby”.
Dyskretnie rozglądam się po sali. Oczy już nieco przyzwyczaiły się do feerii barw. Jak ten facet może wytrzymać wśród zmieszanych dwóch kolorów?
Dostrzegam kusznika. Dwóch, trzech. Gdzie indziej majaczy cień halabardy. Wygląda na to, że pilnuje nas więcej ludzi, niż zdawało się na pierwszy rzut oka. Mam nadzieję, że Sira nie będzie tym razem improwizować.
– Zacni przyjaciele. – Teatralny ton tego faceta coraz bardziej działa mi na nerwy. – Zebraliśmy się tu, ponieważ doszły do mnie plotki odnośnie tajnej akcji organizowanej przez samego, miłościwie panującego nam, króla. Dlatego też, jako wzorowy obywatel, poczułem się w obowiązku, by z pomocą mego seneszala Hagniego zaaranżować spotkanie.
Twarz „seneszala” przyjmuje dziwny wyraz. Widać, że biedaka męczy rozterka: wypiąć pierś i przyjąć pochwałę czy może pokornie spuścić głowę w ramach nagany?
– Pozwólcie zatem, że przejdę do rzeczy. – W duchu modlę się, żeby on nie mówił w ten sposób przez cały czas. – Za każdym razem, kiedy udaje mi się zlokalizować takich jak wy, Przemienionych, dowiaduję się, że król wysyła ich z pewną misją. Sęk w tym, że nie wszystkim wam podobnym leży na sercu interes Korony tak bardzo jak mnie, toteż nie zawsze nasza współpraca układa się owocnie. Dlatego też niezwykle raduje mnie fakt, że trafiłem na was, zacni przyjaciele. Tacy wspaniali goście z pewnością podzielą się ze mną wszystkim co wiedzą i nie będę musiał używać żadnej dodatkowej argumentacji. – Długie palce „szefa” powolnym ruchem zawijają i tak już kręcącego się wąsa.
Patrzymy sobie przez moment w oczy. Pomimo że w końcu trafiam na rodaka, jego spojrzenie jest dziwne. Obce.
– Wasza kolej, drodzy goście. – Wreszcie puszcza tego wąsa, znów zaczynam oddychać. – Wydaje mi się, że zasugerowałem wam już dostatecznie, że teraz czas, byście to wy mówili, a ja słuchał.
Sira mocno szturcha mnie w bok. Co to ma znaczyć? Mam mówić? Milczeć?
Kopnięcie. Czyli jednak mówić.
– Sir Otherthingu. – Mój głos brzmi po barwnej przemowie „gospodarza” nie lepiej, niż krakanie starego kruka. – Wiesz wszystko to, co my. Król wysłał nas, jak sam to określił, z misją ratowania kraju. Rozkazano mi znaleźć swojego odpowiednika. Wtedy wszystko miało stać się jasne. Sira towarzyszy mi już od jakiegoś czasu i… nadal nie wiemy, o co chodzi. Całość wygląda na opowieść wyjętą rodem z kiepskiej książki.
Ostatnią uwagę mogłem sobie darować.
„Szef” cmoka z dezaprobatą. Hagni rusza w moją stronę, lecz Sir powstrzymuje go gestem. „Seneszal” wraca na miejsce.
Przełykam ślinę.
– W takim razie pozostaje mi jedynie zachęcić was do czytania nieco am-bit-niej-szej literatury. – Znów zaczyna bawić się wąsem. – Rozumiem więcej, niż wam się wydaje, robaczki. Pytam jeszcze raz: jaki jest cel waszej podróży?
– Powiedziałem wszystko, co wiem.
Sala rozbrzmiewa śmiechem Otherthinga. Dźwięczny głos wypełnia pomieszczenie, odbijając się od ścian i tworząc istną kakofonię. Jednocześnie podwładni „szefa” zdają się reprezentować przeciwny biegun, nieruchomi i milczący niczym posągi.
Zapada nagła cisza.
– Przenosicie coś – szepcze Sir. – A ja chcę to mieć! – dodaje z dzikim wrzaskiem.
Wzdrygam się. Czy on jest zrównoważo… W jakim stopniu on jest szalony?
– Hagni. – Głos „szefa” znów kipi nonszalancją.
Drab szybko podchodzi do tronu i pociąga za jakiś sznurek, którego wcześniej nie zauważyłem. Z sufitu wysuwa się sporej wielkości mapa całego królestwa. Pieczołowicie wykonane rysunki, kunsztowne napisy. Jestem pod wrażeniem.
– Z moich… badań wynika, że wszyscy Przemienieni, prędzej czy później, zmierzają do tego miejsca. – Sir niedbałym gestem wskazuje na małą zatoczkę na południu, leżącą po białej części kraju, ale tuż przy granicy z czarną. – Udało mi się też ustalić, że coś przenosicie. Ale już spieszę z wyjaśnieniami, drodzy goście, wszak wasze pospolite umysły zapewne czują się nieco zdezorientowane. Nie chodzi o jakiś przedmiot, to coś bardziej subtelnego. W tej grocie musi być coś transcendentalnego i tylko wy jesteście w stanie to zdobyć. Zapewne trzeba będzie upuścić nieco krwi czy coś w ten deseń. Poradzicie sobie.
– A co jeśli odmówimy? – słodki głos Siry odbija się echem od czarno-białych ścian.
– Słucham? Odmówimy? – Sir teatralnie nadstawia ucho. – Nie, kochani. W moim planie nie ma nic o odmawianiu. Od teraz pieczę nad wami trzyma Hagni i jego ludzie. Dostaniecie ode mnie latające wozy i pieniądze. Zadbam o was jak należy, moi mili. Zaś mój seneszal będzie dla was sługą i strażnikiem. Od teraz jest do waszej dyspozycji, w ramach wykonywania moich poleceń oczywiście. Nalegam, zacni przyjaciele, niech nikomu nie przyjdzie do głowy mnie zdradzić. Brzydzę się krwią i przemocą… A teraz wybaczcie, szacowni goście, mam mnóstwo spraw na głowie. Nie zawiedźcie mnie.
Nagła ciemność. Czuję, jak brakuje mi powietrza. Zaraz, chyba mam worek na głowie.
Prowadzą nas. Właściwie nie wiem, co z Sirą.
Zmierzam do wyjścia z pałacu. Tak jak wcześniej, nie jest mi dane poznać, jak trafić do sali audiencyjnej.
******
Grota Mudan, tak się zwie.
Stoimy z Sirą tuż przed wejściem do jaskini. Wzdycham ciężko, gdy widzę wschodnią część horyzontu – czarną jak noc kreskę. Moją rodzinną połowę królestwa.
– Idziemy, gołąbeczki. Reszta czeka. – Słyszę za plecami głos Hagniego. Jakoś słabo wziął sobie do serca rozkaz bycia do naszej dyspozycji.
Obracam się. Nie idą z nami?
– Jaskinia nie ma rozwidleń – rzekł jeden z ludzi osiłka, ten od trzymania mapy. – Na końcu znajdziecie ścianę. Tam powinno czekać na was to… To, co macie znaleźć. Jeśli nie wrócicie po dobie, wkraczamy.
– Ale…
– Ruchy, ruchy! Szef nie lubi czekać – przerwał szorstko Hagni, podkreślając ostatnie zdanie kopniakiem.
Odskakuję, zdążyłem już nieco poznać jego maniery.
Wchodzę z Sirą do środka. Zewsząd otaczają nas ciemności, chłód i wilgoć.
Po chwili oczy przyzwyczajają się do mroku. Okazuje się, że jest tu nawet całkiem widno, spodziewałem się kompletnych ciemności.
– To bez sensu – odzywam się, gdy oddalamy na tyle, że tamci nas nie słyszą.
Korytarz przechodzi w dużą salę, całość zdaje się choć częściowo stworzona ludzką ręką.
– No tak, nie mielibyśmy dokąd odejść.
– Tylko dlaczego nie poszli z nami? – pyta Sira.
Do moich uszu dobiega dźwięk. Jakby szelest.
Hałas coraz bardziej przybiera na sile, aż w końcu przeradza się w bzyczenie, zupełnie jakby do jaskini wpadł rój wściekłych owadów.
– Ofiara! – krzyczymy jednocześnie.
„Upuścić trochę krwi”. Wszystko staje się jasne! Ten cały pieprzony Otherthing wierzy, że jeżeli umrzemy rytualną śmiercią, otrzyma… coś. Zapewne sam nie wie co! Jednak chce to mieć za wszelką cenę.
W mgnieniu oka sala wypełnia się drobnymi owadami przypominającymi ćmy. Jedne ciemne, drugie jasne.
Nie ma ucieczki.
Czarne insekty z szybkością błyskawicy obsiadają mnie ze wszystkich stron. Nim do reszty zakrywają mi głowę, dostrzegam uwięzioną przez biały rój Sirę.
Malutkie ząbki wbijają się w skórę. Irytujące łaskotanie przeradza się po chwili w piekący ból, zupełnie, jakbym cały płonął.
Upadam. Zaczynają miotać mną niekontrolowane drgawki.
Wstrzymuję oddech. Czołgam się w stronę dziewczyny, a przynajmniej tam, gdzie była jeszcze kilka chwil temu. Nim skonam, nim oszaleję z bólu, chcę chwycić ją za rękę. Choćbym miał czuć jedynie całun z owadów.
Wodzę dłonią po omacku. Czuję, jak krew spływa po skroniach. Insekty przegryzają się coraz głębiej, mokre są także moje plecy i nogi.
Złapałem!
Czuję dotyk delikatnej dłoni. Chcę coś powiedzieć, ale ćmy z powodzeniem szturmują mój nos i usta.
Moja dłoń uwalnia się. Czuję nadal pieczenie, ale chyba nie ma owadów. O co chodzi?
Instynktownie staram się pochwycić Sirę. Tysiące drobnych żuwaczek wgryzają się coraz głębiej.
Wreszcie czuję w dłoniach jej ramiona, przyciskam mocno. Ból w klatce ustaje. Chyba już wiem o co chodzi.
– Krew! – krzyczę, wypluwając insekty – Czarna krew zabija białe owady i na od…
Moja jama ustna staje się celem zmasowanego ataku. Czuję smak posoki.
To co chcę zrobić jest ohydne, ale nie mam wyboru.
Przytulam Sirę i całuję mocno, udając, że moje usta nie kryją dziesiątek insektów.
Całe moje ciało przeszywa mocny dreszcz. Owady w mojej buzi zniknęły, a właściwie zmieniły się w jakby… cukier puder?
Całuję ją, wodząc zakrwawionymi dłoniami po ciele i zrywając pozostałości ubrań. Jej krew koi moje rany, niszcząc jednocześnie krwiożercze ćmy. Wygląda na to, że moja wykazuje analogiczne działanie.
Leżymy nadzy w wielkiej jaskini, wśród czarno-białego pudru.
– Skąd wiedziałeś, że nasza krew ma takie właściwości? – Słodki głos perłookiej odbija się delikatnym echem.
– Improwizowałem…
Delikatnie gładzę jej policzek, potem schodzę niżej.
Rzuca się na mnie.
– Czy-czy na pewno powinniśmy? – dukam – W końcu to jakby kazirodztwo…
Kładzie mi palec na usta.
– Potraktuj to jako wieczorną chwilę dla siebie.
Czuję jej ciepło, jej oddech. Mam wrażenie, że bicie naszych serc wygrywa tę samą melodię. Niczym dwie ciecze, czarna i biała, wirujemy i stajemy się jednym.
******
Otwieram oczy. Gdzie ja jestem?
Widzę pałac czarno-białego króla. Spoglądam na dłonie, jedną ciemną, drugą jasną. Król miał rację, wszystko stało się zrozumiałe.
– Wasza wysokość? – podchodzi do mnie jakiś urzędnik, świetlisty. Obok stoi jego mroczny odpowiednik.
– Cieszymy się, że znów czujcie się dobrze – dodaje drugi – ostatnio wyglądaliście dość… niewyraźnie.
Słowa dygnitarza przywodzą mi na myśl króla, kiedy to widziałem go siedzącego dumnie na tronie. Miałem… Miałam? Miałom? Później się nad tym zastanowię.
W każdym razie wydawało mi się, że jego ciało prześwituje. Nie było mi dane rozumieć wtedy tak wiele rzeczy.
Grota Mudan. Kochając się w jaskini staliśmy się jednym. Jestem teraz kompletnym bytem, białą Sirą i czarnym Arisem. Posiadam wspomnienia obojga i jestem w takim samym stopniu każdym z nich. Jestem czernią i bielą jednocześnie, mądrzejszy niż każde z osobna. Dlatego to właśnie ja muszę rządzić państwem.
Dopiero teraz mogę pojąć odwieczny cykl. Jednocześnie wiem, jaka czeka mnie cena za Dopełnienie. Znam wiszące nade mną widmo, czuję, jak z każdą chwilą moje ciało ulega dezintegracji. Mam jeszcze czas, pozostało mi kilkadziesiąt lat. Odwieczny cykl. Zdaję sobie sprawę z czegoś jeszcze. Widzę wyraźnie pewne miejsce z przyszłości.
Przywołuję gestem urzędników.
– Zbierzcie Wielką Radę – rozkazuję – za dwadzieścia dwa lata pojawią się następni Przemienieni. Czas omówić wstępne przygotowania.
ARHIZ
wtorek, 7 lutego 2017
Pan mrocznej sali
Dobrze, opowiem ci raz jeszcze, starcze.
Wyruszyłem z Tańiz, mojego rodzinnego miasta. Najpierw podróżowałem przez Mroczne Pola, nic szczególnego. Jednak im dalej na południe, im bliżej granic ojczyzny, tym ciężej było mi na sercu.
Przygotowywałem się do tej wyprawy dziesięć lat. Zadbałem o każdy szczegół. Pobierałem lekcje fechtunku od najznamienitszych mistrzów całego kraju Zer. Później udałem się do mnichów i kapłanów, by z nimi kontemplować, umartwiać się i medytować. Na sam koniec ukryłem szlacheckie pochodzenie i zatrudniłem się na roli jako parobek.
Po tym wszystkim byłem już kimś więcej niż arystokratą, poznałem smak pozostałych klas społecznych: kapłaństwa i chłopstwa. Dopiero wtedy uznałem, że jestem gotowy, by się z nim skonfrontować.
Jednak już przy południowej granicy natrafiłem na pierwszą przeszkodę, banalną i w żadnym razie niepasującą do opowieści o wielkich czynach. Rzeka. Śatya, tak się zwała. Słyszałeś, że w kraju Zer płynie coś takiego? Ja też nie. Jest na tyle mała, że nie ma jej na większości map… jednak bierze początek aż w Smoczych Górach i skutecznie odcina nasze ziemie od terenów kawałek na południe od granicy. Miejscowi powiedzieli, że kiedyś były tam dwa mosty, niestety już lata temu pozostały po nich jedynie zgliszcza.
I w ten sposób nagle poczułem solidarność z wieśniakami mieszkającymi przy południowej granicy. Problem chłopów z wioski Śiźin znad rzeki Śatya, choć dzień wcześniej nie miałem pojęcia o ich istnieniu, stał się także moim problemem.
Nie pozostało mi nic innego, jak ruszyć wzdłuż rzeki, na wschód. Średnio mnie to cieszyło, zważając, że kierowałem się na południowy zachód, ale nie było innej drogi. Szedłem tak cały dzień i całą noc, robiąc sobie dwie krótkie przerwy na sen. W duchu cieszyłem się, że miejscowi zechcieli uzupełnić moje zapasy żywności, wody też miałem pod dostatkiem, zważając na sąsiedztwo rzeki. Zastanawiałem się, jak poradzę sobie poza granicami kraju, gdzie, jak wiadomo, Czarny Całun nie zakrywa nieba i dni są jaśniejsze niż światło setki świecących grzybów.
Nazajutrz, gdy tylko otworzyłem oczy, ze zdziwieniem stwierdziłem, że problem przeprawy przez wodę rozwiązał się sam.
Pokraczna barka leniwie kołysała się na rzece zaledwie kilkanaście kroków ode mnie. Na brzegu stało kilka osób.
Nie czekając na zaproszenie ruszyłem w ich stronę. Zbliżając się dostrzegłem na łodzi chudego mężczyznę, którego krótkie czułki i jednolicie czarne oczy zdradzały ashterańskie pochodzenie. Cholerny naród kupców, pojawią się wszędzie, gdzie tylko zwęszą możliwość napełnienia sakiewki. – Żaprasza, żaprasza! – nawoływał z zabawnym akcentem cudzoziemiec. – Przejaszd na druga strona tylko pół dihrana.
Drogo – pomyślałem.
Na brzegu stało kilku mężczyzn i jakieś młode małżeństwo, patrząc po oczach, miejscowi. Był też jeden Anaos i jakiś facet z rasy Piórogłowych z łukiem na plecach. Byliście też oczywiście wy, dziadku.
Będąc już w łodzi, odkryłem, że załapałem się na pierwszą, próbną wycieczkę. To właśnie dlatego zapłaciłem „tylko” pół dihrana.
Co chwilę zerkałem na milczącego Piórogłowego, którego długie brązowe czułki przywodziły na myśl pióra zdobiące ogon bażanta. Pierwszy raz widziałem kogoś ze stepów na dalekim wchodzie.
– Sądząc po stroju i zdobionej masce, należysz do arystokracji, As’heganē – odezwał się nagle Anaos, wyrywając mnie z zadumy.
– W rzeczy samej, jestem rycerzem na służbie lorda miasta Tańiz – odparłem nieco zdawkowo, zastanawiając się, czy dziwne słowo, którym zatytułował mnie rozmówca, aby na pewno jest zwrotem grzecznościowym.
– Co zatem rycerz robi na peryferiach kraju, w miejscu, gdzie nawet obecność mostu jest nieosiągalnym luksusem? – spytał nieznajomy, skłaniając się lekko – oczywiście, jeśli można zapytać, As’heganē.
Na początku nie chciałem udzielać odpowiedzi, jednak po chwili uzmysłowiłem sobie, że jeśli chcę powiedzieć o tym komukolwiek, to właśnie jemu, Anaosowi. Cudzoziemcowi, dla którego cel mojej wędrówki jest świętością.
– Chcę spotkać się ze smokiem.
Jeden z Zeryjczyków parsknął śmiechem, drugi zaczął szeptać coś do kompana, niezbyt dyskretnie wykonując gest sugerujący mój obłęd. Młode małżeństwo nagle zainteresowało się obserwowaniem fal, tak bardzo, że ani na chwilę nie spoglądali w moją stronę.
Tak. Pożałowałem, że to powiedziałem.
- Sagadīn. – syknął Anaos, szczerząc w przyjaznym uśmiechu małe, ostre ząbki.
– Że co proszę? – Doprawdy, czy oni nie mogą mówić jak wszyscy?
- Sagadīn. Ten, który odbywa pielgrzymkę. Smoki to święte istoty, władcy żywiołów. Niewielu ludzi ma w sobie tyle odwagi, by dobrowolnie udać się na spotkanie z którymś z nich.
– Niewielu ludzi ma w sobie tyle głupoty – rzekł parskający przed chwilą mężczyzna. – Smoki to potężne stworzenia, ich moc jest tak wielka, że jeden położyłby stu wojowników, nim zdążyliby mrugnąć.
– Zdaję sobie sprawę z potęgi żmija – odparłem dumnie, nie dając się sprowokować prostakowi – jednak z tego, co widzę, prócz taktu nie nauczono cię także religii. Wiedziałbyś bowiem, że są to istoty szlachetne, nieskazitelne w swych czynach.
– Gadanie – żachnął się rozmówca, lecz chwilę później jego twarz złagodniała. – Wybaczcie, panie, jeślim was uraził. Prosty chłop ze mnie. Chodzi mi tylko o to, że smok to taki trochę król. Ma swoje ziemie i moc tak wielką, jakby podlegało mu wojsko. Jeżeli ktoś ot tak wejdzie na jego teren, gad z pewnością się rozgniewa.
– Och, zamilcz! – oburzył się Anaos. – Nie słuchaj go, As’heganē. Szlachetność smoków znana jest w całym świecie, a nawet poza nim.
Grzecznie przytaknąłem, czułem jednak dyskomfort. Tamten gbur miał sporo racji. Nawet jeśli żmij okazałby się dobry na równi ze świątynnymi kazaniami lub wywodami Anaosów, wchodząc na jego ziemie będę intruzem. A co, jeśli uzna moją wizytę za bezprawne wtargnięcie?
– Ludzie z południa i wschodu nieroztropni – rozległ się dźwięczny głos z „dzikim” akcentem. Piórogłowy spojrzał na mnie przenikliwie, wytrzeszczając brązowe oczy. – Żmij straszniejszy niż tysiąc węży i tysiąc stepowych bestii. Jeżeli Zeryjczyk pójdzie do Smoczych Gór, przepadnie.
Po chwili twarz egzotycznego koczownika wróciła do poprzedniego stanu i jakby skamieniała. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nomada nie ma jakiegoś szczękościsku.
– A więc znasz tutejszą mowę, przyjacielu? – odezwał się ironicznie Anaos, patrząc z pogardą na Piórogłowego. – Może zamiast, jak na barbarzyńcę przystało, pleść androny, pochwalisz się celem twojej wędrówki?
Nie pochwalił się.
– Nie przejmujcie się, Panie, czczym gadaniem – włączył się kolejny rozmówca, tym razem „pan młody” nagle stracił zainteresowanie falami. – U nas na wiosce kapłan zawsze prawił, że smoki to strażnicy cnót, prowadzący żywot równie zacny, co święci.
Wszyscy nagle zainteresowali się smokiem. Każdy miał na tę sprawę jakiś pogląd, każdemu wydawało się, że to on wie najwięcej o potężnym jaszczurze, choć żaden na oczy tej istoty nie widział.
Nie miałem ochoty się odzywać. Zapewne, gdybym był na miejscu któregokolwiek z nich, z chęcią opowiedziałbym, jaki naprawdę, w moim mniemaniu, jest żmij. Jednak to ja, ja miałem się z nim spotkać oko w oko.
Barka przybiła do brzegu.
– Szybko, tanio i beszpiecznie! – zawołał Ashteranin podejrzanie sztucznym tonem. – Życzy miłego dnia! I żaprasza ponownie!
Gdy dotknąłem stopami ziemi, poczułem ulgę. Nie, nie chodzi o to, że dopłynęliśmy cali, znaczy, to też… Jednak chodzi mi oczywiście o tych wszystkich „znawców smoczej natury”. Im dłużej ich słuchałem, tym bardziej uświadamiałem sobie, że tak naprawdę cel mej wędrówki jest dla mnie wielką zagadką.
I wtedy odezwałeś się ty.
– Dlaczego chcesz spotkać się ze smokiem? – zapytałeś, a twe słowa odbiły się echem we wnętrzu mej czaszki.
Rozejrzałem się wokoło. Nie było nikogo prócz nas. Nawet Ashteranin gdzieś zniknął.
– Będziesz tutaj tak sterczał do wieczora? – zapytałeś, jak sam wiesz.
Później powiedziałeś mi, że reszta tak się rozgadała, że nawet nie zauważyli, że z nimi nie idziemy. Wtedy właśnie uzmysłowiłem sobie, że widzę pod powiekami dziwny symbol. Ciemny trójkąt z jasnym czubkiem. Nie powiedziałe ci wtedy o tym.
Kiedy zapytałeś mnie, dlaczego pragnę ujrzeć na własne oczy żmija, niby było to dla mnie oczywiste, jednak nie potrafiłem odpowiedzieć.
– Żeby się z nim skonfrontować. – Wykrztusiłem z siebie po dłuższej chwili.
Ty zaś, starcze, odpowiedziałeś znamienne: dlaczego chcesz się z nim skonfrontować?
Wtedy miałem problem, by ubrać to w słowa, pozwól więc, że odpowiem ci teraz, gdy zdążyłem już sobie poukładać w głowie, co konkretnie chciałem powiedzieć.
O smoku mówi się w naszej ojczyźnie w dwóch kontekstach. Jako o istocie o niewyobrażalnej mocy oraz kiedy myśli się o wzorze cnót: honoru, szlachetności i mądrości.
Jestem rycerzem i całe moje życie było drogą paladyna. Wiem, że wielu z noszących maski arystokratów za nic ma prawe życie czy ideały, jednak ja stawiam je na najwyższym piedestale. Tak wiem, brzmi nazbyt patetycznie. Jestem zwykłym człowiekiem. Jak wszyscy chodzę do wychodka, klnę, gdy jestem zły i nie raz zdarza mi się coś spieprzyć. Jednak dobrze wiem, czego chcę i dążę do tego jak potrafię.
To było przed dziesięcioma laty. Wielki turniej w Tańiz, na który zjechało się całe zeryjskie rycerstwo, a nawet goście zza granicy. Pierwsze sześć dni były raczej eliminacjami niż wielkim widowiskiem. Każdego popołudnia odbywał się szereg pojedynków, w których zwycięzca przechodził dalej. Nie spotkałem w tym czasie żadnego godnego przeciwnika. Wiem, że to próżność, ale muszę przyznać, że byłem nieco znużony. Zdobycie głównej nagrody było oczywistością.
I naszedł dzień siódmy, zwieńczenie Pełni. Prawdziwy turniej.
Jesteś pustelnikiem, starcze, pozwól więc, że opiszę ci pokrótce zasady.
Podczas każdego z pojedynków walczy jedna z czterech par. Zwycięzca przechodzi dalej, i tak aż do wyłonienia się ostatnich dwóch uczestników, najlepszych z najlepszych.
Walczy się na okrągłym torze. Każdy z zawodników dosiada własnego wierzchowca i jest uzbrojony w dwie wybrane przez siebie bronie, z wyjątkiem dystansowych. Rycerze jeżdżą w koło w przeciwnych kierunkach, tak, że podczas każdorazowego mijania się dochodzi do starcia, przy czym jeźdźcy zawsze ustawieni są do siebie prawą stroną.
Przywdziałem więc przyozdobiony w stalowe skrzydła turniejowy pancerz. Na głowę zaś włożyłem hełm z zielonym pióropuszem i pozłacaną maską, ten sam, który mam na sobie również teraz, symbol mojego rodu i statusu. Dosiadłem oczywiście mojego wiernego wierzchowca, raptoroida wabiącego się, ze względu na uśmiech, Perłą.
Kwestia broni była oczywista. W prawej ręce włócznia, w lewej kiścień. Jak nie zrzucę z konia, to ogłuszę ciosem w czerep.
Pierwsza walka… Cóż, nie ma o czym mówić. Powiem tylko tyle, że nie musiałem używać kiścienia.
Następny przeciwnik znał się już nieco na rzeczy. Używał dwóch mieczy, zwykłego prostego i anańskiego o rozszerzonym końcu. Podczas trzeciego mijania udało mi się wytrącić mu jedno z ostrzy za pomocą kiścienia. Nie mógł już wtedy zbijać mojej włóczni i jednocześnie atakować. Przy kolejnym okrążeniu pchnąłem ile sił, a gdy tamten chciał odbić cios ostrzem, kiścień poszedł w ruch. Dostał tak, że aż maska spadła mu z twarzy. Kiedy nadszedł czas ostatniej walki. Byłem bardzo pewny siebie.
I wtedy go ujrzałem.
Wjechał na czymś, co nazywają biczogonem. Nie był to normalny dwunożny jaszczur, tylko toporny, czworonożny gad z ogonem przypominającym morgensztern. Do dziś nie wiem, czy jeździec miał pancerz, ponieważ jego ciało otulały zwoje niebieskich tkanin, tworzących asymetrycznie ułożony strój.
Tak mogło wyglądać jedynie błękitne dziecię pustyni, z kraju na północy, którego nazwy nawet nie będę próbował wymawiać.
Zagrzmiały turniejowe rogi, rozpoczął się pojedynek. Pogładziłem Perłę po szyi, po czym lekko uderzyłem ostrogami w boki, by od razu ruszyć naprzód z całym impetem. Obserwowałem zbliżającego się z każdym oddechem przeciwnika.
Biegnący biczogon wzniecał swymi krępymi kończynami potężne tumany kurzu. Mój raptoroid wydawał się przy nim niezwykle delikatny, ale też znacznie szybszy. Cały czas próbowałem dostrzec, jaką właściwie bronią włada mój przeciwnik, jednak widziałem jedynie trójkątną tarczę – rzadkość na zeryjskich turniejach.
Byliśmy coraz bliżej. Gdy znaleźliśmy się w odległości kilkunastu kroków, dostrzegłem wreszcie pod błękitnym turbanem małą szparę, w której połyskiwały mające kolor nieba oczy przeciwnika.
Nagle niebieski jeździec wydał z siebie upiorny wrzask. Trudno mi to nawet opisać, to było jak ryk i wycie jednocześnie. Czułem jak okrzyk wdziera mi się pod czaszkę, jak świdruje najgłębsze zakamarki mojego ciała. Z trudem wycelowałem w jego stronę włócznię, a drżącą lewą rękę trzymałem w górze, planując cios kiścieniem.
Zobaczyłem, jak powietrze przecina… lasso.
Gdy tylko przeminął przerażający okrzyk, zastąpił go nowy dźwięk, świst lecącej ku mnie pętli. Pochyliłem się, wręcz położyłem na grzbiecie Perły. Chwilę później już mijałem przeciwnika, by za chwilę poczuć silne szarpnięcie w biodrach.
Lasso zaczepiło się o moje ozdobne skrzydła, wyrywając je z pancerza wraz z podstawą. Miałem szczęście, że były jedynie doczepiane do zbroi, a nie jak w niektórych modelach, na stałe wmontowane.
Jednak już zbliżała się nieubłaganie kolejna konfrontacja, a ja nie miałem teraz pierzastej osłony. Postanowiłem użyć do osłony kiścienia i dźgnąć błękitnego jeźdźca, kiedy będzie rzucał lassem.
Perła mknęła niestrudzenie wprost na biczogona. Byłem coraz bliżej. Trzymałem kiścień wysoko, niestrudzenie wprowadzając go w obroty i tylko czekałem aż wróg się odsłoni.
Przeciwnik wyciągnął lasso, które zaczęło tańczyć w jego rękach na podobieństwo piaskowego tornada. Z całej siły uderzyłem wierzchowca ostrogami, po czym skupiłem uwagę na włóczni. Prawa strona niebieskiego wojownika byłą idealnie odsłonięta.
Trójkątna tarcza koloru nieba z impetem wyszła na spotkanie mojego grotu, łamiąc z trzaskiem broń niczym zapałkę. Niemal w tym samym momencie błękitny jeździec wydał z siebie krótkie charkniecie, na co biczogon błyskawicznie obrócił się bokiem i wymierzył swym potężnym ogonem cios, prosto w bok Perły. Mój jaszczur zaskrzeczał żałośnie, z trudem utrzymując równowagę, jednak udało mi się wymusić na nim jeszcze szybszy bieg, dzięki czemu uniknęliśmy drugiego ciosu.
Gdy odjechałem na bezpieczną odległość, zwolniłem. Z boku Perły leniwie sączyła się krew. Jaszczur skrzeczał cicho, zupełnie jakby nie chciał, bym słyszał, że cierpi.
Tymczasem ponownie zbliżał się błękitny wojownik, który mknął teraz ze zdwojoną szybkością. Powietrze zadrżało, kiedy po raz kolejny przedarł je upiorny wrzask. Nad błękitnym turbanem mojego przeciwnika, niczym rój jadowitych owadów, krążyła pętla.
Czułem jak Perła drży. Pozwoliłem jej jedynie na trucht. Wciąż trzymałem w dłoni złamane drzewce, pozostałość po włóczni. Wróg był coraz bliżej. Lasso ze świstem przecięło powietrze i pomknęło wprost w moją stronę. Na ten moment czekałem.
Pociągnąłem wodze do tyłu i przywarłem do szyi mojego gada. Po chwili poczułem, jak pętla zaciska się na moich ramionach i… przydusza mnie do szyi Perły. Gdy raptoroid poczuł, jak pętla zaciska się, wpadł w amok, a ja nie zamierzałem go powstrzymywać. Perła zaczęła wierzgać, skakać, aż w końcu szarpnęła w bok, z impetem wyrzucając w górę wciąż trzymającego lasso błękitnego jeźdźca. Okazało się, że był na tyle „cwany”, że obwiązał sznur wokół ręki. Był przygotowany na ściągnięcie każdego rycerza, ale widać nie zakładał, że kiedykolwiek uda mi się „upolować” rycerza z wierzchowcem.
Zwyciężyłem. Przynajmniej teoretycznie.
Pętla wciąż była zaciśnięta na szyi Perły, która biegała teraz jak oszalała wzdłuż toru, wlokąc za sobą niebieskiego wojownika. Co gorsza, biczogon również nie dawał za wygraną. Zatrzymał się i ustawił bokiem, przygotowując się do zadania kolejnego ciosu ogonem.
Spróbowałem uwolnić się z uścisku liny. Z całej siły oparłem się o szyję, co było istną głupotą, bo jeszcze bardziej zacisnąłem lasso na szyi Perły, która zaczęła biec jeszcze szybciej, na spotkanie z kolczastym ogonem wierzchowca mojego przeciwnika.
Zacisnąłem zęby i z bólem serca uderzyłem co sił ostrogą w uszkodzony bok mojego gada. Gdy zawył z bólu, czułem jak pęka mi serce. Sprawiłem mu ogromne cierpienie, niestety nie miałem innego wyjścia. Jaszczur wygiął się w bok, po czym legł na lewą stronę, gruchocząc moją nogę.
Czułem, jak pulsująca fala bólu rozlewa się jednocześnie w okolicach piszczeli, biodra i ramienia. Czułem też rytmiczne skurcze Perły, które nagle ustały. Umarła.
A ja leżałem w kurzu i brudzie, na wpół przygnieciony ciałem mojego wiernego wierzchowca. Czułem się winny. Perła była dla mnie w tej walce niczym innym, jak narzędziem, dzięki któremu zwyciężyłem. Do dziś żałuję, że zrozumiałem to dopiero wtedy, kiedy było już za późno.
Rogi zagrzmiały donośnie, po czym herold ogłosił mnie zwycięzcą turnieju. Nie chciałem jednak słuchać tłumu skandującego moje imię. Delikatnie gładziłem po szyi mojego wiernego, nieżyjącego już wierzchowca i zastanawiałem się nad sensem tego wszystkiego. Wcześniej turnieje były dla mnie sprawdzianem rycerskich cnót, wiele razy zwyciężałem, kochałem to. Jednak teraz przejrzałem, że to nic innego jak zabawa arystokratów, w dodatku połączona ze znęcaniem się nad zwierzętami. Wiele razy widziałem, jak podczas starć padają wierzchowce, jednak w pełni zrozumiałem to dopiero wtedy, gdy straciłem swojego.
To właśnie wtedy spojrzałem na swoją pierś i przypomniałem sobie, co jest na niej namalowane. Symbol mego rodu – smok dzierżący wagę. Poczułem, jak coś spływa na mnie z góry. Natchnienie? Wizja? Nie wiem, co to było, ale pojąłem co jest moim celem, co muszę zrobić, by stać się w pełni rycerzem, realnym wzorem cnót. Muszę stanąć oko w oko z prawdziwym smokiem.
Nic nie odpowiedziałeś. Teraz też raczej nie zamierzasz. Myślę, że zadałeś mi to pytanie nie dlatego, że chciałeś się czegoś dowiedzieć, lecz po to, bym poukładał to wszystko w głowie. Jak widzisz, wykonałem twoje zadanie.
Później, jak wiesz, pożegnałeś mnie, a ja ruszyłem samotnie w stronę Smoczych Gór. Wtedy to ostatecznie opuściłem granice ojczyzny, by trafić do krain spoza całunu spowijającego niebo nad naszymi ziemiami. Zdziwiłbyś się, jak równa jest ta bariera, która odgradza nasz kraj od niebieskiego sklepienia. Po ledwie godzinie drogi moje oczy raziło już czerwone słońce, kłując ostrymi jak włócznie promieniami. Zawsze wydawało mi się, że światło słoneczne jest bardziej żółte, a tutaj proszę, taka niespodzianka. Tyle, że niespodzianka dopiero się gotowała, bo to był wschód słońca. Świetlista kula pięła się coraz wyżej po niebie, świecąc coraz jaśniej… I faktycznie coraz żółciej. Moje oczy zaczęły łzawić, musiało też krążyć wokół mnie stadko jakichś pomniejszych istot światła, Seyhirów, ponieważ kątem oka widziałem dziwne, świecące plamy, które jakby nakładały się na prawdziwy obraz. Kolejne dwie godziny spędziłem, siedząc nieopodal drogi i zakrywając dłońmi oczy. Z jednej strony byłem wdzięczny, że wszechmocny Pan Podniebia stworzył nad moim ojczystym krajem Zer mroczny całun, który chroni nas przed światłem jego majestatu… Z drugiej, czułem jak słońce wypala mi oczy i nawet zrobienie kilku kroków naprzód było nie lada wyzwaniem.
Ostatecznie postanowiłem rozbić obóz i spać za dnia, podróżując nocą. Jednak promienie słońca dawały o sobie znać nawet przez płachtę namiotu. Na szczęście okazało się, że moja maska świetnie sprawdza się w roli przeciwsłonecznej bariery, jeśli dorobi się jej „powieki”. Zasnąłem. Spałem twardo, musiałem być nieźle zmęczony, choć za bardzo tego nie odczuwałem, zapewne przez emocje. Tuż przed obudzeniem się miałem coś na kształt krótkiego snu. Zobaczyłem trójkąt, jednolicie czarny z wyjątkiem góry. Po chwili kształt okazał się źrenicą olbrzymiego oka. Zerwałem się na równe nogi. Była już noc, przez co mogłem spokojnie patrzeć, nie bojąc się o wzrok.
Czułem się dziwnie. Nie wiedziałem, o co chodzi z tym snem. Powoli spakowałem rzeczy i ruszyłem w dalszą drogę. Wszedłem na wąską, kamienistą ścieżkę. Wiła się niczym wąż i prowadziła w górę, wciąż w górę. Co ciekawe, usypana była jakby z kamieni rzecznych. Stając na jednym z takich „otoczaków”, poślizgnąłem się i upadłem, mimowolnie zanurzając palce w żwirze. Niechcący narysowałem coś, co przypominało trójkąt. Czarna ziemia tworzyła go niemal w całości, tylko górny róg powstał z kanciastego kamienia. Otrzymany symbol wyglądał zupełnie jak ten ze snu. Wtedy skojarzyłem go z anańskim znakiem Żywioły Mroku. Gdy tylko o tym pomyślałem, przez chwilę zobaczyłem duże trójkątne oko, z którego emanowała nieprzenikniona ciemność. Oko smoka.
Wtedy zrozumiałem. Wiedział, że do niego idę i był to Mroczny Smok.
Szedłem dalej, szedłem przez kilka dni. Mozolna wędrówka krętą ścieżką wyścieloną otoczakami. Zupełnie jakby ktoś tam te kamyczki specjalnie usypał. Spodziewałem się jakichś głazów, wystających korzeni, może powalonych drzew. Nic takiego nie spotkałem.
Pomyślałem, że może to rodzaj smoczego zaproszenia.
I wtedy usłyszałem odgłos pazurów.
Kilka kroków ode mnie wisiała długa na pięć kroków bestia, która jakimś cudem zahaczała się pazurami o niemal pionową skałę. Turkusowy jaszczur zacharczał wściekle, prezentując garnitur niezwykle licznych, wypełniających całą paszczę ząbków, po czym skoczył w moją stronę, by wylądować cztery kroki ode mnie.
Zwierz wyciągnął się, eksponując parę, ozdobionych długimi, czarnymi pazurami, przednich kończyn, które zginały się odwrotnie, niż powinny. Po tym poznałem, że mam do czynienia z tak zwanym naskalnikiem.
Miałem ze sobą dwustronną glewię z kolcem i krótki sztylet. Jak zapewne się domyślasz, wyjąłem to pierwsze. Stałem nieruchomo mierząc w jaszczura, a on zaczął się wycofywać, zupełnie jakby moja broń zrobiła na nim wrażenie. Nigdy nie walczyłem w czymś takim, ale patrząc na pokraczny sposób poruszania i zginające się „na odwrót” przednie łapy, zacząłem się zastanawiać, czy w ogóle powinienem czuć się zagrożony. Tymczasem turkusowy, smukły jaszczur wciąż się cofał, aż w końcu dotknął tylnymi kończynami skalnej półki. Długie, uzbrojone w nie krótsze pazury palce, powoli zakotwiczały się w na pozór gładkim głazie. Naskalnik zaczął wspinać się tyłem na skałę. Wyglądało to tak, jakby po prostu chciał uciec, pokazując jednak przy tym ostre zęby i mocne szpony na zasadzie "nie boję się". Sprytna bestia – pomyślałem.
Sprytna.
Jaszczur wystrzelił w moją stronę niczym pocisk z katapulty. Nim zdążyłem cokolwiek zrobić, leżałem już na ziemi, a on charczał tuż nade mną. Wtedy właśnie dowiedziałem się, po co mu te „odwrotne" kończyny…
Przednie łapy, znajdujące się za moimi barkami, zaczęły zginać się w stronę brzucha gada, a ostre pazury wbiły się w okolicach mych łopatek. Jednocześnie kreatura przytrzymywała moje uda tylnymi nogami, również, niezbyt delikatnie, korzystając ze szponów. Pokryte turkusową łuską kończyny jaszczura przyciskały mój tułów coraz bardziej do przodu. Gad chciał dosłownie złożyć mnie na pół.
– Po co ci te zęby, bydlaku? – wykrztusiłem.
Pożałowałem.
Poczułem jak setka ostrych szpil wbija mi się w kark, by za chwilę napierać na mnie wraz z przednimi łapami. Nie wiem, na co to zwierzę poluje w tych górach, ale było jasne, że zamierza mi w ten pokraczny sposób złamać kark.
Wtedy uzmysłowiłem sobie, że jestem tuż pod jego brzuchem. Ignorując ból w plecach, sięgnąłem po sztylet i wymierzyłem cios w brzuch… Jak się okazało, turkusowe łuski były równie twarde, co barwne.
Ze wściekłością wykonałem jeszcze kilka pchnięć. Bez rezultatu.
Tymczasem czułem już dokładnie cały kręgosłup, najsilniejszy ból pulsował zaś w okolicach szyi i krzyża. Wiedziałem, że jeśli zaraz czegoś nie zrobię, głuche chrupnięcie karku zakończy mój żywot.
Nagle doznałem olśnienia. Skoro zwierzak polował w taki sposób, było oczywiste, że najgrubsze łuski ma na brzuchu, co innego jeśli chodzi o… Najszybciej jak mogłem, wychyliłem rękę w lewo, by z impetem zadać cios w bok gada. Jaszczur zasyczał i momentalnie odskoczył na kilka kroków, przechylając tułów tak, by eksponować opancerzony brzuch. W boku wciąż tkwił mój sztylet.
Niemrawo podniosłem się i wyprostowałem, czując jak ciepło i ból przenikają cały mój tułów. Jednakże wszystko wydawało się na swoim miejscu. Chwyciłem oburącz glewię. Wiedziałem, że jeśli będzie skakał, to znów natknę się na twardy brzuch, który niekoniecznie zostanie naruszony. Nie miałem żadnego pomysłu.
Gad znów wystrzelił w moją stronę. Gdy leciał, błyskawicznie ułożyłem broń wzdłuż siebie. Jaszczur powalił mnie, lecz jego lewa przednia łapa spoczęła nie na moim barku, lecz na ostrzu glewii.
Ostre pazury zadźwięczały, ślizgając się po stalowej powierzchni. Miałem czas, by wychylić się spod gada po lewej stronie, pomimo, że moje nogi wciąż były zablokowane przez tylne łapy.
Nie czekając ani chwili, chwyciłem za wciąż wbity sztylet. Gibki tułów gada był smukły i wydłużony, toteż kłąb kończył się na wysokości mojej szyi. Tyle wystarczyło.
Zacząłem dźgać na oślep turkusowy kark, z radością patrząc na coraz lepiej widoczną posokę. Jaszczur zaskrzeczał, po czym kilkunastoma niewyobrażalnie szybkimi susami wskoczył na najbliższą półkę skalną, a później dalej. Nie minęło dziesięć uderzeń serca, nim całkowicie zniknął mi z oczu. Chwilę później słyszałem jeszcze z oddali pojedyncze charknięcie.
Teraz już miał dość.
Na wszelki wypadek wciąż trzymałem w gotowości broń, a drugą ręką powoli masowałem krzyż. Bolała mnie szyja i kark, a później odezwały się także żebra. Na końcu zaczęły dawać o sobie znać powierzchowne rany ramionach i udach. Na szczęście były płytkie i z łatwością mogłem je opatrzyć. Później zauważyłem, że nie mam sztyletu. Wyglądało na to, że naskalnik będzie mieć pamiątkę.
Ruszyłem w dalszą drogę. Znów szedłem wijącym się, wyścielonym nietypowymi kamyczkami taktem. Zastanawiałem się, czy jestem w stanie znaleźć jaskinię smoka. Chciałem wierzyć, że trakt, po którym idę, jest zaproszeniem, że będę podążał nim jak po nitce do kłębka, ewentualnie ubijając po drodze lokalne potwory pokroju naskalnika.
Przez kolejne trzy noce nie działo się nic wartego opowiedzenia. Podróż po otoczakowej ścieżce, lekka ale też niezwykle nużąca.
Czwartej nocy jak zawsze spakowałem namiot i ruszyłem, w zasadzie bezmyślnie, po dobrze mi znanej dróżce. A ta w pewnym momencie po prostu się skończyła.
Wpierw poczułem, jakby ktoś mnie szturchnął. Nie wiedziałem, dlaczego stoję. Dopiero później spojrzałem pod nogi i zobaczyłem szarą górską ziemię. Wyglądało to tak, jakby ktoś pieczołowicie dekorował szlak kamieniami i nagle by mu się one skończyły. A ja stałem na skraju tej dróżki i nie wiedziałem co dalej zrobić. Cztery dni monotonnej wędrówki, podczas której byłem przez kogoś, lub coś, prowadzony jak za rękę i nagle muszę samodzielnie pomyśleć. Zgroza.
Gdy już otrząsnąłem się z szoku i przypomniałem sobie, że faktycznie moja głowa służy do czegoś więcej, niż podpora dla maski i pióropusza, postanowiłem rozejrzeć się wokoło. Droga rozwidlała się na trzy ścieżki, niestety żadna nie była wyłożona nawet gruzem, cokolwiek mógłby robić gruz w bezludnych Smoczych Górach.
Droga najbardziej po lewej prowadziła do sporego urwiska, zupełnie jakby sam Pan Podniebia odciął sobie kawałek góry. „Linia cięcia” była niezwykle równa, nie było też żadnej roślinności, ułamanych fragmentów skały, czegokolwiek, co świadczyłoby o tym, że owo ścięcie jest dziełem natury. Jednak pomimo pobożności, interwencja niebios byłą jednym z ostatnich pomysłów, jakie przychodziły mi do głowy. Byłem pewien, że gdzieś niedaleko ukryta jest siedziba smoka.
Z niechęcią zawróciłem, by zbadać kolejne dwie odnogi. Gdybym był smokiem, zamieszkałbym właśnie za takim urwiskiem, grunt to święty spokój. Kolejna ścieżka prowadziła w górę i kończyła się na wielkim głazie. Wokół kamienia widać było popękaną ziemię i kępy wyrwanej trawy. Zacząłem czuć się jak nieproszony gość, któremu sugerują, że czas iść do domu.
Gdy spojrzałem w stronę „kamyczkowej ścieżki”, którą przyszedłem na samym początku, zauważyłem, że otoczaki mocno zyskały na barwie. Stały się kolorowe, niektóre miały nawet ciekawe wzory.
Zacisnąłem zęby. Wiedziałem, czego chcę. Nie po to poświęciłem tyle czasu, nie po to niemal dałem się połamać naskalnikowi, by odejść z niczym. Ruszyłem, by zbadać trzecią drogę. W porównaniu z poprzednimi była trochę na uboczu. Uznałem, że to dobrze rokuje, jeśli chodzi o ukryte ścieżki. Trakt wił się dość długo między strzelistymi skałami. Po drodze nie spostrzegłem ogromnych głazów ani przeciętych na pół gór. Przyspieszyłem kroku, czułem, jak serce zaczyna coraz szybciej bić. Czułem, że jest blisko.
Jakież było moje rozczarowanie, gdy zobaczyłem, że droga kończy się w skale, zupełnie jakby ktoś ją złośliwie przestawił.
Zaczynało świtać. Uznałem, że rozbiję obóz na rozstajach, ot, by mieć wszystkie cztery ścieżki na oku.
Gdy pierwsze promienie słońca zaczęły przebijać się przez niebo, usłyszałem skwierczenie. Ze zdumieniem zobaczyłem tysiące drobnych czerwonych iskierek, które unosiły się powoli nad dróżką z otoczakami, niczym rój świetlików. Kamyczki zaczęły tlić się, by po chwilę ulecieć w postaci roju czerwonych punkcików. Patrzyłem oniemiały na drogę, nad którą unosiła się teraz ognista serpentyna. Widowisko trwało nie krócej niż wschód słońca. Nie wiedząc czemu, ignorując łzawienie oczu, spojrzałem wprost na świetlistą tarczę, która na dobre zadomowiła się już na niebie. I wtedy zobaczyłem przez chwilę złotą bramę.
– Tajemne przejście! – wykrzyknąłem. Ten znak był dla mnie oczywisty, któraś z zamkniętych dróg została dla mnie otwarta, ponieważ nie dałem się zwieźć i nie zawróciłem. To była próba.
Pobiegłem co sił w nogach do „uciętego” urwiska… jednak było takie jak wcześniej. Ruszyłem więc w stronę ogromnego głazu. Dopiero gdy zobaczyłem, że nadal jest na swoim miejscu, puknąłem się w czoło.
– Ukryta droga, oczywiście – rzekłem do siebie, po czym nie szczędząc energii ruszyłem trzecią, ukrytą ścieżką. Biegłem pokonując liczne zakręty aż w końcu padłem na kolana przed skałą, która bezlitośnie stała na środku, dokładnie tak jak wcześniej.
Dopiero teraz poczułem zmęczenie światłem. Słońce świeciło wściekle, wwiercając się w me oczy niczym setka os. Pojawił się też mocny ból głowy. Jednak czułem, że coś się zmieniło. Z uwagą obejrzałem skałę. Nie widziałem zbyt dobrze ze względu na zbyt ostre światło, ale miałem wystarczający ogląd, by stwierdzić, że faktycznie skałę pominęły wszelkie cudowne przemiany.
Zrezygnowany wróciłem do namiotu, gdzie założyłem osłony na oczy. Rozmyślałem w ciemności nad tym, co się wydarzyło. Ujrzałem tajemniczą przemianę kamyczków oraz złotą bramę. To musiało coś znaczyć, w końcu takie rzeczy nie zdarzają się na co dzień.
Zasnąłem. Gdy otworzyłem oczy, księżyc świecił wysoko na niebie. Świeciło coś jeszcze.
Tysiące drobnych, przypominających błękitne szkło kamyczków, tliło się niebieskim światłem. Wyścielone były nimi trzy ścieżki. Ta od urwiska, ta z głazem na końcu oraz ta, której bieg kończy się na skale.
Kolejny znak. Ruszyłem powoli w stronę trzeciej dróżki, tej, do które dostępu broni skalista ściana. Jednak zacząłem zwalniać coraz bardziej. To nie miało sensu. Zrozumiałem, że jeżeli poszedłbym jedną z tych ścieżek, zbadałbym każdą po kolei, by stwierdzić, że przejścia nie ma. Tak samo było w przypadku pierwszej wizji oraz przy pierwszej wizycie.
Powoli obróciłem się na pięcie. Droga, którą tu przyszedłem, wcześniej wyłożona pięknymi otoczakami, teraz, cała szara i zwyczajna, tonęła w mroku nocy. Ruszyłem powoli w dół, uważnie patrząc pod nogi. Księżyc, świecący żagiel Boga-marynarza, był w tym momencie moim sprzymierzeńcem. Pięknie oświetlał mi drogę, przez co mogłem powoli, krok po kroku przyjrzeć się jedynej ścieżce, której jeszcze nie poznałem. Ścieżce, która wcześniej była przede mną zakryta przez setki barwnych kamyczków.
Gdy wykonałem kilkanaście kroków, spostrzegłem niepozorną odnogę w bok. Kiedy szedłem tą drogą pierwszy raz, w górę, wiedziony przez morze otoczaków, ta mała dróżka w bok była dla mnie niezauważalna. Teraz jednak widziałem ją doskonale.
Schodziłem powoli w dół, przytrzymując się korzeni i gałęzi. Było bardzo stromo. Później droga wiła się nieco łagodniej, zakręcając jak ślimak. Na samym końcu biło jasne światło.
Majestatyczna skała pochylała się tworząc, wspaniały łuk, pod nim zaś emanowały złotą poświatą wrota.
Udało się.
Kiedy podszedłem do wrót, poczułem silne odepchnięcie. Odruchowo chwyciłem pewniej halabardę, nadal nikogo nie widziałem.
Wtedy poczułem to raz jeszcze, ale o wiele silniej.
– Zbliż się o krok, a zabiję. – rzekł głos przypominający szept. Głos, który rozległ się w mojej głowie.
Wtedy zobaczyłem, że unosi się przede mną chuda, niemal zupełnie przezroczysta istota, przypominająca nieco kijankę, ale mająca dodatkowo wychudzone ręce z długimi, zrośniętymi błoną palcami. Gdyby nie lekka fioletowa poświata, stworzenie byłoby zupełnie niewidoczne. Nigdy nie widziałem go na oczy, jednak nie było mi obce.
– Jesteś żywym cieniem, Tsatha’irem – powiedziałem. – Czymś pomiędzy istotą żywiołu światła i istotą żywiołu mroku. – Daruj sobie popis erudycji – zagrzmiał szept we wnętrzu mej czaszki. – Jestem strażnikiem tej bramy, a wolą mojego pana jest zabić każdego, kto do niej podejdzie.
– Przebyłem długą drogę, by tu dotrzeć. Jestem…
– Nie obchodzą mnie twoje sprawy, marna istoto! – poczułem, jak szept w mojej głowie ulega zwielokrotnieniu.
– Posłuchaj! – rzekłem stanowczo, a przynajmniej starałem się, by tak to zabrzmiało. – Jestem jednym z najlepszych rycerzy w całym Kraju Zer. Jeśli mnie nie wpuścisz, wyzwę cię na pojedynek!
– Ty? – czułem, jak drwiący ton odbija mi się o kości czaszki. – Jak śmiesz, marna węglowa formo? Jestem istotą fotonową!
Tak właśnie to zabrzmiało. Oczywiście nie mam pojęcia, o co memu rozmówcy chodziło.
– Nie jesteś pierwszy – kontynuował strażnik. – Zabiłem już dziesiątki takich jak ty. Dumni wojownicy, mędrcy, pustelnicy. Ludzie, Magowie, Płonący Strzelcy… Jesteście marniejsi niż proch! Zabiłem setki tobie podobnych, ale było to dla mnie mniej ważne, niż liść spadający z drzewa. Nic dla mnie nie znaczycie, nic! I tak samo stanie się z tobą i twoim żałosnym żywotem!
W tym momencie ogarnęło mnie coś dziwnego. Gdyby ktoś powiedział mi wcześniej, że znajdę się w takiej sytuacji, zapewne rzekłbym, że zaatakowałbym z gniewem przeciwnika, ginąc w chwale lub zwyciężając, powiedzmy, w jeszcze większej chwale.
Jednak teraz przepełniało mnie… współczucie.
Zrobiło mi się najzwyczajniej w świecie żal. Tsat’hair nie mógł się co prawda równać potędze swoich świetlistych lub mrocznych kuzynów, wciąż jednak był istotą ulepioną z innej gliny niż zwykły śmiertelnik. Istotą, po której oczekiwałbym, że wykaże się jakimiś lepszymi, „wyższymi” cechami charakteru.
Tymczasem umysł tego, był wypełniony jedynie pogardą. Pogardą dla przeciwników, pogardą dla innych ludów, pogardą dla samego życia. – Zrób krok, no dalej! – zasyczał głos w mojej głowie.
– Żal mi ciebie… – rzekłem powoli.
– Co?
– Żal mi ciebie. Jesteś wspaniałym bytem, a mimo to postrzegasz świat przez pryzmat uczucia tak niepodobnego do takich istot, jak ty. Twój żywot musi być straszny, skoro nie potrafisz docenić żadnego ideału. Nie potrafisz docenić nawet wartości życia.
– Jak śmie…
Nagle cień znalazł się w okręgu, który wyglądał jak zrobiony z samego mroku. Pierścień zaczął się zaciskać, a wraz z nim deformować zaczął się także Tsat’ha’ir. Pod koniec zrobił się zupełnie płaski, by ostatecznie zniknąć. Pozostało jedynie ciemniejsze miejsce, które ominąłem o kilka kroków, na wszelki wypadek.
Wyglądało na to, że współczucie okazało się potężniejszą bronią niż halabarda czy sztylet.
Powoli ruszyłem w stronę bramy. Złoto zdawało się płynne, pulsowało jakby drgało, jednak w dotyku okazało się zimne i twarde.
I tak właśnie brzmi historia o tym, jak spotkałem smoka.
– Nie, nie! Wałkujemy to już drugi raz! – krzyczał rozgorączkowany starzec.
– O co ci chodzi? – odparł poirytowanym tonem rycerz w masce. – Opisałem ci dwa razy moje spotkanie ze smokiem. Nie zamierzam tego robić po trzykroć.
– Nie, nie, nie! – krzyczał pełen gniewu pustelnik. – Zapętlasz się, gubisz wątek. Opowiadasz szczegółowo drogę do smoka, ale nie jesteś w stanie opisać spotkania. Obudź się!
– Przecież już ci mówiłem, starcze. Wyruszyłem z Tańiz, mego rodzinnego…
– Nie chcę słyszeć ani słowa o Tańiz, ani o turnieju, ani o ashterańskiej łajbie, ani o naskalniku. Chcę usłyszeć o twoim spotkaniu ze smokiem. Kiedy przekroczyłeś bramę, wszedłeś do jaskini. Co stało się dalej? Obudź się!
– Daj mi spokój obłąkańcu – żachnął się rycerz. – Wszedłem do jaskini i spotkałem smoka, przecież ci mówiłem. Kończmy tę rozmowę, muszę wracać do domu.
Pustelnik doskoczył do paladyna z niebywałą szybkością i chwycił go mocno za ramiona. Mocno nawet jak na męża w sile wieku. – Wszedłeś do jaskini, tak? – każde słowo pustelnika była niczym powolna, spadająca ze stalaktytu kropla wody. – Co zobaczyłeś? Przypomnij sobie jaskinię. Jak wyglądała?
Starzec puścił rozmówcę i oddalił się o krok.
– Obudź się… Co zobaczyłeś?
Paladyn zamyślił się. Próbował przypomnieć sobie cokolwiek, lecz miał wrażenie, że jego umysł nie jest wypełniony niczym poza pustką. Z nutą strachu spojrzał na starca, czując, jak obraz wokół niego zaczyna lekko falować.
– Co zobaczyłeś? – spytał pustelnik, tym razem spokojnie. – Powiedz… co widzisz.
Obraz rozmył się całkowicie. Nastała ciemność.
Zeryjski rycerz usłyszał kapiącą wodę, poczuł wszechobecny chłód. Z mroku powoli zaczął wyłaniać się obraz.
Przerażony paladyn cofnął się kilka kroków. Znajdował się w ogromnej kamiennej sali. Trudno było określić jej rozmiary, ponieważ tonęła w mroku, którego nie był w stanie przebić nawet czuły wzrok Zeryjczyka.
Widział jednak na tyle, by dostrzec misterne mozaiki zdobiące posadzkę. Były też kolumny, na których wyrzeźbiono igrające smoki. Filary tworzyły dwa rzędy, których końce ginęły w mrokach tego ogromnego pomieszczenia. Pomiędzy nimi wyzierała pusta przestrzeń, która wydawała się ciemniejsza od otoczenia, nawet od obecnego dalej mroku.
Paladyn poczuł czyjąś obecność. Instynktownie wpatrywał się w czerń pomiędzy kolumnami. Choć nic nie widział, instynktownie doświadczał bytności pana mrocznej sali.
Cień zawieszony między kolumnami zaczął się zbliżać. Białym oczom Zeryjczyka zaczęły powoli ukazywać się ogólne zarysy długiej szyi, trójkątnej głowy, później błoniastych skrzydeł i w końcu długiego ogona. Nie minęło kilka uderzeń serca, a tuż przed rycerzem stał już zupełnie materialny czarny smok.
– Obudziłeś się – rzekł głos dobiegający ze środka głowy rycerza. Nie był to jednak nieprzyjemny, inwazyjny szept żywego cienia. Ton tego głosu był nieokreślony, a jego forma tak delikatna, że rycerz miał wrażenie, jakby jakaś tajemnicza siła bardziej pomagała mu przypomnieć sobie to, co już wie, niż żeby wchodziła do jego umysłu.
– Gdzie… Kiedy ja jestem? – spytał nieskładnie osłupiały Zeryjczyk.
– Jesteś tu, w mojej jaskini. I teraz, w tej właśnie chwili – odpowiedział łagodnie głos. Czarny, długi na dwa kroki smoczy łeb wpatrywał się w rycerza dużymi, niemal trójkątnymi oczami, z których emanowała czysta ciemność.
Rycerz czuł, jak ogarnia go spokój. Usiadł powoli na posadzce, nie bardzo wiedząc kiedy. Wydawało mu się, że zanurza się w ciepłej, miłej wydzielinie, która odgradza go od wszelkich problemów i zagrożeń.
– Jesteś gotowy – zakomunikował smok.
– Gotowy? – Zeryjczyk czuł się coraz lepiej. Jego myśli stały się trzeźwe i wyraziste.
– Jesteś w mojej jaskini już drugi dzień. Musiałem cię nawet nakarmić i napoić, naginając nieco twą wolną wolę. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe.
– Drugi dzień? – spytał rycerz ze zdumieniem w głosie.
– Udało ci się dowieść, że jesteś godzien audiencji. Pokonałeś wszystkie przeszkody, które postawiłem na twej drodze, człowieku. Nie zwiodła cię fałszywa droga, pokonałeś żywego cienia, mego sługę. Co do naskalnego jaszczura, nie miałem z tą sprawą nic wspólnego, ale tam również wykazałeś się hartem ducha. Jednak zabrakło ci sił na spotkanie ze mną.
Nastała cisza, tak w jaskini, jak i w głowie paladyna. Smok czekał dłuższą chwilę, wiedząc, że jego gość musi sobie to wszystko poukładać. – Nie byłeś gotowy – kontynuował smok. – Dlatego też wniknąłem do twego umysłu i stworzyłem iluzję, przybierając postać pustelnika z twojego wspomnienia. Dopiero gdy po raz wtóry opowiadałeś mi swoją historię, zdołałeś pojąć, że ona wciąż trwa, a jej koniec jeszcze nie nadszedł. A zatem… Witaj w moich skromnych progach, człowieku.
– Jesteś… – rzekł niepewnie Zeryjczyk, po czym rozejrzał się powoli. – Ta sala, te zdobienia?
– Tak, to moje dzieło – głos w głowie rycerza miał w sobie nutkę dumy. – Ukształtowałem to miejsce według własnego upodobania, wyłącznie dzięki swej woli.
– Woli? – spytał rycerz, tym razem śmielej. – Rozgrzałeś do czerwoności głazy, a następnie zatopiłeś w nie swe pazury, by nadać im pożądany kształt?
– Nie do końca, mój gościu – gad zdawał się nieco rozbawiony. – Nie chcę, by zabrzmiało to zbyt protekcjonalnie, ale my, istoty wyższe, nie musimy polegać na sile czy wytrzymałości. Wszystko jest kwestią naszej woli i tego, o ile tę wolę jesteśmy w stanie zamienić w rzeczywistość. Odpowiednio zogniskowana energia staje się ciałem.
Po krótkiej analizie impulsów nerwowych rycerza, smok uznał, że nie wyraził się dostatecznie jasno.
– Wyobraź sobie rzekę. Podczas gdy zwykłe istoty męczą się, by przebyć ją na… starej ashterańskiej łajbie, my, istoty wyższe, zmieniamy bieg samej rzeki, kierując wodę tam, gdzie chcemy.
Zeryjczyk nie był pewien, w jakim stopniu zrozumiał to, co pan jaskini wtłaczał mu do głowy. Wpatrywał się uważnie w smukłą sylwetkę ogromnego, długiego na kilkanaście kroków gada. Paladyn uzmysłowił sobie, że właściwie odkąd ujrzał mrocznego jaszczura, zaczął odczuwać nieokreślony dyskomfort.
– Czyżbyś był zawiedziony? – zagrzmiał głos w głowie rycerza. Spodziewałeś się ujrzeć coś innego?
– Chyba… tak – odparł zmieszany Zeryjczyk. – Smoki zawsze kojarzyły mi się z ogromną mocą, potęgą. Spodziewałem się więc ogromnych szponów, rzędów ostrych kłów, grubych łusek.
– Taka większa wersja naskalnika?
- Taak – rycerz odpiął maskę, a następnie na znak szacunku zdjął hełm. – Przepraszam, że robię to dopiero teraz… Ty… Wy jesteście inni, smoku. – W tym momencie Zeryjczyk żałował, że nie jest Anosem. Tamci z pewnością mają jakiś specjalny, długaśny wyraz, którym tytułują smoki. – Wasz ogon, szyja i tułów są długie i smukłe, czarne jak noc łuski przypominają bardziej kamienie szlachetne niż mocny pancerz. Nawet pazury wyglądają bardziej jak ozdobna, ceremonialna broń, a nie wojenny oręż. A skrzydła kojarzą mi się trochę z… Wachlarzem? Proporcem? – Daj spokój, myślisz, że jakikolwiek smok poleciałby na czymś takim? – Gad rozpostarł na chwilę jedno skrzydło, prezentując półprzezroczyste błony lotne. – Istotą jest siła woli.
– Siła woli – powtórzył rycerz. – Teraz pojąłem, czym jest prawdziwa potęga. Zdajecie się, smoku, istotą kruchą i delikatną, zbyt piękną, by posiadać siłę w rozumieniu śmiertelnika, tymczasem wasza moc leży nie w sile, lecz w umyśle. Wasza władza jest tak wielka, że zdaję się przy was marnym pyłkiem. Dziękuję, że pozwoliliście mi was spotkać.
Paladyn rzucił na ziemie hełm i maskę, po czym upadł na kolana, dzwoniąc przy tym nagolennikami.
– Och, daj spokój – ton smoka zdradzał znudzenie. – Widzę, że dała ci się we znaki retoryka mojego strażnika. Zasłużyłeś, więc cię wpuściłem. Cieszę się, że mogłem spełnić twoje marzenie…
– Mogę zadać wam pytanie, smoku?
– Pod warunkiem, że będzie miało więcej treści niż te, które zadałeś przed chwilą…
– Jak to jest być tak potężnym? My, ludzie, zawsze mamy kogoś nad sobą, zawsze czegoś lub kogoś się boimy. Jak to jest, gdy dysponuje się tak wielką mocą, że nie trzeba obawiać się niczego niczym sami bogowie?
W głowie paladyna rozległo się westchnięcie.
– Gdyby to było takie proste – odparł ciężko smok. – Patrz…
Obraz zaczął wirować. Rycerz miał wrażenie, że delikatnie unosi się w powietrzu, a następnie zostaje porwany przez ogromny podmuch wiatru. Nastała ciemność. Nie mógł się poruszyć, nie wiedział, gdzie jest.
Po chwili zaczął widzieć kształty, które z każdym uderzeniem serca zyskiwały na ostrości. Widział lasy, góry, wszystko z niebywałej wysokości. – To nasz świat, Świat Ayanański. Ten sam, w którym obecnie żyjemy – odezwał się w głowie rycerza smok. – Jednak to, co widzisz nie dzieje się teraz. To wspomnienie mojego dalekiego przodka. Te wydarzenia działy się wiele, wiele lat temu.
Paladyn uzmysłowił sobie, że ogląda świat z perspektywy smoka. Prócz wzgórz, lasów i rzek widział także barwne nitki, które wiły się i skręcały w różnych kierunkach. To były strumienie energii.
Góry i doliny zmniejszały się coraz bardziej. Zeryjczyk czuł, jak wznosi się coraz wyżej. Po dłuższej chwili dostrzegł z boku drugiego smoka, lodowego. A następnie kolejnego, i jeszcze jednego. Setki skrzydlatych gadów leciały w tę samą stronę. Były to jaszczury wszelkiego żywiołu, od mroku i światła, przez błyskawice, po ogień i wodę.
– Zebraliśmy się wszyscy – rzekł głos w głowie rycerza. Każdy żmij zamieszkujący nasz świat.
Następnie rycerz uznał, że widzi rój owadów, jednak po chwili okazało się, że w jego stronę leci armada wspaniałych, złoto-niebieskich statków, które poruszały się po niebie niczym ptaki, choć nie miały skrzydeł. Statki „zacumowały” tuż przy unoszących się w powietrzu smokach. Niektóre z nich były dwa, trzy razy większe od żmijów.
– Flota siriańska – rzekł spokojnie głos – odwieczni przyjaciele smoków, których jesteśmy wiecznymi dłużnikami.
Latających statków i jaszczurów przybywało z każdą chwilą, w pewnym momencie zdawało się, że wypełniły całe niebo.
Wszędzie dookoła fruwały także wielobarwne nici energii. Rycerz widział je doskonale smoczymi oczami. W pewnym momencie pojedyncze nitki zaczęły splątywać się w długie, obracające się wokół własnej osi łańcuchy, które ostatecznie skupiały się w podłużne kłęby.
Wszędzie dookoła zaczęły pojawiać się istoty o kształcie kijanek. Formą przypominały nieco żywego cienia, który bronił smoczej bramy, jednak te były o wiele większe. Jedne zdawały się stworzone z czystego światła, drugie zaś ziały mrokiem i nicością.
– Dobrze widzisz – mówił smok. – Przybyły też Seydury i Seyhiry, istoty czystego światła i czystego mroku. Wszyscy jednak czekaliśmy na nasze główne siły uderzeniowe.
Po dłuższej chwili zjawiło się kilka niepozornych istot mających nie więcej niż trzy kroki długości. Podobne do ważki skrzydła i członowany odwłok sugerowały, że są to owady, jednak rycerz od razu rozpoznał pęk wijących się, zdobiących koniec ogona świetlistych czułków oraz ogromne żółte oczy – to były Ariyat’hany, święte rośliny, istoty rangi boskiej.
– Zgromadziły się wszystkie istoty, od których zależały losy naszego świata. Żmijowie ze swoją mocą żywiołów, Sirianie ze swoją technologią, będące manifestacją energii świetliste Seydury i mroczne Seyhiry oraz władające mocą w najczystszej postaci Ariyat’hany.
Rycerz spojrzał w górę.
Nagle niebo zdało się pęknąć na pół, a z ogromnej szczeliny wysunęło się… coś. Coś, czego nie był w stanie opisać. Patrząc oczami smoka, paladyn widział ogromne sploty energii. Moc, która płynęła od nieznanego, obcego bytu była niczym ogromny głaz. Głaz, który był w stanie bez problemu zmiażdżyć garstkę robaków.
Wszystkie zgromadzone istoty poczuły niemoc. Poczuł ją także paladyn, zupełnie jakby był jednym ze smoków. Było to dla niego coś niewyobrażalnego. Istoty, których potęga była dla niego abstrakcją, stały się bezsilne i słabe, zupełnie jak on sam w porównaniu z mrocznym smokiem.
Niebo zapłonęło. Rozpoczęła się dziwaczna wojna, będąca dla paladyna czymś na skraju pojmowania. Ogromne sznury energii przeciskały się pomiędzy wojskami, przypominało to nieco przeciąganie liny. Dziwne zawody, gdzie wola tysięcy wspaniałych istot ściera się z ogromnym, potężnym wirem, który rozbija energetyczne węzły na drobne iskry.
Siriańskie statki spadały na ziemię jeden po drugim. Padały również smoki, setkami. Z kolei istoty ze światła i mroku były dosłownie pochłaniane przez tajemniczy, obcy byt. Jedynie Ariyat’hany jakoś się trzymały.
Z każdą chwilą wojska wykruszały się coraz bardziej, przypominało to pojedynek pływających po wodzie liści rzęsy wodnej z kadłubem dalekomorskiego żaglowca.
Nagle wszystko ucichło. Na niebie ukazał się jeszcze jeden kształt.
Był to ogromny, wijący się na niebie wąż, którego ciało zdawało się utworzone z tysięcy purpurowych kryształów, które opalizowały wszelkimi możliwymi barwami.
– Wynoś się! – zagrzmiał tajemniczy przybysz. Jego głos, a właściwie sygnał myślowy, był tak potężny, że powietrze zafalowało, a położona tysiące kroków niżej ziemia zadrżała.
Kryształowy wąż spojrzał przelotnie na obcą istotę, która jeszcze przed chwilą dziesiątkowała najpotężniejsze armie tego świata. Obcy byt pośpiesznie wycofał się do szczeliny w niebie, która chwilę później zniknęła. Gdyby nie leżące na dole wraki statków i martwe gady, trudno byłoby przypuszczać, że rozegrała się jakakolwiek bitwa.
Paladyn otworzył oczy, chciwie łapiąc powietrze, zupełnie, jakby przed chwilą się topił.
– Ten kryształowy wąż. To, to był Hur-zatus, prawda? Bóg magii. – Wydyszał, ze zdumieniem stwierdzając, że siedzi na posadzce i dla pewności badając ją ręką.
– Bóg magii, powiadasz? – głos smoka zdradzał ironię. – W każdym razie, tak, wy, ludzie, nazywacie go Hur-zatusem. Jak widzisz, są na świecie siły, które wykraczają nawet poza pojmowanie tych, którzy z kolei wykraczają poza twoje pojmowanie. Dość już o tym, skupmy się na czymś innym… Wystaw ręce.
Gdy Zeryjczyk spełnił prośbę żmija, ze zdumieniem spostrzegł, jak na jego dłoniach tworzy się czarny kształt. Ciemność zdawała się coraz bardziej gęstnieć aż w końcu utworzyła posążek z czarnego błyszczącego kamienia. Przedstawiał górę, na szczycie której siedział smok. Była też zaznaczona prowadząca na szczyt ścieżka, którą przecinała rzeka. Wyżej widniała płaskorzeźba malutkiego naskalika, a później trzy fałszywe drogi.
– Pomyślałem, że ucieszy cię pamiątka – zakomunikował żmij. – Ale teraz już na ciebie czas. Idź prosto pomiędzy kolumnami, trafisz do tylnego wyjścia.
Rycerz nie chciał jeszcze opuszczać smoka, ale karnie ruszył przed siebie. Nie minęło wiele czasu, a był już na powierzchni i szedł prostą drogą w dół, która zdawała się nienaturalnie lekka i kierowała się w stronę ojczystego Kraju Zer na północy. Z czasem „luksusowa” ścieżka przerodziła się w zwykły kamienisty trakt. Wyglądało na to, że tutaj już nie sięgała władza mrocznego smoka.
Paladyn uznał, że rozbije obóz nieopodal ciekawej, powykrzywianej skały. Zdjął plecak i już miał zamiar schylać się, by rozkładać namiot, gdy do jego uszu dotarł syk.
Na oddalonym o zaledwie kilka kroków głazie siedział naskalnik. Zwierzę syknęło raz jeszcze.
Zza głazu wyszły powoli dwa kolejne jaszczury. Jeden z nich zdecydowanie szykował się do skoku, natomiast pozostałe dwa powoli okrążały swoją zdobycz.
– Ponoć jesteście samotnikami. – wycedził przez zęby Zeryjczyk, chwytając oburącz halabardę.
Rozległ się kolejny odgłos, tym razem za plecami paladyna. Zbliżał się kolejny jaszczur, z którego boku wystawał znajomy sztylet.
– Zemsta, prawda? – rzekł ironicznie Zeryjczyk. Wiedział, że nie ma szans, jednak przyjął to ze spokojem. Spełniło się jego największe marzenie. Naskalnik ze sztyletem w boku wyprężył się, lecz zamiast skoczyć wydał z siebie trzykrotnie stłumiony skowyt. Inne zwierzęta zatrzymały się, by chwilę później zacząć się wycofywać.
– Zaraz… – skonsternował się paladyn. – Czyżbyś ostrzegał swych braci przede mną?
Uderzenie.
Zeryjczyk leżał zdezorientowany na plecach. Jego pierś była przygnieciona przez szponiastą nogę. Podobna kończyna trzymała też lewe udo rycerza. Paladyn widział nad sobą naskalnika, jednak innego niż pozostałe. Był niemal dwa razy większy, a kolor łusek, miast na turkusowo, połyskiwał ciemnym błękitem.
– Skądżeś się tu… – Gad przycisnął łapą klatkę piersiową zdobyczy, jakby chciał wymusić milczenie.
Pozostałe naskalniki zaczęły się coraz bardziej zbliżać. Rycerz doskonale widział, jak otwierają paszczę i prezentują liczne zęby.
Wtem, na czas uderzenia serca, błysnęło światło, a chwilę później zrobiło się ciemno. Coś poruszało się z ogromną prędkością i krążyło między jaszczurami. Po chwili tajemnicza siła wyrzuciła niebieskiego gada w powietrze, by niedługo później cisnąć nim ciężko o ziemię. Jaszczur błyskawicznie odskoczył, by błyskawicznie zniknąć między skałami. W jego ślady poszły pozostałe gady.
– Szukałem cię – rozległ się szept w głowie paladyna.
– Strażnik bramy? Żywy cień? – Zeryjczyk znał ten głos aż za dobrze. – Uratowałeś mnie.
– Uratowałem? – głos odbijał się echem – Nie. Po prostu nie mogłem pozwolić, by jakieś durne zwierzęta popsuły moje plany.
– Plany? O czym ty mówisz? – Rycerz miał złe przeczucia. Ostrożnie podniósł się z ziemi, tuż przed nim majaczyła przezroczysta, ledwo widoczna, przypominająca kijankę postać żywego cienia.
– Upokorzyłeś mnie! – syknął żywy cień. – Co ty sobie myślisz? Przychodzisz do Smoczych Gór jak do siebie. Cudem unikasz śmierci ze szponów lokalnego drapieżnika, następnie przypadkowo odkrywasz wejście do jaskini, pomimo że od początku dostawałeś wskazówki jak tam trafić. I na końcu „pokonujesz” mnie, ponieważ wykazałeś nietypową dla twojego marnego gatunku reakcję i rozbawiłeś mego pana.
– Twój pan sam mnie wpuścił. Byłem mile widziany w jego jaskini.
– Możliwe, ale jestem jeszcze ja i w tej chwili jesteś bardzo niemile widziany. Jestem Tsat’ha’irem! Istotą światła i mroku, a ty musisz okazać mi szacunek. Tutaj nie sięga władza mego pana, więc jesteś zdany na moją łaskę. Zrozumiano?
– Może i jestem idealistą, ale nie głupcem – rzekł zrezygnowanym tonem rycerz. Jednak gdy już miał klękać, przypomniało mu się spotkanie ze smokiem. To nie siła była źródłem potęgi żmija, lecz jego wola.
Paladyn zacisnął pięści i wypiął pierś.
– Na kolana! – zagrzmiał cień.
– Nie.
– Jak śmiesz? Zniszczę cię!
– Nie. Szanuję twój lud. Mroczny smok, twój pan, pokazał mi wielką bitwę, która rozegrała się tysiące lat temu. Do walki stanęły świetliste Seydury i mroczne Seyhiry. A jeśli tak, to jest oczywistym, że zjawili się także twoi pobratymcy, mroczno-świetliste Tsat’ha’iry.
– Co próbujesz ugrać, człowieku? Dobrze wiesz, że opowieści smoków i innych stworzeń nie wspominają o nas, jesteśmy zbyt słabi, by mierzyć się z panami tego świata… ale wystarczająco silni, by zetrzeć na proch takiego śmiertelnika jak ty!
– Nie wspominają, ale wydaje mi się oczywiste, że tam byliście. Nie zaprzeczasz.
– Owszem, byliśmy. I ginęliśmy tak samo, jak wspaniałe smoki, Sirianie, czy inne istoty. Dlatego tym bardziej masz oddać mi cześć!
– Jednak czy ty brałeś udział w tej bitwie?
– Nie. Zaczynasz mnie denerwować…
– Dlaczego zatem mam okazać cześć tobie?
– Jestem istotą wyższą, głupcze!
– Może i tak, ale charakterem nie różnisz się od niejednego człowieka! Jesteś arogancki i próżny, a do tego nie masz poszanowania dla życia. Nie zasługujesz na cześć!
Rycerz poczuł, jak potężna siła przyciska go do ziemi. Wnętrze jego głowy na wskroś przeszywał pełen gniewu ryk. Potężna siła zaczęły kruszyć kamienie tuż przy jego głowie, obracając je w pył. Następnie poczuł, jak wola żywego cienia podnosi jego ciało, zupełnie jakby nic nie ważyło. Zawisł tak dwa kroki nad ziemią, czując ogromny ucisk w okolicach ciemienia.
– To twoja ostatnia szansa! Okaż mi cześć, bo inaczej zgniotę cię jak tamte kamienie wcześniej!
Paladyn pochylił głowę. Wiedział, że jest bezsilny. Jednak w tym momencie coś się stało, w głowie czującego ogromny ucisk w okolicach ciemienia Zeryjczyka, zakiełkowała myśl.
– To twoja ostatnia szansa! Okaż mi cześć, bo inaczej zgniotę cię jak tamte kamienie wcześniej!
– Zaczekaj…. Czy wiesz, kim była ta istota? Ta, która tysiące lat temu chciała zniszczyć świat?
– Nikt tego nie wie! A już na pewno nie taki śmieć jak ty!
– Daj mi tylko chwilę. Mroczny smok, twój pan, pozwolił mi spojrzeć na tamte wydarzenia żmijowymi oczami. Widziałem sznury energii, jej kształty i rozmieszczenie. Widziałem jak wyglądały w świetlistych Seydurach i mrocznych Seyhirach. Takie same warkocze mocy emanowały od tamtego przybysza.
– I co z tego? Opóźniasz tylko własną śmierć!
– To był Tsat’ha’ir! Istota, która rozdarła niebo i była potężniejsza od wszystkiego, co żyje na tym świecie, należała do twojego rodzaju! Niewidzialna siła puściła. Rycerz z głuchym odgłosem spadł na ziemię, z trudem łapiąc oddech i trzymając się oburącz za pękającą z bólu głowę. – Co powiedziałeś?
– To był… żywy cień! Przedstawiciel… twojego rodzaju – paladyn z trudem składał zdania, choć teraz czuł się już nieco lepiej. – A to oznacza, że ty też możesz osiągnąć wielką moc, chociażby taką jak twoi krewni, Seydury i Seyhiry.
– To niemożliwe – odparł żywy cień spokojniejszym, lecz rozgoryczonym tonem. – Powiem to upraszczając, by twój ograniczony umysł mógł cokolwiek pojąć… My Tsat’ha’iry, mamy w sobie dwa razy więcej energii niż spokrewnione z nami istoty czystego mroku lub istoty czystego światła. Jednak w naszym przypadku, napędzające nas siły wygaszają się wzajemnie. To dlatego nigdy nie osiągamy potęgi równiej naszym kuzynom, którzy mają w sobie jedynie moc mroku lub moc światła. Mój rodzaj skazany jest na pozostanie w tyle, będąc na tyle nisko, że musi słuchać nawet smoków.
– Ale ta istota. Ona miała w sobie i światło i mrok, jednak jakby… Trudno mi to nazwać… Kierowała energią, moce nie wygaszały się, lecz wzmacniały.
– I niby ty to odkryłeś? Były tam setki istot wyższych, ale dopiero ludzki rycerzyk nas wszystkich oświecił?
– Skąd wiesz, że smoki i inne istoty o tym nie wiedzą? Może po prostu nie chcą, byście wy, żywe cienie, poznali swój prawdziwy potencjał – Zeryjczyk był zdziwiony ostatnimi słowami. Nie był pewien, czy wypowiedział je sam, czy może ktoś mu je wtłoczył to ust.
Po tych słowach żywy cień zniknął. Nastała cisza.
Rycerz poczuł ruch w kieszeni, do której schował prezent od smoka. Gdy wyjął posążek, zauważył nowy detal. W miejscu, gdzie wcześniej widniała tylko część góry pojawiła się podobizna przypominającej kijankę istoty – Tsat’ha’ira.
ARHIZ
Wyruszyłem z Tańiz, mojego rodzinnego miasta. Najpierw podróżowałem przez Mroczne Pola, nic szczególnego. Jednak im dalej na południe, im bliżej granic ojczyzny, tym ciężej było mi na sercu.
Przygotowywałem się do tej wyprawy dziesięć lat. Zadbałem o każdy szczegół. Pobierałem lekcje fechtunku od najznamienitszych mistrzów całego kraju Zer. Później udałem się do mnichów i kapłanów, by z nimi kontemplować, umartwiać się i medytować. Na sam koniec ukryłem szlacheckie pochodzenie i zatrudniłem się na roli jako parobek.
Po tym wszystkim byłem już kimś więcej niż arystokratą, poznałem smak pozostałych klas społecznych: kapłaństwa i chłopstwa. Dopiero wtedy uznałem, że jestem gotowy, by się z nim skonfrontować.
Jednak już przy południowej granicy natrafiłem na pierwszą przeszkodę, banalną i w żadnym razie niepasującą do opowieści o wielkich czynach. Rzeka. Śatya, tak się zwała. Słyszałeś, że w kraju Zer płynie coś takiego? Ja też nie. Jest na tyle mała, że nie ma jej na większości map… jednak bierze początek aż w Smoczych Górach i skutecznie odcina nasze ziemie od terenów kawałek na południe od granicy. Miejscowi powiedzieli, że kiedyś były tam dwa mosty, niestety już lata temu pozostały po nich jedynie zgliszcza.
I w ten sposób nagle poczułem solidarność z wieśniakami mieszkającymi przy południowej granicy. Problem chłopów z wioski Śiźin znad rzeki Śatya, choć dzień wcześniej nie miałem pojęcia o ich istnieniu, stał się także moim problemem.
Nie pozostało mi nic innego, jak ruszyć wzdłuż rzeki, na wschód. Średnio mnie to cieszyło, zważając, że kierowałem się na południowy zachód, ale nie było innej drogi. Szedłem tak cały dzień i całą noc, robiąc sobie dwie krótkie przerwy na sen. W duchu cieszyłem się, że miejscowi zechcieli uzupełnić moje zapasy żywności, wody też miałem pod dostatkiem, zważając na sąsiedztwo rzeki. Zastanawiałem się, jak poradzę sobie poza granicami kraju, gdzie, jak wiadomo, Czarny Całun nie zakrywa nieba i dni są jaśniejsze niż światło setki świecących grzybów.
Nazajutrz, gdy tylko otworzyłem oczy, ze zdziwieniem stwierdziłem, że problem przeprawy przez wodę rozwiązał się sam.
Pokraczna barka leniwie kołysała się na rzece zaledwie kilkanaście kroków ode mnie. Na brzegu stało kilka osób.
Nie czekając na zaproszenie ruszyłem w ich stronę. Zbliżając się dostrzegłem na łodzi chudego mężczyznę, którego krótkie czułki i jednolicie czarne oczy zdradzały ashterańskie pochodzenie. Cholerny naród kupców, pojawią się wszędzie, gdzie tylko zwęszą możliwość napełnienia sakiewki. – Żaprasza, żaprasza! – nawoływał z zabawnym akcentem cudzoziemiec. – Przejaszd na druga strona tylko pół dihrana.
Drogo – pomyślałem.
Na brzegu stało kilku mężczyzn i jakieś młode małżeństwo, patrząc po oczach, miejscowi. Był też jeden Anaos i jakiś facet z rasy Piórogłowych z łukiem na plecach. Byliście też oczywiście wy, dziadku.
Będąc już w łodzi, odkryłem, że załapałem się na pierwszą, próbną wycieczkę. To właśnie dlatego zapłaciłem „tylko” pół dihrana.
Co chwilę zerkałem na milczącego Piórogłowego, którego długie brązowe czułki przywodziły na myśl pióra zdobiące ogon bażanta. Pierwszy raz widziałem kogoś ze stepów na dalekim wchodzie.
– Sądząc po stroju i zdobionej masce, należysz do arystokracji, As’heganē – odezwał się nagle Anaos, wyrywając mnie z zadumy.
– W rzeczy samej, jestem rycerzem na służbie lorda miasta Tańiz – odparłem nieco zdawkowo, zastanawiając się, czy dziwne słowo, którym zatytułował mnie rozmówca, aby na pewno jest zwrotem grzecznościowym.
– Co zatem rycerz robi na peryferiach kraju, w miejscu, gdzie nawet obecność mostu jest nieosiągalnym luksusem? – spytał nieznajomy, skłaniając się lekko – oczywiście, jeśli można zapytać, As’heganē.
Na początku nie chciałem udzielać odpowiedzi, jednak po chwili uzmysłowiłem sobie, że jeśli chcę powiedzieć o tym komukolwiek, to właśnie jemu, Anaosowi. Cudzoziemcowi, dla którego cel mojej wędrówki jest świętością.
– Chcę spotkać się ze smokiem.
Jeden z Zeryjczyków parsknął śmiechem, drugi zaczął szeptać coś do kompana, niezbyt dyskretnie wykonując gest sugerujący mój obłęd. Młode małżeństwo nagle zainteresowało się obserwowaniem fal, tak bardzo, że ani na chwilę nie spoglądali w moją stronę.
Tak. Pożałowałem, że to powiedziałem.
- Sagadīn. – syknął Anaos, szczerząc w przyjaznym uśmiechu małe, ostre ząbki.
– Że co proszę? – Doprawdy, czy oni nie mogą mówić jak wszyscy?
- Sagadīn. Ten, który odbywa pielgrzymkę. Smoki to święte istoty, władcy żywiołów. Niewielu ludzi ma w sobie tyle odwagi, by dobrowolnie udać się na spotkanie z którymś z nich.
– Niewielu ludzi ma w sobie tyle głupoty – rzekł parskający przed chwilą mężczyzna. – Smoki to potężne stworzenia, ich moc jest tak wielka, że jeden położyłby stu wojowników, nim zdążyliby mrugnąć.
– Zdaję sobie sprawę z potęgi żmija – odparłem dumnie, nie dając się sprowokować prostakowi – jednak z tego, co widzę, prócz taktu nie nauczono cię także religii. Wiedziałbyś bowiem, że są to istoty szlachetne, nieskazitelne w swych czynach.
– Gadanie – żachnął się rozmówca, lecz chwilę później jego twarz złagodniała. – Wybaczcie, panie, jeślim was uraził. Prosty chłop ze mnie. Chodzi mi tylko o to, że smok to taki trochę król. Ma swoje ziemie i moc tak wielką, jakby podlegało mu wojsko. Jeżeli ktoś ot tak wejdzie na jego teren, gad z pewnością się rozgniewa.
– Och, zamilcz! – oburzył się Anaos. – Nie słuchaj go, As’heganē. Szlachetność smoków znana jest w całym świecie, a nawet poza nim.
Grzecznie przytaknąłem, czułem jednak dyskomfort. Tamten gbur miał sporo racji. Nawet jeśli żmij okazałby się dobry na równi ze świątynnymi kazaniami lub wywodami Anaosów, wchodząc na jego ziemie będę intruzem. A co, jeśli uzna moją wizytę za bezprawne wtargnięcie?
– Ludzie z południa i wschodu nieroztropni – rozległ się dźwięczny głos z „dzikim” akcentem. Piórogłowy spojrzał na mnie przenikliwie, wytrzeszczając brązowe oczy. – Żmij straszniejszy niż tysiąc węży i tysiąc stepowych bestii. Jeżeli Zeryjczyk pójdzie do Smoczych Gór, przepadnie.
Po chwili twarz egzotycznego koczownika wróciła do poprzedniego stanu i jakby skamieniała. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nomada nie ma jakiegoś szczękościsku.
– A więc znasz tutejszą mowę, przyjacielu? – odezwał się ironicznie Anaos, patrząc z pogardą na Piórogłowego. – Może zamiast, jak na barbarzyńcę przystało, pleść androny, pochwalisz się celem twojej wędrówki?
Nie pochwalił się.
– Nie przejmujcie się, Panie, czczym gadaniem – włączył się kolejny rozmówca, tym razem „pan młody” nagle stracił zainteresowanie falami. – U nas na wiosce kapłan zawsze prawił, że smoki to strażnicy cnót, prowadzący żywot równie zacny, co święci.
Wszyscy nagle zainteresowali się smokiem. Każdy miał na tę sprawę jakiś pogląd, każdemu wydawało się, że to on wie najwięcej o potężnym jaszczurze, choć żaden na oczy tej istoty nie widział.
Nie miałem ochoty się odzywać. Zapewne, gdybym był na miejscu któregokolwiek z nich, z chęcią opowiedziałbym, jaki naprawdę, w moim mniemaniu, jest żmij. Jednak to ja, ja miałem się z nim spotkać oko w oko.
Barka przybiła do brzegu.
– Szybko, tanio i beszpiecznie! – zawołał Ashteranin podejrzanie sztucznym tonem. – Życzy miłego dnia! I żaprasza ponownie!
Gdy dotknąłem stopami ziemi, poczułem ulgę. Nie, nie chodzi o to, że dopłynęliśmy cali, znaczy, to też… Jednak chodzi mi oczywiście o tych wszystkich „znawców smoczej natury”. Im dłużej ich słuchałem, tym bardziej uświadamiałem sobie, że tak naprawdę cel mej wędrówki jest dla mnie wielką zagadką.
I wtedy odezwałeś się ty.
– Dlaczego chcesz spotkać się ze smokiem? – zapytałeś, a twe słowa odbiły się echem we wnętrzu mej czaszki.
Rozejrzałem się wokoło. Nie było nikogo prócz nas. Nawet Ashteranin gdzieś zniknął.
– Będziesz tutaj tak sterczał do wieczora? – zapytałeś, jak sam wiesz.
Później powiedziałeś mi, że reszta tak się rozgadała, że nawet nie zauważyli, że z nimi nie idziemy. Wtedy właśnie uzmysłowiłem sobie, że widzę pod powiekami dziwny symbol. Ciemny trójkąt z jasnym czubkiem. Nie powiedziałe ci wtedy o tym.
Kiedy zapytałeś mnie, dlaczego pragnę ujrzeć na własne oczy żmija, niby było to dla mnie oczywiste, jednak nie potrafiłem odpowiedzieć.
– Żeby się z nim skonfrontować. – Wykrztusiłem z siebie po dłuższej chwili.
Ty zaś, starcze, odpowiedziałeś znamienne: dlaczego chcesz się z nim skonfrontować?
Wtedy miałem problem, by ubrać to w słowa, pozwól więc, że odpowiem ci teraz, gdy zdążyłem już sobie poukładać w głowie, co konkretnie chciałem powiedzieć.
O smoku mówi się w naszej ojczyźnie w dwóch kontekstach. Jako o istocie o niewyobrażalnej mocy oraz kiedy myśli się o wzorze cnót: honoru, szlachetności i mądrości.
Jestem rycerzem i całe moje życie było drogą paladyna. Wiem, że wielu z noszących maski arystokratów za nic ma prawe życie czy ideały, jednak ja stawiam je na najwyższym piedestale. Tak wiem, brzmi nazbyt patetycznie. Jestem zwykłym człowiekiem. Jak wszyscy chodzę do wychodka, klnę, gdy jestem zły i nie raz zdarza mi się coś spieprzyć. Jednak dobrze wiem, czego chcę i dążę do tego jak potrafię.
To było przed dziesięcioma laty. Wielki turniej w Tańiz, na który zjechało się całe zeryjskie rycerstwo, a nawet goście zza granicy. Pierwsze sześć dni były raczej eliminacjami niż wielkim widowiskiem. Każdego popołudnia odbywał się szereg pojedynków, w których zwycięzca przechodził dalej. Nie spotkałem w tym czasie żadnego godnego przeciwnika. Wiem, że to próżność, ale muszę przyznać, że byłem nieco znużony. Zdobycie głównej nagrody było oczywistością.
I naszedł dzień siódmy, zwieńczenie Pełni. Prawdziwy turniej.
Jesteś pustelnikiem, starcze, pozwól więc, że opiszę ci pokrótce zasady.
Podczas każdego z pojedynków walczy jedna z czterech par. Zwycięzca przechodzi dalej, i tak aż do wyłonienia się ostatnich dwóch uczestników, najlepszych z najlepszych.
Walczy się na okrągłym torze. Każdy z zawodników dosiada własnego wierzchowca i jest uzbrojony w dwie wybrane przez siebie bronie, z wyjątkiem dystansowych. Rycerze jeżdżą w koło w przeciwnych kierunkach, tak, że podczas każdorazowego mijania się dochodzi do starcia, przy czym jeźdźcy zawsze ustawieni są do siebie prawą stroną.
Przywdziałem więc przyozdobiony w stalowe skrzydła turniejowy pancerz. Na głowę zaś włożyłem hełm z zielonym pióropuszem i pozłacaną maską, ten sam, który mam na sobie również teraz, symbol mojego rodu i statusu. Dosiadłem oczywiście mojego wiernego wierzchowca, raptoroida wabiącego się, ze względu na uśmiech, Perłą.
Kwestia broni była oczywista. W prawej ręce włócznia, w lewej kiścień. Jak nie zrzucę z konia, to ogłuszę ciosem w czerep.
Pierwsza walka… Cóż, nie ma o czym mówić. Powiem tylko tyle, że nie musiałem używać kiścienia.
Następny przeciwnik znał się już nieco na rzeczy. Używał dwóch mieczy, zwykłego prostego i anańskiego o rozszerzonym końcu. Podczas trzeciego mijania udało mi się wytrącić mu jedno z ostrzy za pomocą kiścienia. Nie mógł już wtedy zbijać mojej włóczni i jednocześnie atakować. Przy kolejnym okrążeniu pchnąłem ile sił, a gdy tamten chciał odbić cios ostrzem, kiścień poszedł w ruch. Dostał tak, że aż maska spadła mu z twarzy. Kiedy nadszedł czas ostatniej walki. Byłem bardzo pewny siebie.
I wtedy go ujrzałem.
Wjechał na czymś, co nazywają biczogonem. Nie był to normalny dwunożny jaszczur, tylko toporny, czworonożny gad z ogonem przypominającym morgensztern. Do dziś nie wiem, czy jeździec miał pancerz, ponieważ jego ciało otulały zwoje niebieskich tkanin, tworzących asymetrycznie ułożony strój.
Tak mogło wyglądać jedynie błękitne dziecię pustyni, z kraju na północy, którego nazwy nawet nie będę próbował wymawiać.
Zagrzmiały turniejowe rogi, rozpoczął się pojedynek. Pogładziłem Perłę po szyi, po czym lekko uderzyłem ostrogami w boki, by od razu ruszyć naprzód z całym impetem. Obserwowałem zbliżającego się z każdym oddechem przeciwnika.
Biegnący biczogon wzniecał swymi krępymi kończynami potężne tumany kurzu. Mój raptoroid wydawał się przy nim niezwykle delikatny, ale też znacznie szybszy. Cały czas próbowałem dostrzec, jaką właściwie bronią włada mój przeciwnik, jednak widziałem jedynie trójkątną tarczę – rzadkość na zeryjskich turniejach.
Byliśmy coraz bliżej. Gdy znaleźliśmy się w odległości kilkunastu kroków, dostrzegłem wreszcie pod błękitnym turbanem małą szparę, w której połyskiwały mające kolor nieba oczy przeciwnika.
Nagle niebieski jeździec wydał z siebie upiorny wrzask. Trudno mi to nawet opisać, to było jak ryk i wycie jednocześnie. Czułem jak okrzyk wdziera mi się pod czaszkę, jak świdruje najgłębsze zakamarki mojego ciała. Z trudem wycelowałem w jego stronę włócznię, a drżącą lewą rękę trzymałem w górze, planując cios kiścieniem.
Zobaczyłem, jak powietrze przecina… lasso.
Gdy tylko przeminął przerażający okrzyk, zastąpił go nowy dźwięk, świst lecącej ku mnie pętli. Pochyliłem się, wręcz położyłem na grzbiecie Perły. Chwilę później już mijałem przeciwnika, by za chwilę poczuć silne szarpnięcie w biodrach.
Lasso zaczepiło się o moje ozdobne skrzydła, wyrywając je z pancerza wraz z podstawą. Miałem szczęście, że były jedynie doczepiane do zbroi, a nie jak w niektórych modelach, na stałe wmontowane.
Jednak już zbliżała się nieubłaganie kolejna konfrontacja, a ja nie miałem teraz pierzastej osłony. Postanowiłem użyć do osłony kiścienia i dźgnąć błękitnego jeźdźca, kiedy będzie rzucał lassem.
Perła mknęła niestrudzenie wprost na biczogona. Byłem coraz bliżej. Trzymałem kiścień wysoko, niestrudzenie wprowadzając go w obroty i tylko czekałem aż wróg się odsłoni.
Przeciwnik wyciągnął lasso, które zaczęło tańczyć w jego rękach na podobieństwo piaskowego tornada. Z całej siły uderzyłem wierzchowca ostrogami, po czym skupiłem uwagę na włóczni. Prawa strona niebieskiego wojownika byłą idealnie odsłonięta.
Trójkątna tarcza koloru nieba z impetem wyszła na spotkanie mojego grotu, łamiąc z trzaskiem broń niczym zapałkę. Niemal w tym samym momencie błękitny jeździec wydał z siebie krótkie charkniecie, na co biczogon błyskawicznie obrócił się bokiem i wymierzył swym potężnym ogonem cios, prosto w bok Perły. Mój jaszczur zaskrzeczał żałośnie, z trudem utrzymując równowagę, jednak udało mi się wymusić na nim jeszcze szybszy bieg, dzięki czemu uniknęliśmy drugiego ciosu.
Gdy odjechałem na bezpieczną odległość, zwolniłem. Z boku Perły leniwie sączyła się krew. Jaszczur skrzeczał cicho, zupełnie jakby nie chciał, bym słyszał, że cierpi.
Tymczasem ponownie zbliżał się błękitny wojownik, który mknął teraz ze zdwojoną szybkością. Powietrze zadrżało, kiedy po raz kolejny przedarł je upiorny wrzask. Nad błękitnym turbanem mojego przeciwnika, niczym rój jadowitych owadów, krążyła pętla.
Czułem jak Perła drży. Pozwoliłem jej jedynie na trucht. Wciąż trzymałem w dłoni złamane drzewce, pozostałość po włóczni. Wróg był coraz bliżej. Lasso ze świstem przecięło powietrze i pomknęło wprost w moją stronę. Na ten moment czekałem.
Pociągnąłem wodze do tyłu i przywarłem do szyi mojego gada. Po chwili poczułem, jak pętla zaciska się na moich ramionach i… przydusza mnie do szyi Perły. Gdy raptoroid poczuł, jak pętla zaciska się, wpadł w amok, a ja nie zamierzałem go powstrzymywać. Perła zaczęła wierzgać, skakać, aż w końcu szarpnęła w bok, z impetem wyrzucając w górę wciąż trzymającego lasso błękitnego jeźdźca. Okazało się, że był na tyle „cwany”, że obwiązał sznur wokół ręki. Był przygotowany na ściągnięcie każdego rycerza, ale widać nie zakładał, że kiedykolwiek uda mi się „upolować” rycerza z wierzchowcem.
Zwyciężyłem. Przynajmniej teoretycznie.
Pętla wciąż była zaciśnięta na szyi Perły, która biegała teraz jak oszalała wzdłuż toru, wlokąc za sobą niebieskiego wojownika. Co gorsza, biczogon również nie dawał za wygraną. Zatrzymał się i ustawił bokiem, przygotowując się do zadania kolejnego ciosu ogonem.
Spróbowałem uwolnić się z uścisku liny. Z całej siły oparłem się o szyję, co było istną głupotą, bo jeszcze bardziej zacisnąłem lasso na szyi Perły, która zaczęła biec jeszcze szybciej, na spotkanie z kolczastym ogonem wierzchowca mojego przeciwnika.
Zacisnąłem zęby i z bólem serca uderzyłem co sił ostrogą w uszkodzony bok mojego gada. Gdy zawył z bólu, czułem jak pęka mi serce. Sprawiłem mu ogromne cierpienie, niestety nie miałem innego wyjścia. Jaszczur wygiął się w bok, po czym legł na lewą stronę, gruchocząc moją nogę.
Czułem, jak pulsująca fala bólu rozlewa się jednocześnie w okolicach piszczeli, biodra i ramienia. Czułem też rytmiczne skurcze Perły, które nagle ustały. Umarła.
A ja leżałem w kurzu i brudzie, na wpół przygnieciony ciałem mojego wiernego wierzchowca. Czułem się winny. Perła była dla mnie w tej walce niczym innym, jak narzędziem, dzięki któremu zwyciężyłem. Do dziś żałuję, że zrozumiałem to dopiero wtedy, kiedy było już za późno.
Rogi zagrzmiały donośnie, po czym herold ogłosił mnie zwycięzcą turnieju. Nie chciałem jednak słuchać tłumu skandującego moje imię. Delikatnie gładziłem po szyi mojego wiernego, nieżyjącego już wierzchowca i zastanawiałem się nad sensem tego wszystkiego. Wcześniej turnieje były dla mnie sprawdzianem rycerskich cnót, wiele razy zwyciężałem, kochałem to. Jednak teraz przejrzałem, że to nic innego jak zabawa arystokratów, w dodatku połączona ze znęcaniem się nad zwierzętami. Wiele razy widziałem, jak podczas starć padają wierzchowce, jednak w pełni zrozumiałem to dopiero wtedy, gdy straciłem swojego.
To właśnie wtedy spojrzałem na swoją pierś i przypomniałem sobie, co jest na niej namalowane. Symbol mego rodu – smok dzierżący wagę. Poczułem, jak coś spływa na mnie z góry. Natchnienie? Wizja? Nie wiem, co to było, ale pojąłem co jest moim celem, co muszę zrobić, by stać się w pełni rycerzem, realnym wzorem cnót. Muszę stanąć oko w oko z prawdziwym smokiem.
Nic nie odpowiedziałeś. Teraz też raczej nie zamierzasz. Myślę, że zadałeś mi to pytanie nie dlatego, że chciałeś się czegoś dowiedzieć, lecz po to, bym poukładał to wszystko w głowie. Jak widzisz, wykonałem twoje zadanie.
Później, jak wiesz, pożegnałeś mnie, a ja ruszyłem samotnie w stronę Smoczych Gór. Wtedy to ostatecznie opuściłem granice ojczyzny, by trafić do krain spoza całunu spowijającego niebo nad naszymi ziemiami. Zdziwiłbyś się, jak równa jest ta bariera, która odgradza nasz kraj od niebieskiego sklepienia. Po ledwie godzinie drogi moje oczy raziło już czerwone słońce, kłując ostrymi jak włócznie promieniami. Zawsze wydawało mi się, że światło słoneczne jest bardziej żółte, a tutaj proszę, taka niespodzianka. Tyle, że niespodzianka dopiero się gotowała, bo to był wschód słońca. Świetlista kula pięła się coraz wyżej po niebie, świecąc coraz jaśniej… I faktycznie coraz żółciej. Moje oczy zaczęły łzawić, musiało też krążyć wokół mnie stadko jakichś pomniejszych istot światła, Seyhirów, ponieważ kątem oka widziałem dziwne, świecące plamy, które jakby nakładały się na prawdziwy obraz. Kolejne dwie godziny spędziłem, siedząc nieopodal drogi i zakrywając dłońmi oczy. Z jednej strony byłem wdzięczny, że wszechmocny Pan Podniebia stworzył nad moim ojczystym krajem Zer mroczny całun, który chroni nas przed światłem jego majestatu… Z drugiej, czułem jak słońce wypala mi oczy i nawet zrobienie kilku kroków naprzód było nie lada wyzwaniem.
Ostatecznie postanowiłem rozbić obóz i spać za dnia, podróżując nocą. Jednak promienie słońca dawały o sobie znać nawet przez płachtę namiotu. Na szczęście okazało się, że moja maska świetnie sprawdza się w roli przeciwsłonecznej bariery, jeśli dorobi się jej „powieki”. Zasnąłem. Spałem twardo, musiałem być nieźle zmęczony, choć za bardzo tego nie odczuwałem, zapewne przez emocje. Tuż przed obudzeniem się miałem coś na kształt krótkiego snu. Zobaczyłem trójkąt, jednolicie czarny z wyjątkiem góry. Po chwili kształt okazał się źrenicą olbrzymiego oka. Zerwałem się na równe nogi. Była już noc, przez co mogłem spokojnie patrzeć, nie bojąc się o wzrok.
Czułem się dziwnie. Nie wiedziałem, o co chodzi z tym snem. Powoli spakowałem rzeczy i ruszyłem w dalszą drogę. Wszedłem na wąską, kamienistą ścieżkę. Wiła się niczym wąż i prowadziła w górę, wciąż w górę. Co ciekawe, usypana była jakby z kamieni rzecznych. Stając na jednym z takich „otoczaków”, poślizgnąłem się i upadłem, mimowolnie zanurzając palce w żwirze. Niechcący narysowałem coś, co przypominało trójkąt. Czarna ziemia tworzyła go niemal w całości, tylko górny róg powstał z kanciastego kamienia. Otrzymany symbol wyglądał zupełnie jak ten ze snu. Wtedy skojarzyłem go z anańskim znakiem Żywioły Mroku. Gdy tylko o tym pomyślałem, przez chwilę zobaczyłem duże trójkątne oko, z którego emanowała nieprzenikniona ciemność. Oko smoka.
Wtedy zrozumiałem. Wiedział, że do niego idę i był to Mroczny Smok.
Szedłem dalej, szedłem przez kilka dni. Mozolna wędrówka krętą ścieżką wyścieloną otoczakami. Zupełnie jakby ktoś tam te kamyczki specjalnie usypał. Spodziewałem się jakichś głazów, wystających korzeni, może powalonych drzew. Nic takiego nie spotkałem.
Pomyślałem, że może to rodzaj smoczego zaproszenia.
I wtedy usłyszałem odgłos pazurów.
Kilka kroków ode mnie wisiała długa na pięć kroków bestia, która jakimś cudem zahaczała się pazurami o niemal pionową skałę. Turkusowy jaszczur zacharczał wściekle, prezentując garnitur niezwykle licznych, wypełniających całą paszczę ząbków, po czym skoczył w moją stronę, by wylądować cztery kroki ode mnie.
Zwierz wyciągnął się, eksponując parę, ozdobionych długimi, czarnymi pazurami, przednich kończyn, które zginały się odwrotnie, niż powinny. Po tym poznałem, że mam do czynienia z tak zwanym naskalnikiem.
Miałem ze sobą dwustronną glewię z kolcem i krótki sztylet. Jak zapewne się domyślasz, wyjąłem to pierwsze. Stałem nieruchomo mierząc w jaszczura, a on zaczął się wycofywać, zupełnie jakby moja broń zrobiła na nim wrażenie. Nigdy nie walczyłem w czymś takim, ale patrząc na pokraczny sposób poruszania i zginające się „na odwrót” przednie łapy, zacząłem się zastanawiać, czy w ogóle powinienem czuć się zagrożony. Tymczasem turkusowy, smukły jaszczur wciąż się cofał, aż w końcu dotknął tylnymi kończynami skalnej półki. Długie, uzbrojone w nie krótsze pazury palce, powoli zakotwiczały się w na pozór gładkim głazie. Naskalnik zaczął wspinać się tyłem na skałę. Wyglądało to tak, jakby po prostu chciał uciec, pokazując jednak przy tym ostre zęby i mocne szpony na zasadzie "nie boję się". Sprytna bestia – pomyślałem.
Sprytna.
Jaszczur wystrzelił w moją stronę niczym pocisk z katapulty. Nim zdążyłem cokolwiek zrobić, leżałem już na ziemi, a on charczał tuż nade mną. Wtedy właśnie dowiedziałem się, po co mu te „odwrotne" kończyny…
Przednie łapy, znajdujące się za moimi barkami, zaczęły zginać się w stronę brzucha gada, a ostre pazury wbiły się w okolicach mych łopatek. Jednocześnie kreatura przytrzymywała moje uda tylnymi nogami, również, niezbyt delikatnie, korzystając ze szponów. Pokryte turkusową łuską kończyny jaszczura przyciskały mój tułów coraz bardziej do przodu. Gad chciał dosłownie złożyć mnie na pół.
– Po co ci te zęby, bydlaku? – wykrztusiłem.
Pożałowałem.
Poczułem jak setka ostrych szpil wbija mi się w kark, by za chwilę napierać na mnie wraz z przednimi łapami. Nie wiem, na co to zwierzę poluje w tych górach, ale było jasne, że zamierza mi w ten pokraczny sposób złamać kark.
Wtedy uzmysłowiłem sobie, że jestem tuż pod jego brzuchem. Ignorując ból w plecach, sięgnąłem po sztylet i wymierzyłem cios w brzuch… Jak się okazało, turkusowe łuski były równie twarde, co barwne.
Ze wściekłością wykonałem jeszcze kilka pchnięć. Bez rezultatu.
Tymczasem czułem już dokładnie cały kręgosłup, najsilniejszy ból pulsował zaś w okolicach szyi i krzyża. Wiedziałem, że jeśli zaraz czegoś nie zrobię, głuche chrupnięcie karku zakończy mój żywot.
Nagle doznałem olśnienia. Skoro zwierzak polował w taki sposób, było oczywiste, że najgrubsze łuski ma na brzuchu, co innego jeśli chodzi o… Najszybciej jak mogłem, wychyliłem rękę w lewo, by z impetem zadać cios w bok gada. Jaszczur zasyczał i momentalnie odskoczył na kilka kroków, przechylając tułów tak, by eksponować opancerzony brzuch. W boku wciąż tkwił mój sztylet.
Niemrawo podniosłem się i wyprostowałem, czując jak ciepło i ból przenikają cały mój tułów. Jednakże wszystko wydawało się na swoim miejscu. Chwyciłem oburącz glewię. Wiedziałem, że jeśli będzie skakał, to znów natknę się na twardy brzuch, który niekoniecznie zostanie naruszony. Nie miałem żadnego pomysłu.
Gad znów wystrzelił w moją stronę. Gdy leciał, błyskawicznie ułożyłem broń wzdłuż siebie. Jaszczur powalił mnie, lecz jego lewa przednia łapa spoczęła nie na moim barku, lecz na ostrzu glewii.
Ostre pazury zadźwięczały, ślizgając się po stalowej powierzchni. Miałem czas, by wychylić się spod gada po lewej stronie, pomimo, że moje nogi wciąż były zablokowane przez tylne łapy.
Nie czekając ani chwili, chwyciłem za wciąż wbity sztylet. Gibki tułów gada był smukły i wydłużony, toteż kłąb kończył się na wysokości mojej szyi. Tyle wystarczyło.
Zacząłem dźgać na oślep turkusowy kark, z radością patrząc na coraz lepiej widoczną posokę. Jaszczur zaskrzeczał, po czym kilkunastoma niewyobrażalnie szybkimi susami wskoczył na najbliższą półkę skalną, a później dalej. Nie minęło dziesięć uderzeń serca, nim całkowicie zniknął mi z oczu. Chwilę później słyszałem jeszcze z oddali pojedyncze charknięcie.
Teraz już miał dość.
Na wszelki wypadek wciąż trzymałem w gotowości broń, a drugą ręką powoli masowałem krzyż. Bolała mnie szyja i kark, a później odezwały się także żebra. Na końcu zaczęły dawać o sobie znać powierzchowne rany ramionach i udach. Na szczęście były płytkie i z łatwością mogłem je opatrzyć. Później zauważyłem, że nie mam sztyletu. Wyglądało na to, że naskalnik będzie mieć pamiątkę.
Ruszyłem w dalszą drogę. Znów szedłem wijącym się, wyścielonym nietypowymi kamyczkami taktem. Zastanawiałem się, czy jestem w stanie znaleźć jaskinię smoka. Chciałem wierzyć, że trakt, po którym idę, jest zaproszeniem, że będę podążał nim jak po nitce do kłębka, ewentualnie ubijając po drodze lokalne potwory pokroju naskalnika.
Przez kolejne trzy noce nie działo się nic wartego opowiedzenia. Podróż po otoczakowej ścieżce, lekka ale też niezwykle nużąca.
Czwartej nocy jak zawsze spakowałem namiot i ruszyłem, w zasadzie bezmyślnie, po dobrze mi znanej dróżce. A ta w pewnym momencie po prostu się skończyła.
Wpierw poczułem, jakby ktoś mnie szturchnął. Nie wiedziałem, dlaczego stoję. Dopiero później spojrzałem pod nogi i zobaczyłem szarą górską ziemię. Wyglądało to tak, jakby ktoś pieczołowicie dekorował szlak kamieniami i nagle by mu się one skończyły. A ja stałem na skraju tej dróżki i nie wiedziałem co dalej zrobić. Cztery dni monotonnej wędrówki, podczas której byłem przez kogoś, lub coś, prowadzony jak za rękę i nagle muszę samodzielnie pomyśleć. Zgroza.
Gdy już otrząsnąłem się z szoku i przypomniałem sobie, że faktycznie moja głowa służy do czegoś więcej, niż podpora dla maski i pióropusza, postanowiłem rozejrzeć się wokoło. Droga rozwidlała się na trzy ścieżki, niestety żadna nie była wyłożona nawet gruzem, cokolwiek mógłby robić gruz w bezludnych Smoczych Górach.
Droga najbardziej po lewej prowadziła do sporego urwiska, zupełnie jakby sam Pan Podniebia odciął sobie kawałek góry. „Linia cięcia” była niezwykle równa, nie było też żadnej roślinności, ułamanych fragmentów skały, czegokolwiek, co świadczyłoby o tym, że owo ścięcie jest dziełem natury. Jednak pomimo pobożności, interwencja niebios byłą jednym z ostatnich pomysłów, jakie przychodziły mi do głowy. Byłem pewien, że gdzieś niedaleko ukryta jest siedziba smoka.
Z niechęcią zawróciłem, by zbadać kolejne dwie odnogi. Gdybym był smokiem, zamieszkałbym właśnie za takim urwiskiem, grunt to święty spokój. Kolejna ścieżka prowadziła w górę i kończyła się na wielkim głazie. Wokół kamienia widać było popękaną ziemię i kępy wyrwanej trawy. Zacząłem czuć się jak nieproszony gość, któremu sugerują, że czas iść do domu.
Gdy spojrzałem w stronę „kamyczkowej ścieżki”, którą przyszedłem na samym początku, zauważyłem, że otoczaki mocno zyskały na barwie. Stały się kolorowe, niektóre miały nawet ciekawe wzory.
Zacisnąłem zęby. Wiedziałem, czego chcę. Nie po to poświęciłem tyle czasu, nie po to niemal dałem się połamać naskalnikowi, by odejść z niczym. Ruszyłem, by zbadać trzecią drogę. W porównaniu z poprzednimi była trochę na uboczu. Uznałem, że to dobrze rokuje, jeśli chodzi o ukryte ścieżki. Trakt wił się dość długo między strzelistymi skałami. Po drodze nie spostrzegłem ogromnych głazów ani przeciętych na pół gór. Przyspieszyłem kroku, czułem, jak serce zaczyna coraz szybciej bić. Czułem, że jest blisko.
Jakież było moje rozczarowanie, gdy zobaczyłem, że droga kończy się w skale, zupełnie jakby ktoś ją złośliwie przestawił.
Zaczynało świtać. Uznałem, że rozbiję obóz na rozstajach, ot, by mieć wszystkie cztery ścieżki na oku.
Gdy pierwsze promienie słońca zaczęły przebijać się przez niebo, usłyszałem skwierczenie. Ze zdumieniem zobaczyłem tysiące drobnych czerwonych iskierek, które unosiły się powoli nad dróżką z otoczakami, niczym rój świetlików. Kamyczki zaczęły tlić się, by po chwilę ulecieć w postaci roju czerwonych punkcików. Patrzyłem oniemiały na drogę, nad którą unosiła się teraz ognista serpentyna. Widowisko trwało nie krócej niż wschód słońca. Nie wiedząc czemu, ignorując łzawienie oczu, spojrzałem wprost na świetlistą tarczę, która na dobre zadomowiła się już na niebie. I wtedy zobaczyłem przez chwilę złotą bramę.
– Tajemne przejście! – wykrzyknąłem. Ten znak był dla mnie oczywisty, któraś z zamkniętych dróg została dla mnie otwarta, ponieważ nie dałem się zwieźć i nie zawróciłem. To była próba.
Pobiegłem co sił w nogach do „uciętego” urwiska… jednak było takie jak wcześniej. Ruszyłem więc w stronę ogromnego głazu. Dopiero gdy zobaczyłem, że nadal jest na swoim miejscu, puknąłem się w czoło.
– Ukryta droga, oczywiście – rzekłem do siebie, po czym nie szczędząc energii ruszyłem trzecią, ukrytą ścieżką. Biegłem pokonując liczne zakręty aż w końcu padłem na kolana przed skałą, która bezlitośnie stała na środku, dokładnie tak jak wcześniej.
Dopiero teraz poczułem zmęczenie światłem. Słońce świeciło wściekle, wwiercając się w me oczy niczym setka os. Pojawił się też mocny ból głowy. Jednak czułem, że coś się zmieniło. Z uwagą obejrzałem skałę. Nie widziałem zbyt dobrze ze względu na zbyt ostre światło, ale miałem wystarczający ogląd, by stwierdzić, że faktycznie skałę pominęły wszelkie cudowne przemiany.
Zrezygnowany wróciłem do namiotu, gdzie założyłem osłony na oczy. Rozmyślałem w ciemności nad tym, co się wydarzyło. Ujrzałem tajemniczą przemianę kamyczków oraz złotą bramę. To musiało coś znaczyć, w końcu takie rzeczy nie zdarzają się na co dzień.
Zasnąłem. Gdy otworzyłem oczy, księżyc świecił wysoko na niebie. Świeciło coś jeszcze.
Tysiące drobnych, przypominających błękitne szkło kamyczków, tliło się niebieskim światłem. Wyścielone były nimi trzy ścieżki. Ta od urwiska, ta z głazem na końcu oraz ta, której bieg kończy się na skale.
Kolejny znak. Ruszyłem powoli w stronę trzeciej dróżki, tej, do które dostępu broni skalista ściana. Jednak zacząłem zwalniać coraz bardziej. To nie miało sensu. Zrozumiałem, że jeżeli poszedłbym jedną z tych ścieżek, zbadałbym każdą po kolei, by stwierdzić, że przejścia nie ma. Tak samo było w przypadku pierwszej wizji oraz przy pierwszej wizycie.
Powoli obróciłem się na pięcie. Droga, którą tu przyszedłem, wcześniej wyłożona pięknymi otoczakami, teraz, cała szara i zwyczajna, tonęła w mroku nocy. Ruszyłem powoli w dół, uważnie patrząc pod nogi. Księżyc, świecący żagiel Boga-marynarza, był w tym momencie moim sprzymierzeńcem. Pięknie oświetlał mi drogę, przez co mogłem powoli, krok po kroku przyjrzeć się jedynej ścieżce, której jeszcze nie poznałem. Ścieżce, która wcześniej była przede mną zakryta przez setki barwnych kamyczków.
Gdy wykonałem kilkanaście kroków, spostrzegłem niepozorną odnogę w bok. Kiedy szedłem tą drogą pierwszy raz, w górę, wiedziony przez morze otoczaków, ta mała dróżka w bok była dla mnie niezauważalna. Teraz jednak widziałem ją doskonale.
Schodziłem powoli w dół, przytrzymując się korzeni i gałęzi. Było bardzo stromo. Później droga wiła się nieco łagodniej, zakręcając jak ślimak. Na samym końcu biło jasne światło.
Majestatyczna skała pochylała się tworząc, wspaniały łuk, pod nim zaś emanowały złotą poświatą wrota.
Udało się.
Kiedy podszedłem do wrót, poczułem silne odepchnięcie. Odruchowo chwyciłem pewniej halabardę, nadal nikogo nie widziałem.
Wtedy poczułem to raz jeszcze, ale o wiele silniej.
– Zbliż się o krok, a zabiję. – rzekł głos przypominający szept. Głos, który rozległ się w mojej głowie.
Wtedy zobaczyłem, że unosi się przede mną chuda, niemal zupełnie przezroczysta istota, przypominająca nieco kijankę, ale mająca dodatkowo wychudzone ręce z długimi, zrośniętymi błoną palcami. Gdyby nie lekka fioletowa poświata, stworzenie byłoby zupełnie niewidoczne. Nigdy nie widziałem go na oczy, jednak nie było mi obce.
– Jesteś żywym cieniem, Tsatha’irem – powiedziałem. – Czymś pomiędzy istotą żywiołu światła i istotą żywiołu mroku. – Daruj sobie popis erudycji – zagrzmiał szept we wnętrzu mej czaszki. – Jestem strażnikiem tej bramy, a wolą mojego pana jest zabić każdego, kto do niej podejdzie.
– Przebyłem długą drogę, by tu dotrzeć. Jestem…
– Nie obchodzą mnie twoje sprawy, marna istoto! – poczułem, jak szept w mojej głowie ulega zwielokrotnieniu.
– Posłuchaj! – rzekłem stanowczo, a przynajmniej starałem się, by tak to zabrzmiało. – Jestem jednym z najlepszych rycerzy w całym Kraju Zer. Jeśli mnie nie wpuścisz, wyzwę cię na pojedynek!
– Ty? – czułem, jak drwiący ton odbija mi się o kości czaszki. – Jak śmiesz, marna węglowa formo? Jestem istotą fotonową!
Tak właśnie to zabrzmiało. Oczywiście nie mam pojęcia, o co memu rozmówcy chodziło.
– Nie jesteś pierwszy – kontynuował strażnik. – Zabiłem już dziesiątki takich jak ty. Dumni wojownicy, mędrcy, pustelnicy. Ludzie, Magowie, Płonący Strzelcy… Jesteście marniejsi niż proch! Zabiłem setki tobie podobnych, ale było to dla mnie mniej ważne, niż liść spadający z drzewa. Nic dla mnie nie znaczycie, nic! I tak samo stanie się z tobą i twoim żałosnym żywotem!
W tym momencie ogarnęło mnie coś dziwnego. Gdyby ktoś powiedział mi wcześniej, że znajdę się w takiej sytuacji, zapewne rzekłbym, że zaatakowałbym z gniewem przeciwnika, ginąc w chwale lub zwyciężając, powiedzmy, w jeszcze większej chwale.
Jednak teraz przepełniało mnie… współczucie.
Zrobiło mi się najzwyczajniej w świecie żal. Tsat’hair nie mógł się co prawda równać potędze swoich świetlistych lub mrocznych kuzynów, wciąż jednak był istotą ulepioną z innej gliny niż zwykły śmiertelnik. Istotą, po której oczekiwałbym, że wykaże się jakimiś lepszymi, „wyższymi” cechami charakteru.
Tymczasem umysł tego, był wypełniony jedynie pogardą. Pogardą dla przeciwników, pogardą dla innych ludów, pogardą dla samego życia. – Zrób krok, no dalej! – zasyczał głos w mojej głowie.
– Żal mi ciebie… – rzekłem powoli.
– Co?
– Żal mi ciebie. Jesteś wspaniałym bytem, a mimo to postrzegasz świat przez pryzmat uczucia tak niepodobnego do takich istot, jak ty. Twój żywot musi być straszny, skoro nie potrafisz docenić żadnego ideału. Nie potrafisz docenić nawet wartości życia.
– Jak śmie…
Nagle cień znalazł się w okręgu, który wyglądał jak zrobiony z samego mroku. Pierścień zaczął się zaciskać, a wraz z nim deformować zaczął się także Tsat’ha’ir. Pod koniec zrobił się zupełnie płaski, by ostatecznie zniknąć. Pozostało jedynie ciemniejsze miejsce, które ominąłem o kilka kroków, na wszelki wypadek.
Wyglądało na to, że współczucie okazało się potężniejszą bronią niż halabarda czy sztylet.
Powoli ruszyłem w stronę bramy. Złoto zdawało się płynne, pulsowało jakby drgało, jednak w dotyku okazało się zimne i twarde.
I tak właśnie brzmi historia o tym, jak spotkałem smoka.
– Nie, nie! Wałkujemy to już drugi raz! – krzyczał rozgorączkowany starzec.
– O co ci chodzi? – odparł poirytowanym tonem rycerz w masce. – Opisałem ci dwa razy moje spotkanie ze smokiem. Nie zamierzam tego robić po trzykroć.
– Nie, nie, nie! – krzyczał pełen gniewu pustelnik. – Zapętlasz się, gubisz wątek. Opowiadasz szczegółowo drogę do smoka, ale nie jesteś w stanie opisać spotkania. Obudź się!
– Przecież już ci mówiłem, starcze. Wyruszyłem z Tańiz, mego rodzinnego…
– Nie chcę słyszeć ani słowa o Tańiz, ani o turnieju, ani o ashterańskiej łajbie, ani o naskalniku. Chcę usłyszeć o twoim spotkaniu ze smokiem. Kiedy przekroczyłeś bramę, wszedłeś do jaskini. Co stało się dalej? Obudź się!
– Daj mi spokój obłąkańcu – żachnął się rycerz. – Wszedłem do jaskini i spotkałem smoka, przecież ci mówiłem. Kończmy tę rozmowę, muszę wracać do domu.
Pustelnik doskoczył do paladyna z niebywałą szybkością i chwycił go mocno za ramiona. Mocno nawet jak na męża w sile wieku. – Wszedłeś do jaskini, tak? – każde słowo pustelnika była niczym powolna, spadająca ze stalaktytu kropla wody. – Co zobaczyłeś? Przypomnij sobie jaskinię. Jak wyglądała?
Starzec puścił rozmówcę i oddalił się o krok.
– Obudź się… Co zobaczyłeś?
Paladyn zamyślił się. Próbował przypomnieć sobie cokolwiek, lecz miał wrażenie, że jego umysł nie jest wypełniony niczym poza pustką. Z nutą strachu spojrzał na starca, czując, jak obraz wokół niego zaczyna lekko falować.
– Co zobaczyłeś? – spytał pustelnik, tym razem spokojnie. – Powiedz… co widzisz.
Obraz rozmył się całkowicie. Nastała ciemność.
Zeryjski rycerz usłyszał kapiącą wodę, poczuł wszechobecny chłód. Z mroku powoli zaczął wyłaniać się obraz.
Przerażony paladyn cofnął się kilka kroków. Znajdował się w ogromnej kamiennej sali. Trudno było określić jej rozmiary, ponieważ tonęła w mroku, którego nie był w stanie przebić nawet czuły wzrok Zeryjczyka.
Widział jednak na tyle, by dostrzec misterne mozaiki zdobiące posadzkę. Były też kolumny, na których wyrzeźbiono igrające smoki. Filary tworzyły dwa rzędy, których końce ginęły w mrokach tego ogromnego pomieszczenia. Pomiędzy nimi wyzierała pusta przestrzeń, która wydawała się ciemniejsza od otoczenia, nawet od obecnego dalej mroku.
Paladyn poczuł czyjąś obecność. Instynktownie wpatrywał się w czerń pomiędzy kolumnami. Choć nic nie widział, instynktownie doświadczał bytności pana mrocznej sali.
Cień zawieszony między kolumnami zaczął się zbliżać. Białym oczom Zeryjczyka zaczęły powoli ukazywać się ogólne zarysy długiej szyi, trójkątnej głowy, później błoniastych skrzydeł i w końcu długiego ogona. Nie minęło kilka uderzeń serca, a tuż przed rycerzem stał już zupełnie materialny czarny smok.
– Obudziłeś się – rzekł głos dobiegający ze środka głowy rycerza. Nie był to jednak nieprzyjemny, inwazyjny szept żywego cienia. Ton tego głosu był nieokreślony, a jego forma tak delikatna, że rycerz miał wrażenie, jakby jakaś tajemnicza siła bardziej pomagała mu przypomnieć sobie to, co już wie, niż żeby wchodziła do jego umysłu.
– Gdzie… Kiedy ja jestem? – spytał nieskładnie osłupiały Zeryjczyk.
– Jesteś tu, w mojej jaskini. I teraz, w tej właśnie chwili – odpowiedział łagodnie głos. Czarny, długi na dwa kroki smoczy łeb wpatrywał się w rycerza dużymi, niemal trójkątnymi oczami, z których emanowała czysta ciemność.
Rycerz czuł, jak ogarnia go spokój. Usiadł powoli na posadzce, nie bardzo wiedząc kiedy. Wydawało mu się, że zanurza się w ciepłej, miłej wydzielinie, która odgradza go od wszelkich problemów i zagrożeń.
– Jesteś gotowy – zakomunikował smok.
– Gotowy? – Zeryjczyk czuł się coraz lepiej. Jego myśli stały się trzeźwe i wyraziste.
– Jesteś w mojej jaskini już drugi dzień. Musiałem cię nawet nakarmić i napoić, naginając nieco twą wolną wolę. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe.
– Drugi dzień? – spytał rycerz ze zdumieniem w głosie.
– Udało ci się dowieść, że jesteś godzien audiencji. Pokonałeś wszystkie przeszkody, które postawiłem na twej drodze, człowieku. Nie zwiodła cię fałszywa droga, pokonałeś żywego cienia, mego sługę. Co do naskalnego jaszczura, nie miałem z tą sprawą nic wspólnego, ale tam również wykazałeś się hartem ducha. Jednak zabrakło ci sił na spotkanie ze mną.
Nastała cisza, tak w jaskini, jak i w głowie paladyna. Smok czekał dłuższą chwilę, wiedząc, że jego gość musi sobie to wszystko poukładać. – Nie byłeś gotowy – kontynuował smok. – Dlatego też wniknąłem do twego umysłu i stworzyłem iluzję, przybierając postać pustelnika z twojego wspomnienia. Dopiero gdy po raz wtóry opowiadałeś mi swoją historię, zdołałeś pojąć, że ona wciąż trwa, a jej koniec jeszcze nie nadszedł. A zatem… Witaj w moich skromnych progach, człowieku.
– Jesteś… – rzekł niepewnie Zeryjczyk, po czym rozejrzał się powoli. – Ta sala, te zdobienia?
– Tak, to moje dzieło – głos w głowie rycerza miał w sobie nutkę dumy. – Ukształtowałem to miejsce według własnego upodobania, wyłącznie dzięki swej woli.
– Woli? – spytał rycerz, tym razem śmielej. – Rozgrzałeś do czerwoności głazy, a następnie zatopiłeś w nie swe pazury, by nadać im pożądany kształt?
– Nie do końca, mój gościu – gad zdawał się nieco rozbawiony. – Nie chcę, by zabrzmiało to zbyt protekcjonalnie, ale my, istoty wyższe, nie musimy polegać na sile czy wytrzymałości. Wszystko jest kwestią naszej woli i tego, o ile tę wolę jesteśmy w stanie zamienić w rzeczywistość. Odpowiednio zogniskowana energia staje się ciałem.
Po krótkiej analizie impulsów nerwowych rycerza, smok uznał, że nie wyraził się dostatecznie jasno.
– Wyobraź sobie rzekę. Podczas gdy zwykłe istoty męczą się, by przebyć ją na… starej ashterańskiej łajbie, my, istoty wyższe, zmieniamy bieg samej rzeki, kierując wodę tam, gdzie chcemy.
Zeryjczyk nie był pewien, w jakim stopniu zrozumiał to, co pan jaskini wtłaczał mu do głowy. Wpatrywał się uważnie w smukłą sylwetkę ogromnego, długiego na kilkanaście kroków gada. Paladyn uzmysłowił sobie, że właściwie odkąd ujrzał mrocznego jaszczura, zaczął odczuwać nieokreślony dyskomfort.
– Czyżbyś był zawiedziony? – zagrzmiał głos w głowie rycerza. Spodziewałeś się ujrzeć coś innego?
– Chyba… tak – odparł zmieszany Zeryjczyk. – Smoki zawsze kojarzyły mi się z ogromną mocą, potęgą. Spodziewałem się więc ogromnych szponów, rzędów ostrych kłów, grubych łusek.
– Taka większa wersja naskalnika?
- Taak – rycerz odpiął maskę, a następnie na znak szacunku zdjął hełm. – Przepraszam, że robię to dopiero teraz… Ty… Wy jesteście inni, smoku. – W tym momencie Zeryjczyk żałował, że nie jest Anosem. Tamci z pewnością mają jakiś specjalny, długaśny wyraz, którym tytułują smoki. – Wasz ogon, szyja i tułów są długie i smukłe, czarne jak noc łuski przypominają bardziej kamienie szlachetne niż mocny pancerz. Nawet pazury wyglądają bardziej jak ozdobna, ceremonialna broń, a nie wojenny oręż. A skrzydła kojarzą mi się trochę z… Wachlarzem? Proporcem? – Daj spokój, myślisz, że jakikolwiek smok poleciałby na czymś takim? – Gad rozpostarł na chwilę jedno skrzydło, prezentując półprzezroczyste błony lotne. – Istotą jest siła woli.
– Siła woli – powtórzył rycerz. – Teraz pojąłem, czym jest prawdziwa potęga. Zdajecie się, smoku, istotą kruchą i delikatną, zbyt piękną, by posiadać siłę w rozumieniu śmiertelnika, tymczasem wasza moc leży nie w sile, lecz w umyśle. Wasza władza jest tak wielka, że zdaję się przy was marnym pyłkiem. Dziękuję, że pozwoliliście mi was spotkać.
Paladyn rzucił na ziemie hełm i maskę, po czym upadł na kolana, dzwoniąc przy tym nagolennikami.
– Och, daj spokój – ton smoka zdradzał znudzenie. – Widzę, że dała ci się we znaki retoryka mojego strażnika. Zasłużyłeś, więc cię wpuściłem. Cieszę się, że mogłem spełnić twoje marzenie…
– Mogę zadać wam pytanie, smoku?
– Pod warunkiem, że będzie miało więcej treści niż te, które zadałeś przed chwilą…
– Jak to jest być tak potężnym? My, ludzie, zawsze mamy kogoś nad sobą, zawsze czegoś lub kogoś się boimy. Jak to jest, gdy dysponuje się tak wielką mocą, że nie trzeba obawiać się niczego niczym sami bogowie?
W głowie paladyna rozległo się westchnięcie.
– Gdyby to było takie proste – odparł ciężko smok. – Patrz…
Obraz zaczął wirować. Rycerz miał wrażenie, że delikatnie unosi się w powietrzu, a następnie zostaje porwany przez ogromny podmuch wiatru. Nastała ciemność. Nie mógł się poruszyć, nie wiedział, gdzie jest.
Po chwili zaczął widzieć kształty, które z każdym uderzeniem serca zyskiwały na ostrości. Widział lasy, góry, wszystko z niebywałej wysokości. – To nasz świat, Świat Ayanański. Ten sam, w którym obecnie żyjemy – odezwał się w głowie rycerza smok. – Jednak to, co widzisz nie dzieje się teraz. To wspomnienie mojego dalekiego przodka. Te wydarzenia działy się wiele, wiele lat temu.
Paladyn uzmysłowił sobie, że ogląda świat z perspektywy smoka. Prócz wzgórz, lasów i rzek widział także barwne nitki, które wiły się i skręcały w różnych kierunkach. To były strumienie energii.
Góry i doliny zmniejszały się coraz bardziej. Zeryjczyk czuł, jak wznosi się coraz wyżej. Po dłuższej chwili dostrzegł z boku drugiego smoka, lodowego. A następnie kolejnego, i jeszcze jednego. Setki skrzydlatych gadów leciały w tę samą stronę. Były to jaszczury wszelkiego żywiołu, od mroku i światła, przez błyskawice, po ogień i wodę.
– Zebraliśmy się wszyscy – rzekł głos w głowie rycerza. Każdy żmij zamieszkujący nasz świat.
Następnie rycerz uznał, że widzi rój owadów, jednak po chwili okazało się, że w jego stronę leci armada wspaniałych, złoto-niebieskich statków, które poruszały się po niebie niczym ptaki, choć nie miały skrzydeł. Statki „zacumowały” tuż przy unoszących się w powietrzu smokach. Niektóre z nich były dwa, trzy razy większe od żmijów.
– Flota siriańska – rzekł spokojnie głos – odwieczni przyjaciele smoków, których jesteśmy wiecznymi dłużnikami.
Latających statków i jaszczurów przybywało z każdą chwilą, w pewnym momencie zdawało się, że wypełniły całe niebo.
Wszędzie dookoła fruwały także wielobarwne nici energii. Rycerz widział je doskonale smoczymi oczami. W pewnym momencie pojedyncze nitki zaczęły splątywać się w długie, obracające się wokół własnej osi łańcuchy, które ostatecznie skupiały się w podłużne kłęby.
Wszędzie dookoła zaczęły pojawiać się istoty o kształcie kijanek. Formą przypominały nieco żywego cienia, który bronił smoczej bramy, jednak te były o wiele większe. Jedne zdawały się stworzone z czystego światła, drugie zaś ziały mrokiem i nicością.
– Dobrze widzisz – mówił smok. – Przybyły też Seydury i Seyhiry, istoty czystego światła i czystego mroku. Wszyscy jednak czekaliśmy na nasze główne siły uderzeniowe.
Po dłuższej chwili zjawiło się kilka niepozornych istot mających nie więcej niż trzy kroki długości. Podobne do ważki skrzydła i członowany odwłok sugerowały, że są to owady, jednak rycerz od razu rozpoznał pęk wijących się, zdobiących koniec ogona świetlistych czułków oraz ogromne żółte oczy – to były Ariyat’hany, święte rośliny, istoty rangi boskiej.
– Zgromadziły się wszystkie istoty, od których zależały losy naszego świata. Żmijowie ze swoją mocą żywiołów, Sirianie ze swoją technologią, będące manifestacją energii świetliste Seydury i mroczne Seyhiry oraz władające mocą w najczystszej postaci Ariyat’hany.
Rycerz spojrzał w górę.
Nagle niebo zdało się pęknąć na pół, a z ogromnej szczeliny wysunęło się… coś. Coś, czego nie był w stanie opisać. Patrząc oczami smoka, paladyn widział ogromne sploty energii. Moc, która płynęła od nieznanego, obcego bytu była niczym ogromny głaz. Głaz, który był w stanie bez problemu zmiażdżyć garstkę robaków.
Wszystkie zgromadzone istoty poczuły niemoc. Poczuł ją także paladyn, zupełnie jakby był jednym ze smoków. Było to dla niego coś niewyobrażalnego. Istoty, których potęga była dla niego abstrakcją, stały się bezsilne i słabe, zupełnie jak on sam w porównaniu z mrocznym smokiem.
Niebo zapłonęło. Rozpoczęła się dziwaczna wojna, będąca dla paladyna czymś na skraju pojmowania. Ogromne sznury energii przeciskały się pomiędzy wojskami, przypominało to nieco przeciąganie liny. Dziwne zawody, gdzie wola tysięcy wspaniałych istot ściera się z ogromnym, potężnym wirem, który rozbija energetyczne węzły na drobne iskry.
Siriańskie statki spadały na ziemię jeden po drugim. Padały również smoki, setkami. Z kolei istoty ze światła i mroku były dosłownie pochłaniane przez tajemniczy, obcy byt. Jedynie Ariyat’hany jakoś się trzymały.
Z każdą chwilą wojska wykruszały się coraz bardziej, przypominało to pojedynek pływających po wodzie liści rzęsy wodnej z kadłubem dalekomorskiego żaglowca.
Nagle wszystko ucichło. Na niebie ukazał się jeszcze jeden kształt.
Był to ogromny, wijący się na niebie wąż, którego ciało zdawało się utworzone z tysięcy purpurowych kryształów, które opalizowały wszelkimi możliwymi barwami.
– Wynoś się! – zagrzmiał tajemniczy przybysz. Jego głos, a właściwie sygnał myślowy, był tak potężny, że powietrze zafalowało, a położona tysiące kroków niżej ziemia zadrżała.
Kryształowy wąż spojrzał przelotnie na obcą istotę, która jeszcze przed chwilą dziesiątkowała najpotężniejsze armie tego świata. Obcy byt pośpiesznie wycofał się do szczeliny w niebie, która chwilę później zniknęła. Gdyby nie leżące na dole wraki statków i martwe gady, trudno byłoby przypuszczać, że rozegrała się jakakolwiek bitwa.
Paladyn otworzył oczy, chciwie łapiąc powietrze, zupełnie, jakby przed chwilą się topił.
– Ten kryształowy wąż. To, to był Hur-zatus, prawda? Bóg magii. – Wydyszał, ze zdumieniem stwierdzając, że siedzi na posadzce i dla pewności badając ją ręką.
– Bóg magii, powiadasz? – głos smoka zdradzał ironię. – W każdym razie, tak, wy, ludzie, nazywacie go Hur-zatusem. Jak widzisz, są na świecie siły, które wykraczają nawet poza pojmowanie tych, którzy z kolei wykraczają poza twoje pojmowanie. Dość już o tym, skupmy się na czymś innym… Wystaw ręce.
Gdy Zeryjczyk spełnił prośbę żmija, ze zdumieniem spostrzegł, jak na jego dłoniach tworzy się czarny kształt. Ciemność zdawała się coraz bardziej gęstnieć aż w końcu utworzyła posążek z czarnego błyszczącego kamienia. Przedstawiał górę, na szczycie której siedział smok. Była też zaznaczona prowadząca na szczyt ścieżka, którą przecinała rzeka. Wyżej widniała płaskorzeźba malutkiego naskalika, a później trzy fałszywe drogi.
– Pomyślałem, że ucieszy cię pamiątka – zakomunikował żmij. – Ale teraz już na ciebie czas. Idź prosto pomiędzy kolumnami, trafisz do tylnego wyjścia.
Rycerz nie chciał jeszcze opuszczać smoka, ale karnie ruszył przed siebie. Nie minęło wiele czasu, a był już na powierzchni i szedł prostą drogą w dół, która zdawała się nienaturalnie lekka i kierowała się w stronę ojczystego Kraju Zer na północy. Z czasem „luksusowa” ścieżka przerodziła się w zwykły kamienisty trakt. Wyglądało na to, że tutaj już nie sięgała władza mrocznego smoka.
Paladyn uznał, że rozbije obóz nieopodal ciekawej, powykrzywianej skały. Zdjął plecak i już miał zamiar schylać się, by rozkładać namiot, gdy do jego uszu dotarł syk.
Na oddalonym o zaledwie kilka kroków głazie siedział naskalnik. Zwierzę syknęło raz jeszcze.
Zza głazu wyszły powoli dwa kolejne jaszczury. Jeden z nich zdecydowanie szykował się do skoku, natomiast pozostałe dwa powoli okrążały swoją zdobycz.
– Ponoć jesteście samotnikami. – wycedził przez zęby Zeryjczyk, chwytając oburącz halabardę.
Rozległ się kolejny odgłos, tym razem za plecami paladyna. Zbliżał się kolejny jaszczur, z którego boku wystawał znajomy sztylet.
– Zemsta, prawda? – rzekł ironicznie Zeryjczyk. Wiedział, że nie ma szans, jednak przyjął to ze spokojem. Spełniło się jego największe marzenie. Naskalnik ze sztyletem w boku wyprężył się, lecz zamiast skoczyć wydał z siebie trzykrotnie stłumiony skowyt. Inne zwierzęta zatrzymały się, by chwilę później zacząć się wycofywać.
– Zaraz… – skonsternował się paladyn. – Czyżbyś ostrzegał swych braci przede mną?
Uderzenie.
Zeryjczyk leżał zdezorientowany na plecach. Jego pierś była przygnieciona przez szponiastą nogę. Podobna kończyna trzymała też lewe udo rycerza. Paladyn widział nad sobą naskalnika, jednak innego niż pozostałe. Był niemal dwa razy większy, a kolor łusek, miast na turkusowo, połyskiwał ciemnym błękitem.
– Skądżeś się tu… – Gad przycisnął łapą klatkę piersiową zdobyczy, jakby chciał wymusić milczenie.
Pozostałe naskalniki zaczęły się coraz bardziej zbliżać. Rycerz doskonale widział, jak otwierają paszczę i prezentują liczne zęby.
Wtem, na czas uderzenia serca, błysnęło światło, a chwilę później zrobiło się ciemno. Coś poruszało się z ogromną prędkością i krążyło między jaszczurami. Po chwili tajemnicza siła wyrzuciła niebieskiego gada w powietrze, by niedługo później cisnąć nim ciężko o ziemię. Jaszczur błyskawicznie odskoczył, by błyskawicznie zniknąć między skałami. W jego ślady poszły pozostałe gady.
– Szukałem cię – rozległ się szept w głowie paladyna.
– Strażnik bramy? Żywy cień? – Zeryjczyk znał ten głos aż za dobrze. – Uratowałeś mnie.
– Uratowałem? – głos odbijał się echem – Nie. Po prostu nie mogłem pozwolić, by jakieś durne zwierzęta popsuły moje plany.
– Plany? O czym ty mówisz? – Rycerz miał złe przeczucia. Ostrożnie podniósł się z ziemi, tuż przed nim majaczyła przezroczysta, ledwo widoczna, przypominająca kijankę postać żywego cienia.
– Upokorzyłeś mnie! – syknął żywy cień. – Co ty sobie myślisz? Przychodzisz do Smoczych Gór jak do siebie. Cudem unikasz śmierci ze szponów lokalnego drapieżnika, następnie przypadkowo odkrywasz wejście do jaskini, pomimo że od początku dostawałeś wskazówki jak tam trafić. I na końcu „pokonujesz” mnie, ponieważ wykazałeś nietypową dla twojego marnego gatunku reakcję i rozbawiłeś mego pana.
– Twój pan sam mnie wpuścił. Byłem mile widziany w jego jaskini.
– Możliwe, ale jestem jeszcze ja i w tej chwili jesteś bardzo niemile widziany. Jestem Tsat’ha’irem! Istotą światła i mroku, a ty musisz okazać mi szacunek. Tutaj nie sięga władza mego pana, więc jesteś zdany na moją łaskę. Zrozumiano?
– Może i jestem idealistą, ale nie głupcem – rzekł zrezygnowanym tonem rycerz. Jednak gdy już miał klękać, przypomniało mu się spotkanie ze smokiem. To nie siła była źródłem potęgi żmija, lecz jego wola.
Paladyn zacisnął pięści i wypiął pierś.
– Na kolana! – zagrzmiał cień.
– Nie.
– Jak śmiesz? Zniszczę cię!
– Nie. Szanuję twój lud. Mroczny smok, twój pan, pokazał mi wielką bitwę, która rozegrała się tysiące lat temu. Do walki stanęły świetliste Seydury i mroczne Seyhiry. A jeśli tak, to jest oczywistym, że zjawili się także twoi pobratymcy, mroczno-świetliste Tsat’ha’iry.
– Co próbujesz ugrać, człowieku? Dobrze wiesz, że opowieści smoków i innych stworzeń nie wspominają o nas, jesteśmy zbyt słabi, by mierzyć się z panami tego świata… ale wystarczająco silni, by zetrzeć na proch takiego śmiertelnika jak ty!
– Nie wspominają, ale wydaje mi się oczywiste, że tam byliście. Nie zaprzeczasz.
– Owszem, byliśmy. I ginęliśmy tak samo, jak wspaniałe smoki, Sirianie, czy inne istoty. Dlatego tym bardziej masz oddać mi cześć!
– Jednak czy ty brałeś udział w tej bitwie?
– Nie. Zaczynasz mnie denerwować…
– Dlaczego zatem mam okazać cześć tobie?
– Jestem istotą wyższą, głupcze!
– Może i tak, ale charakterem nie różnisz się od niejednego człowieka! Jesteś arogancki i próżny, a do tego nie masz poszanowania dla życia. Nie zasługujesz na cześć!
Rycerz poczuł, jak potężna siła przyciska go do ziemi. Wnętrze jego głowy na wskroś przeszywał pełen gniewu ryk. Potężna siła zaczęły kruszyć kamienie tuż przy jego głowie, obracając je w pył. Następnie poczuł, jak wola żywego cienia podnosi jego ciało, zupełnie jakby nic nie ważyło. Zawisł tak dwa kroki nad ziemią, czując ogromny ucisk w okolicach ciemienia.
– To twoja ostatnia szansa! Okaż mi cześć, bo inaczej zgniotę cię jak tamte kamienie wcześniej!
Paladyn pochylił głowę. Wiedział, że jest bezsilny. Jednak w tym momencie coś się stało, w głowie czującego ogromny ucisk w okolicach ciemienia Zeryjczyka, zakiełkowała myśl.
– To twoja ostatnia szansa! Okaż mi cześć, bo inaczej zgniotę cię jak tamte kamienie wcześniej!
– Zaczekaj…. Czy wiesz, kim była ta istota? Ta, która tysiące lat temu chciała zniszczyć świat?
– Nikt tego nie wie! A już na pewno nie taki śmieć jak ty!
– Daj mi tylko chwilę. Mroczny smok, twój pan, pozwolił mi spojrzeć na tamte wydarzenia żmijowymi oczami. Widziałem sznury energii, jej kształty i rozmieszczenie. Widziałem jak wyglądały w świetlistych Seydurach i mrocznych Seyhirach. Takie same warkocze mocy emanowały od tamtego przybysza.
– I co z tego? Opóźniasz tylko własną śmierć!
– To był Tsat’ha’ir! Istota, która rozdarła niebo i była potężniejsza od wszystkiego, co żyje na tym świecie, należała do twojego rodzaju! Niewidzialna siła puściła. Rycerz z głuchym odgłosem spadł na ziemię, z trudem łapiąc oddech i trzymając się oburącz za pękającą z bólu głowę. – Co powiedziałeś?
– To był… żywy cień! Przedstawiciel… twojego rodzaju – paladyn z trudem składał zdania, choć teraz czuł się już nieco lepiej. – A to oznacza, że ty też możesz osiągnąć wielką moc, chociażby taką jak twoi krewni, Seydury i Seyhiry.
– To niemożliwe – odparł żywy cień spokojniejszym, lecz rozgoryczonym tonem. – Powiem to upraszczając, by twój ograniczony umysł mógł cokolwiek pojąć… My Tsat’ha’iry, mamy w sobie dwa razy więcej energii niż spokrewnione z nami istoty czystego mroku lub istoty czystego światła. Jednak w naszym przypadku, napędzające nas siły wygaszają się wzajemnie. To dlatego nigdy nie osiągamy potęgi równiej naszym kuzynom, którzy mają w sobie jedynie moc mroku lub moc światła. Mój rodzaj skazany jest na pozostanie w tyle, będąc na tyle nisko, że musi słuchać nawet smoków.
– Ale ta istota. Ona miała w sobie i światło i mrok, jednak jakby… Trudno mi to nazwać… Kierowała energią, moce nie wygaszały się, lecz wzmacniały.
– I niby ty to odkryłeś? Były tam setki istot wyższych, ale dopiero ludzki rycerzyk nas wszystkich oświecił?
– Skąd wiesz, że smoki i inne istoty o tym nie wiedzą? Może po prostu nie chcą, byście wy, żywe cienie, poznali swój prawdziwy potencjał – Zeryjczyk był zdziwiony ostatnimi słowami. Nie był pewien, czy wypowiedział je sam, czy może ktoś mu je wtłoczył to ust.
Po tych słowach żywy cień zniknął. Nastała cisza.
Rycerz poczuł ruch w kieszeni, do której schował prezent od smoka. Gdy wyjął posążek, zauważył nowy detal. W miejscu, gdzie wcześniej widniała tylko część góry pojawiła się podobizna przypominającej kijankę istoty – Tsat’ha’ira.
ARHIZ
Subskrybuj:
Posty (Atom)