Fanpage na Facebooku

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantasy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 maja 2019

Zikkuraty, klatki z kośćmi, pijawki i kaganki na dachach

!!!LINK DO WSZYSTKICH OBRAZKÓW!!!


Czarnoocy, zwani też czasem długobrodymi, zamieszkują północną i północno-wschodnią część kontynentu. Tereny te klasyfikuje się jako cywilizację ashterańską, od państwa Ashtera: najpotężniejszego i najbardziej wpływowego mocarstwa czarnookich.


Ashteranie to naród kupców i badaczy. Ich państwo – na mapce zaznaczony obszar na wschód od gór – zwane jest czasem stolicą mądrości, ale już na pierwszy rzut oka widać, że nie wiedza, lecz handel stanowi tutaj najwyższą wartość. Mieszkańców Ashtery charakteryzuje jasna skóra, jednolicie czarne, „sarnie” oczy i czarne włosy. Czułki są zredukowane do dwóch malutkich guzków przy brwiach. Długie brody ”przyozdobione” są często specjalnie hodowanymi, barwnymi pijawkami.
Najbardziej charakterystyczny element ashterańskiego budownictwa to masywne zwieńczenie zwane tiarą, ponieważ przypominają nakrycia głowy możnych. Monumentalne konstrukcje symbolizują opiekę państwa i bogów, która ma rozciągać się nad mieszkańcami niczym cień potężnych budowli: urzędów, świątyń, karawanserajów i izb handlowych. Tiary przyozdobione są często wiszącymi lampami, kadzidłami czy kagankami. Mogą symbolizować światło wiedzy, sprowadzić przychylność bogów, a czasem nawet pali się w nich specjalne zioła, by zapobiegać epidemiom. Złośliwcy powiadają jednak, że najbliżej tym ozdobom do kupieckich szal.
Dominujące kolory to fiolet oznaczający bogactwo, biel lub złoto utożsamiane z wiedzą i turkus – symbol sprawiedliwych rządów.


Pod względem fizjonomii Sheykukanin od Ashteranina różni się tym, że ten pierwszy nosi brodę, a czasem i włosy, splecioną w co najmniej jeden warkocz. Sheykukanie, podobnie jak ich kuzyni, znani są z zamiłowania do handlu, ale są też bardzo blisko związani z morzem i rybołówstwem. Pomimo znacznego pokrewieństwa oba narody nigdy nie pałały do siebie miłością, a bardzo szybko podbici Sheykukanie nie stronili od partyzanckich działań niepodległościowych. Ostatecznie dopięli swego, kolonizując nowe ziemie po wygranej wojnie z Taranami. Po zasiedleniu Półwyspu Wiatrów [na mapce najbardziej wysunięty na północ półwysep] musieli jednak częściowo porzucić wyniesione z ojczyzny ashterańskie wzorce na rzecz adaptacji do nowych, o wiele chłodniejszych warunków. W efekcie powstała późna architektura sheykukańska, będąca połączeniem tradycji Ashtery i pragmatyzmu podbitych Taran. Widać jednak, że mimo warunków Sheykukanie starali się zachować elementy typowe dla swojej kultury, np. tylko lekko zmodyfikowali tiary, skazując się na klątwę wiecznego odśnieżania. Początkowym powodem była chęć zaznaczenia opozycji „cywilizowanego” Sheykuku w stosunku do ”barbarzyńskich” Taran [co miało także znaczenie praktyczne – wojska mogły szybko rozpoznać do kogo należy osada], później nowe standardy budownictwa stały się częścią tożsamości narodowej.
Dominujący kolor to turkus – zapożyczony z Ashtery symbol sprawiedliwych rządów.


Wiele plemion Taran zamieszkiwało pierwotnie Półwysep Wiatrów. Północ zasiedlały klany wznoszące drewniane warownie i wysokie wieże, z których swoimi włościami zarządzali królowie-nekromanci, położoną w centrum półwyspu wielką knieję przemierzali łowcy-łucznicy, a południowe, graniczące z Wielkim Stepem tereny zamieszkiwały klany tak dzikie, że opisywane jako zwierzęta. Gdzieś pomiędzy funkcjonowali jeszcze Taranie Askadyjscy, znani z pomysłowo projektowanych osad i zamiłowania do pokoju.
Historia pamięta jednak Taran głównie przez pryzmat jednego plemienia: Aśri. Klanu, którego wódz, Aśri-Tara, zjednoczył pozostałe rody i poprowadził ich do szeregów zwycięstw, tworząc tzw. Imperium Jednego Dnia.
Klan Aśri podbijając kolejne szczepy, od każdego przejmował część tradycji. W efekcie powstały uzbrojone po zęby warownie-nekropolie, przyozdobione licznymi totemami podbitych klanów, nad którymi górowały specjalne kolumny z klatkami, w których trzymano kości przodków. Taranie wierzyli, że szczątki umarłych są źródłem mocy i umożliwiają obcowanie z duchami poległych wojowników.
Dominujące barwy to biel – kolor kości niosący wieloraką symbolikę [m. in. rodzina i więź z przodkami], czerwień – utożsamiana w przymiotami wojny [odwaga, szał, honor] i błękit symbolizujący jedność tarańskich klanów.
Sami Taranie nieco różnili się wyglądem od swoich kuzynów ze wschodu. Stare kroniki podają, że mieli co prawda jasną skórę, ciemne włosy i jednolicie czarne oczy, ale dodatkowo ich karki i ramiona zwieńczać miały liczne kolce i wypustki... nie wiadomo jednak, ile w tym prawdy.


ARHIZ

sobota, 11 maja 2019

Przez step i góry aż po cień pagody

!!!LINK DO WSZYSTKICH OBRAZKÓW!!!


Piórogłowi, zwani też Ludźmi z Gór, swoją nazwę zawdzięczają długim czułkom, które przypominają bażancie pióra. Najprostszy podział dzieli Piórogłowych na południowych [kolor zielony], zwanych też Dziećmi Deiksany i będących pod silnymi wpływami kultury anańskiej, oraz na północnych [kolor niebieski], których niekiedy klasyfikuje się jako Cywilizację Górską.

Tałahowie i Tasha

Dwanaście plemion Tałah zamieszkuje Wielki Step na północy kontynentu [niebieski obszar na zachód od gór]. Ci nieustraszeni jeźdźcy cechują się brązowymi czułkami, włosami i oczami oraz popielatą skórą. Dominujące kolory to brąz – symbolizujący Wielki Step, niebieski – utożsamiany z wolnością i czerwony – barwa odwagi.
Powyższy obrazek to bardziej mityczna, rysowana według lokalnej tradycji wizja obozowiska Tałahów [pasma światła symbolizują związek z przodkami], niż realna ilustracja. Anki – przenośne jurty Tałahów – to jedyne „budowle” dopuszczalne na Wielkim Stepie. Ważnym elementem obozowiska jest Ałata – przenośny pionowy słup lub obelisk, często przypominający wielką włócznię, który symbolizuje połączenie pomiędzy ziemią a niebem. Jako wyjątek od zakazu budownictwa na Wielkim Stepie stoi trzynaście świętych wież, po każdej na terytorium jednego z tałaskich plemion [jeden szczep wymarł]. Koczownicy traktują te starożytne budowle jak totemy i wierzą, że zostały wzniesione przez przodków. Prawo Tałahów głosi, że są to jedyne budowle, które mogą stanąć na Wielkim Stepie. Warto zwrócić uwagę, że rysunki Tałahów pokrywają tylko dolną część wieży – po prostu wyżej nie byli w stanie wejść.
Jeśli wierzyć badaczom i historykom, święte wieże-totemy nie były jednak dziełem przodków Tałahów, lecz Magyusów, potężnej rasy czarowników, którzy we wczesnym okresie swojej historii, na długo przed przybyciem Tałahów na Wielki Step, mieli na tych terenach swoje państwo.


Równina Tasha, na wschodzie zwana Ha-Tasha, to wąski pas ciągnący się na południe od Świetlistych Gór [zaznaczony na mapie na niebiesko]. Tashanie to bliscy krewni opisanych wcześniej Tałahów. Podobnie jak kuzyni odznaczają się popielatą skórą, jednak ich oczy, czułki i włosy są czarne. Lata wojen z narodem Osdi oraz późniejsze życie pod ich okupacją, wymusiły na Tashanach znaczne zrezygnowanie z koczowniczej tradycji na rzecz budowania mocnych fortów, a później także pięknych pałaców, w których architekturze odznaczają się mocne wpływy Tona [o których za chwilę].
Dominujące kolory to czerwony, niebieski i symbolizująca naród tashański czerń, chociaż, jak widać na załączonym obrazku, budowniczy nie zawsze są na tym polu konsekwentni. Każdemu zamkowi czy fortowi Tashan towarzyszy co najmniej jeden słup Ałata, który może występować
także w formie kolumny lub wspornika.

Tona, Hakanata i Hana-a – dziedzictwo gór

Hakanata [po lewej] pod względem trybu życia najbardziej przypominają najdawniejszych piórogłowych. Jak przed tysiącami lat zamieszkują niedostępny szczyty Świetlistych Gór [zaznaczony na mapce na niebiesko], będąc formalnie pod panowaniem Layanaosów, obcego narodu, który swego czasu skolonizował tereny Gór, zmuszając autochtonów do emigracji lub przeniesienia się na bardziej niegościnne tereny. Hakanata mają popielatą skórę i miedziane lub czerwone włosy, oczy i czułki.
Budowle Hakanata to głównie górskie warownie, które w razie potrzeby stanowią schronienie dla okolicznej wioski i podległych lokalnemu władyce pasterzom. Dominujące kolory to purpura, symbolizująca szczęście [gdzie jest warownia, tam jest ochrona] i czerwień oznaczająca niezłomność [Layanaosi szybko zdali sobie sprawę, że lepiej zostawić te fortyfikacje w spokoju].
Hana-a [po prawej] to nieco bardziej odległy naród, bardzo nieliczny i zamieszkujący najbardziej niedostępne tereny Świetlistych Gór [zbyt surowe nawet dla Hakanata]. Niewielkie społeczności zamieszkują wspólnie dziwaczne, przyozdobione wstęgami budowle, w których rezydują lokalni guru uważani za wcielenia bóstw.


Tona wywodzą się z Hakanata, którzy opuścili Świetliste Góry, kiedy Layanaosi zaczęli wypierać autochtonów na bardziej niegościnne tereny. Trafiając na Równinę Tasha nie zostali zbyt ciepło przyjęcie przez jej mieszkańców – Tashan. Pod wpływem wieloletnich wojen zrodziła się kultura Tona, pełna honoru, odwagi, lojalności... ale i okrucieństwa.
Tona, tak jak Hakanata, mają popielatą skórę oraz czerwone lub miedziane oczy, włosy i czułki.
Ogromne pałace Tona od zawsze pełniły trzy funkcje – miały budzić podziw wśród poddanych, strach wśród wrogów [czyli głównie Tashan] i stanowić strategiczne punkty w powolnym podboju Równiny Tasha. Dominujące kolory to symbolizujący szczęście fiolet [przejęty od górskich przodków] oraz żółty symbolizujący szlachetność i lojalność [prawdopodobnie wpływy anańskie].


ARHIZ

środa, 24 stycznia 2018

Wojna zawierała lokowanie produktu

Setki proporców łopotały na porywistym wietrze, szeleszcząc niczym mknące po niebie stado pierzastych węży. Na środku zaś pysznił się dumnie największy i najwspanialszy z nich, biały sztandar z wizerunkiem Boga-wojownika.
Generał Seymār Kryształowy Wąż rozpostarł wachlarz po czym wzniósł go nad głowę.
– Wojownicy! Synowie Narodu Anańskiego! – ryknął z siłą dziesięciu mężów. – Przed nami największa bitwa, jaką świat widział. Kiedy patrzę na mrowie wrażych oddziałów, nie mam wątpliwości, że są liczniejsze.
W oddali rozległ się tubalny, niski ton. To ryk barbarzyńskiego rogu, znak wymarszu. Niebo pociemniało, jednak nie na tyle, by przysłonić do końca horyzont – najeżony włóczniami, nieskończony las oręża.
– Bohaterowie! – zagrzmiał generał. – Gdy na was patrzę, nie lękam się.
W oddali znów zawyła bojowa trąba, a potem kolejna i jeszcze jedna. Połyskująca ostrzami czarna ściana śmierci ruszyła w stronę Anaosów.
– Nie lękam się – kontynuował Seymār – ponieważ to my mamy broń, która pokona wszystko. Naszym orężem jest wiara i honor! Zwyciężymy, gdyż…
Huk barbarzyńskich trąb potężniał coraz bardziej.
– Gdyż jesteśmy jednością i prowadzi nas Bóg-wojownik! – Ku ogólnemu zdziwieniu, szlachetny głos z łatwością przebił się przez dźwięk plugawych trąb. Czyżby w generała wstąpił sam Pan Wojny?
– Hat’hā! – wykrzyknął Seymār, czując, jak ból rozdziera mu gardło.
– Hat’hā! – zawtórowali mu wojownicy.
Anaosi runęli w stronę barbarzyńskich wojsk. Trąby dzikusów ucichły. Zastąpił je szczęk łamanych tarcz i gruchot pękających kości.
Generał Seymār wskoczył w sam środek nieczystych barbarzyńców, po czym z łatwością przeciął na pół duży, dwuręczny miecz. Stało się tak, ponieważ korzystał z chromowanego, czterowarstwowego ostrza wykutego przez ród Zielonych Ważek. Antypoślizgowa, przedniej jakości owinięta zamszem rękojeść inkrustowana pyłkiem aloesu sprawiała, że chwyt był mocny i pewny, a nowoczesna stal i lekka budowa gwarantowały lepszą niż inne modele swobodę ruchów. Do tego miecz opatrzony był modnym motywem wijącego się węża oraz gustownym chwośćcem wyposażonym w dzwoneczek. Dom Miecza Zielonych Ważek – doskonałej jakości broń w atrakcyjnej cenie. Zajrzyj już dziś!
Anańska armia wbiła się w morze dzikusów, niczym szlachetna strzała przecinająca gnijący liść trawy ryżowej. Jednak wraże rogi zagrzmiały ponownie, tym razem nie dziesiątkami a setkami. Plugawie mrowie zaczęło zalewać bohaterów anańskich, niczym bagno pochłaniające kamień szlachetny. Dwudziestu barbarzyńców ze wszystkich stron rzuciło się na Seymāra, okładając go wyszczerbionymi ostrzami.
– Za Boga-wojownika! – wykrzyknął generał, odrzucając otaczający pomiot. Przeżył, ponieważ chronił go najnowszy pancerz płatnerza Sanahtē z Ahayatyū. Wygodne, skórzane pasy zapewniały idealne przyleganie wszystkich płyt, a dodatek soku z drzewa gumowego sprawiał, że przyczepy same dostosowywały się do kształtu ręki. Jaskrawoczerwona, impregnowana farba sprawiała, że pancerz zachowywał należyty kolor nawet w samym środku wojennego ferworu, a wtłaczane technologią rowkową złote zdobienia nie złuszczały się nawet przy uszkodzeniu pierwszej warstwy ochronn…
– Dziadku, nie mogę. – Sahdīn cisnął książką w róg siedziska. – To jest okropne! Jeszcze kilka lat temu można było poczytać coś normalnego, a teraz wszędzie pchają te reklamy.
– Oj, wnusiu, wnusiu – dziadek nie ukrywał rozbawienia. – Bycie mistrzem miecza czy pancerza to ciężki kawałek chleba. Nic dziwnego, że płacą pisarzom, by wspominali o ich produktach. Każdy dba o owoce swojej pracy. Za moich czasów, gdy nie było druku, książki były niesamowicie drogie, mogłem tylko pomarzyć, by czytać tak jak ty teraz…
– Ale dziadku… – nastoletni Sahdīn był coraz bardziej poirytowany. – Jak mam przeżywać przygody generała Saymāra, gdy co rusz piszą o nowych, impregnowanych zbrojach? Dobra, w takim razie posłuchaj tego.
Młodzieniec ze zręcznością nadrzewnego jaszczura podskoczył do drewnianej domowej biblioteczki.
– Żarty się skończyły – mruknął dziadek dostrzegając, że kolejna książka wzbogacona jest o drewnianą zakładkę.

Waleczny Hasallān chwycił odciętą głowę, po czym cisnął nią w przepaść.
– Zwycięstwo! – krzyknął, a jego szlachetny głos poniosło echo.
– Zwycięstwo! – zawtórowali dzielni mężowie.
Nie był to jednak czas świętowania. Garstka wojowników stała na skraju ogromnej równiny. Równiny, która stała się polami śmierci. Zewsząd dobiegały jęki konających, a białe niegdyś sztandary pokrywała szkarłatna posoka, na niebie zaś pojawiało się coraz więcej górskich sępów.
– Przygotować stosy pogrzebowe – rozkazał Hasallān.
– Ależ panie, tak wielu poległo – odparł niepewnie gwardzista. – Choćbyśmy wycięli cały las…
– Wytnijcie i dziesięć! Nie zostawimy nikogo bez należytego pochówku!
– Panie, bądź litościwy! Przygotowania, uprzątnięcie tego pobojowiska… To zajmie miesiące!
– Niekoniecznie – uśmiechał się Hasallān.
– Niekoniecznie?
Straszliwe pobojowisko? Niekoniecznie! Odwiedź już teraz obwoźny kramik braci Shakari i kup najnowszy odkurzacz automatyczny. Parowa technologia zapewnia bezszelestne działanie. Ciesz się wolnym czasem, bo nasz sprzęt sam uprzątnie twoje mieszkanie! Nie czekaj! Oferta ograniczona…
– No dziadku! – krzyknął Sahdīn. – To jest szczyt wszystkiego. Automatyczny odkurzacz? Jak to zabija klimat! Przecież w tamtych czasach nikomu nawet nie śniły się takie urządzenia… Dziadku?
– Wiesz co, wnusiu?
– Teraz rozumiesz, prawda?
– Skocz, proszę, do tego kramiku i zobacz, po ile mają te odkurzacze.



ARHIZ

Link do Nowej Fantastyki.

środa, 17 stycznia 2018

Zmarły za życia

„Zaiste wśród barbarzyńców zemsta często przybiera formę Krwawego Łańcucha, niekończących się odwetów, w których klany i rody bez końca mordują się wzajemnie w imię wendety. Tylko cywilizowane nacje anańskie rozumieją, że zemsta pochodzi wprost od Pana Zła. Dlatego też nasze prawo jest skonstruowane tak, by zawsze przerywać Krwawy Łańcuch.”
Sanahtē Zielony Skarabeusz, Traktat o wyższości narodów anańskich.



Nie spuszczaj ognia z oczu! Patrz, jak płonie twoja szata, jak świecące języki pożerają pas i chustę. Zachowasz jedynie diadem dariyā, wszak wciąż jesteś Anaosem.
Od teraz będziesz nosić niebieską szatę, strój żałobnika. Woal zakryje przed światem twą twarz. Aby było jasne, że wracasz z własnego pogrzebu, kolor smutku będzie także zdobić twe powieki, do ostatniego dnia kiedy w końcu doznasz ukojenia. Jeśli będziesz miał szczęście, może ktoś z rodziny rozpozna cię po kształcie czułek, ale to i tak nie ma znaczenia. Odwrócą wzrok jak wszyscy inni.
Akolici! Posadźcie go na siedzisku! Pochyl głowę, nałożę ci ponownie twój diadem. Dobrze, a teraz barwnik… Trzymać mu głowę, mocno!
Drżysz? Pamiętaj, że ból ciała będzie ostatnim fizycznym odczuciem, którego doświadczysz, do końca twych dni, lecz po stokroć silniejszy będzie sztylet rozdzierający od wewnątrz twe serce. Na bogów, nie szarp się! Nie chcę cię oślepić… Zaciskaj powieki, mocno. Taak, dobrze. A teraz pod żadnym pozorem nie otwieraj oczu, aż ci pozwolę.
Czujesz, jak zapach pogrzebowych kadzideł miesza się ze swędem twoich starych szat? Twój pogrzeb dobiega końca. Rytuał naznaczania również.
Dobrze, dobrze. Teraz tylko mazidło utrwalające… Nie wierzgaj, bo każę cię przywiązać! Zachowaj choć resztki godności… Właśnie tak. Możesz otworzyć oczy. Mrugnij parę razy… Możliwe, że widzisz zamglony obraz. To przechodzi z czasem. Zazwyczaj. Jesteś teraz Ristalāt’h, Łaknący Zemsty. Rytuał pogrzebowy został odprawiony, a proch powstały z twych rzeczy rozrzucony jako popiół z ciała zmarłego.
Rada kapłańska jednogłośnie uznała, że pomimo wydanego przez nas wyroku, przysługuje ci prawo do zemsty. Jednak doskonale wiesz, że korzystając z niego podpisujesz na siebie samego wyrok śmierci, ponieważ zemsta jest jednym z najgorszych grzechów. Dlatego też albo zginiesz, po tym jak zaspokoisz swą nieczystą żądzę, albo polegniesz z ręki tego, którego pragniesz zgładzić. Wiedz jednak, że członkowie rodu twojej ofiary oraz ich strażnicy mają prawo się przed tobą bronić.
Idź zatem i czyń swoją powinność. Jednak pamiętaj, będziemy mieć cię na oku. Nawet martwi muszą przestrzegać prawa. Gdy dokonasz zemsty, odbierzesz sobie życie jak wojownik: wpierw podcinając sobie żyły mieczami, a następnie recytując święte formuły. Dopilnujemy, byś odszedł w spokoju…
Jednak pamiętaj, jeżeli uda ci się dokonać zemsty i potem zapałasz chęcią powrotu do życia, zostaniesz oskarżony o zdradę, a dla zdrajców jest tylko jedna kara: zrzucenie ze skały. Odbierzemy ci diadem, po czym nie pozwolimy, byś miał wpływ na sposób, w jaki stracisz życie. Umrzesz jako barbarzyńca, a błękitna ważka nie zabierze twej duszy, która umrze wraz z twym niegodnym ciałem.

******

Wychodzę ze świątyni. Przechodnie od razu reagują. Część spuszcza wzrok, inni usilnie wpatrują się w horyzont lub podziwiają gzymsy. Jestem umarły za życia. Jestem Ristalāt’h.
Czuję pragnienie. Mój wzrok bez udziału woli znajduje dobrze znany mi szyld herbaciarni „Ważka na Liściu”. Mijam czerwony proporzec informacyjny i wchodzę do środka. Zdobiące sufit dzwonki grają wesołą melodię. To jedyny przejaw mojego wejścia.
W mgnieniu oka uwaga gości zostaje całkowicie skupiona na stołach lub czarkach herbaty. Rad’hār, dobrze znany mi właściciel przybytku, zaczyna z uporem maniaka czyścić jakieś naczynie. Chcę coś powiedzieć, ale nawet zwykłe powitalne „Sīesi Nahīm” staje mi w gardle. Bo któż odpowie na wołanie umarłego? Powoli podchodzę do lady. Widzę naczynie z parującym płynem. Bezbłędnie rozpoznaję Liście Południa, moje ulubione. Ostrożnie łapię oburącz czarkę. Rozglądam się.
Bez zmian, goście wciąż zaabsorbowani stołami, ewentualnie podłogą. Wszystko, żeby choć przypadkiem na mnie nie spojrzeć. W rogu dostrzegam znajome czułki mojego kuzyna imieniem Alarīs. Wpatruje się w swoją czarkę niczym kapłan w lunetę…
Zanurzam usta w przywłaszczonej właśnie herbacie. Nie spieszę się. Jak nakazuje tradycja, naprzemiennie upijam małe łyki i raczę się wonią naparu. Odstawiam powoli naczynie jak najbliżej gospodarza. Jego czułki zadrgały.
Kieruję się w stronę łukowatych drzwi wyjściowych. Czuję nagły przypływ odwagi. Odwracam się na pięcie.
– Sīesi Nat’hayī, żegnajcie.
Odpowiada mi cisza, ale to nie ona przeszywa teraz całe ciało. To sztylet rozdzierający me serce.

******

Rozświetlone przez popołudniowe słońce srebrne krople spływają leniwie po liściach świętych paproci. Zewsząd dochodzi dźwięk łopoczących proporców i uderzających o siebie bambusowych rurek. Niebawem, jak co dzień, zacznie padać.
De’iksanā, moja ojczyzna. Czy jest piękniejsze miejsce, by umrzeć?
Koturny sandałów stukają o żółtawą kostkę. Pragnienie ciała zostało nasycone, jednak dusza wciąż domaga się innego napoju. Krwi oprawcy. Ruszam w stronę domu mojego byłego pracodawcy. Idę powoli, racząc się ostatnimi promieniami słońca. Chcę, by już padało, kiedy wejdę do tej przeklętej posiadłości. Przechodnie pierzchają przede mną na boki. Dobrze, że moje lico zakrywa woal, głupawy uśmiech nieco kłóci się z wizerunkiem przeklętego Ristalāt’ha.
– Sīe Nahīm. – Słyszę za plecami. Nieelegancki akcent zdradza cudzoziemca. Obracam się powoli.
Utwierdzam się w przekonaniu. Brak diademu i chusty, a zamiast anańskich pierzastych czułków jakieś dwa maczugowate kikuty. Białe niczym mleko oczy połyskujące zza maski stylizowanej na twarz sugerują, że mam do czynienia z Zeryjczykiem.
– Odzywasz się do mnie? – pytam możliwie surowym tonem. Ostatnia rzecz, o której teraz marzę, to odpowiadanie na pytania jakiegoś głupiego barbarzyńcy.
– Uraziłem? Kolejny pielgrzym? Asceta? Kapłan? Generał!? – irytacja w głosie nieznajomego jest jeszcze silniejsza od jego pokracznego akcentu. Zaintrygował mnie.
– Nie podnoś głosu, inaczej zgarną cię strażnicy. Tu jest De’iksanā. – Schodzę z tonu, lecz nadal staram się brzmieć groźnie. Mój oryginalny wygląd chyba robi na nim wrażenie.
– Wybacz, panie. Po prostu szukam karczmy i totalnie nie mogę się dogadać z… kimkolwiek.
– Co to „kartsmā”? – pytam próbując powtórzyć śmieszne słowo, którego użył obcy. Wyraz cierpienia, które pojawia się na jego twarzy sprawia, że zaczynam go lubić.

******

Promienie słońca przebijają się przez wiszące w oknie koraliki. Nikt nie zadawał pytań, kiedy poprzedniego dnia przyszedł jakiś cudzoziemiec i wynajął spory pokój oraz zażyczył sobie niemałą porcję jedzenia. Tylko herbaty mu, słusznie, nie dano. Barbarzyńcy nie potrafią pić tak szlachetnych napojów.
Półleżę na czerwonym siedzisku, sącząc wodę z szerokiej czarki.
– Pozwól, że powtórzę jeszcze raz – obcy mówi powoli, jakby jednocześnie intensywnie myślał. – Twój szef zabił twoją córkę. Wasi kapłani wymyślili mu jakąś dziwną karę, że ma pomagać twojej rodzinie, czy coś, a ty chcesz go po prostu zaciukać… Ale możesz to zrobić tylko wtedy, gdy będziesz chodzić w tych niebieskich ciuchach, a pod koniec popełnisz samobójstwo?
Kiwam głową. Obcy robi dziwną minę, zupełnie jakby było to coś niecodziennego.
– I oficjalnie jesteś zmarły?
Ponownie potakuję, mimowolnie przewracając oczami.
– No dobrze już, dobrze. Nie gorączkuj się pan. – Zeryjczyk splata palce i posyła mi zza swej maski badawcze spojrzenie. Zastanawiam się, czy kiedykolwiek ją zdejmie.
– Pomożesz mi czy nie? – pytam zniecierpliwiony. Barbarzyńca przeciąga się.
– Jak już mówiłem, jestem agentem do wynajęcia. Coś jak ci wasi… Tsat’halat’hsī? Z tym, że nie służę głównemu kapłanowi, tylko tym, którzy mi zapłacą.
– Mówiłem ci już, że nie mam pieniędzy…
– Mówiłeś, ale nie oczekuję od ciebie zapłaty. Przynajmniej takiej zapłaty.
Cudzoziemiec jest coraz bardziej pewny, widzę, jak celowo bawi się ze mną. Czuję się nim coraz bardziej zmęczony.
– Pomogę ci – syczy w końcu, sięgając po swoją czarkę z wodą.
– Czego oczekujesz w zamian od umarłego?
– Sławy. Sławy! Jeżeli cię wesprę, zrobi się o tym głośno. Rzucasz się w oczy, jesteś rzadkością nawet na tych ziemiach.
– Ale wiesz, że…
– Tak, umarłemu nie można pomagać… przynajmniej w zabijaniu. O to już się nie martw, oficjalnie zabijesz go sam. O mnie dowiedzą się ci, na których mi zależy. Poza tym… – odchyla maskę, prezentując blade lico. Białe oczy jawią się teraz niczym wąskie szpary. – Po prostu uważam, że ten gość zasługuje na poderżnięte gardło.

******

Słońce powoli zachodzi. Proste strugi deszczu zacierają szczegóły otoczenia, niczym woal kontury mej twarzy. Powoli zapalają się żółte i zielone latarnie. Stoimy naprzeciw wielkiej posiadłości. Tuż obok niej powiewa proporzec z symbolami oznaczającymi siedzibę szczepu Włóczni-nad-Paprocią.
– To jaki mamy plan? – Pomimo ciemnego stroju i kaptura, srebrna maska cudzoziemca sprawia, że obcy rzuca się w oczy chyba jeszcze bardziej niż ja.
– Noo, wchodzimy i robimy swoje?
– Co? – Zeryjczyk puka się w maskę, która cicho dzwoni. – Chcesz się zemścić czy zdechnąć w drzwiach? Mówisz, że facet jest nadziany i ważny, tak? Naprawdę wierzysz, że wejdziesz sobie od tak do tej małej twierdzy? Że nie ma tam straży czy kogoś podobnego?
– Nie byłem nigdy w jego posiadłości…
– Ty chyba w ogóle w niewielu miejscach byłeś, co?
Do mych uszu dochodzi stukot koturnów. Z mgły i strug deszczu wyłania się mężczyzna z włócznią, której grot ukryty jest wśród kolorowych frędzelków. Strażnik.
– Co tu się dzieje, barbarzyńco? – pyta pogardliwym tonem. Robię krok do tyłu, wszak mnie tu nie ma.
– A, panie władzo, zwiedzam sobie ten piękny kraj. – Zeryjczyk wygląda na odprężonego. Zapewne nie jest to jego pierwsza rozmowa ze strażnikiem. Pytanie tylko, jak wygląda jego doświadczenie ze strażą anańską.
– Od zwiedzania jest dzień i centrum miasta, obcy. Wyraźnie słyszałem rozmowy… Czyżby konspiracja? – W międzyczasie wojownik podnosi broń do góry, by zasygnalizować reszcie, że mogą być potrzebni. Cudownie.
– A lubię czasem do siebie pogadać, panie władzo. Wszak nikogo innego tu nie ma. – odpowiada mój kompan, bezczelnie wskazując na mnie. Co on sobie myśli!?
– A więc zakłócanie spokoju! – syczy strażnik, dziwnym trafem kierując twarz w moją stronę. – Chłopaki! Zatrzymać tego cudzoziemca.
Zabrali go. Właściwie spodziewałem się jakiejś akcji. Prób ucieczki, szybkiego manewru rodem z opowieści o szpiegach. A tutaj nic. Po prostu poszli, a on razem z nimi.
Zostałem sam. Przeklęty Ristalāt’h, który „w ogóle był w niewielu miejscach”. A teraz musi szturmować posiadłość możnego rodu. Tyle, że całe życie zajmowałem się robieniem ozdobnych krat do okien…
Dostrzegam kątem oka jakiś ruch. To kartka. Deszcz na dobre przykleił ją do bruku, wygląda jakby miała się za chwilę rozpuścić. Delikatnie rozprostowuję papier. Widzę szereg koślawych znaków, starających się o bycie podobnym do pisma kapłańskiego uproszczonego, którym wszyscy piszemy na co dzień. Bez wątpienia wiadomość od Zeryjczyka.
„Nie ruszaj się nigdzie! Zabrali mnie, niech myślą, że jesteś sam. Zwieję za godzinę lub dwie, mam plan”.
O jakimkolwiek planie mowa, musi być lepszy niż mój: wejść i zginąć u progu.
Pada coraz mocniej, jak zwykle o tej porze. Mniej więcej po północy deszcz ustanie a chmury ustąpią, odkrywając rozgwieżdżone niebo – boski wachlarz Pana Nocy.
Jednak teraz strugi deszczu obficie spływają po mej chuście i szacie. Kiedyś słyszałem plotki, że w barbarzyńskich krajach robią ubrania, przez które przechodzi woda. To nie może być prawda. Przyglądam się latarniom. Pozłacane daszki z powodzeniem chronią ich serca – zielone lub żółte lampiony. Przez szum deszczu przebija się dźwięk łopocących proporców i uderzających koralików. Ponoć są kraje, gdzie tych dźwięków nie słychać wcale. To nie może być prawda.
– Cholera, jestem mokry jak żaba pod wodospadem!
Wzdrygam się.
– Tęskniłeś?
– Powiedzmy – odpowiadam, żałując w duchu, że udało mu się uciec.

******

Rozgwieżdżone niebo, odgłosy cykających owadów, powiewających sztandarów i uderzających o siebie koralików. I my.
– Tak więc mówisz, że jest u was taki zwyczaj, że bogaci wstawiają w okna ozdobne kraty?
Kiwam głową.
– Oczywiście ty potrafisz takową zamontować… oraz zdemontować.
– Jeżeli mam odpowiednie narzędzia.
Zeryjczyk wyjmuje małe zawiniątko. Jego przemoczone, czarne ubranie połyskuje w świetle księżyca. Obcy prezentuje mi szereg… narzędzi. Haczyki, wytrychy, coś przypominającego szczypczyki do jedzenia. Dostrzegam też kilka rzeczy podobnych do tych, którymi pracowałem za… za życia.
– I mówisz, że rozkład pomieszczeń będzie mniej więcej taki sam w każdej budowli, bo inaczej wasi bogowie się obrażą?
Kiwam głową.
– To jesteśmy w domu. Z drzewa wespniemy się na gzyms tamtej wieży, a później zeskoczymy na posiadłość, wprost na to złote coś w kształcie diamentu.
– Kopuła.
– Może i kupiła. Z góry opuszczamy się na taras i wtedy do akcji wkraczasz ty. Rozbrajasz okno, wpadamy do środka. Robisz swoje i spadamy. Głowa rodu na pewno będzie spać na górze?
– Na pewno.
– To ruszajmy wreszcie.
– A możesz to powtórzyć?
– Przecież przerabiamy to już piąty raz!

******

Każda noc w De’iksanie jest taka sama. Najpierw burza, później cisza i ciepłe, słodkawe powietrze. I tylko jedno wprawne oko dostrzega dwa, przemykające kilkanaście stóp nad ziemią cienie.
– Przytrzymaj i ciągnij – szepczę, podważając kratę. Stary dobry model „Przyczajonej ważki”, każdy zdejmuje się w ten sam sposób.
Głuche szczęknięcie, wyszła.
– Na bogów, ile to waży? – stęka Zeryjczyk.
– Tylko nie upuść, obcy. – Ostrożnie biorę kratę i opieram o łukowatą barierkę tarasu.
– Dińyorak! – syczy Zeryjczyk – Tak się nazywam.
– Dobrze, eee, Dinyarāk’h – odpowiadam, starając się nie przekręcić dziwacznego imienia. Ostatnią rzeczą, na której mi teraz zależy, to uczenie się zeryjskich nazw.
– Emm, po prostu mów mi obcy.
Jesteśmy w środku. Przed nami rozciąga się długi korytarz. Nasze kroki tłumi czerwony dywan z tradycyjnym wzorem przedstawiającym aloesy.
– Gdzie teraz? – szepcze Zeryjczyk.
– Gdzieś powinna być komnata, w której przechowują rodowe makaty oraz biżuterię.
– I że niby będzie tam spał?
– Nie, ale może tam medytować.
Szybko odnajdujemy łukowate, ożebrowane drzwi. Otwarte. Powoli wchodzimy do środka. Wita nas ciepłe światło zielonego lampionu, który wisi tuż nad czerwonym proporcem, na którym napisano Pismem Jedwabnym: „włócznia nad paprocią, skrzydło ćmy ostateczną bronią”. To proporzec rodowy!
Przed nim klęczy na siedzisku mężczyzna w zdobionej szacie. Z racji, że jest we własnym domu, nie ma na głowie diademu ani chusty, pozwalając swobodnie leżeć długim, czarnym włosom, z typowymi dla naszego narodu żółtymi końcówkami. Bezbłędnie rozpoznaję go po kształcie czułek. Salān Księżycowy Chód, zabójca mojej córki.
Dobywam oba miecze sayatār, ich krzywe ostrza opalizują przy blasku lampionu.
– Spodziewałem się ciebie, Tsat’ha’īs. – Słyszę nagle. Mężczyzna ani drgnął. Skąd wie, że to ja?
– Teraz odpowiesz za swoją zbrodnię – mówię starając się zachować groźny ton.
– Kiedy wreszcie zrozumiesz, że to był wypadek!? – Salān w mgnieniu oka podrywa się na nogi, po czym chwyta za powieszony na ścianie sayatār.
– Co to ma być? Nie pisałem się na pojedynek szermierski. – Słyszę rozdygotany głos Zeryjczyka. Ostatnie słowa dobiegają jakby z oddali.
– Tsat’ha’īs, jesteś sam – słowa sączą się powoli z ust głowy rodu – tylko ty i ja.
– Zabiłeś moją córkę, a później zmarła moja żona. Przez ciebie!
Ruszam na wroga. Koturny sandałów stukają o bambusową matę. W moją stronę wystrzeliwuje wraże ostrze. Wykonuję półobrót i tnę lewym mieczem. Zdaję sobie sprawę, że mając oręż w obu dłoniach jestem wystawiony na atak.
Moje ostrze przecina powietrze.
– Na bogów, odrzuć jeden miecz i walcz normalnie. To pojedynek a nie rytualne zabójstwo!
Ignoruję słowa oponenta, sam nie wiem dlaczego. Rozumiem, że ma rację, jednak coś… ktoś każe mi nie puszczać ostrza. Czyżby Niebieska Pani, władczyni umarłych?
– Giń! – krzyczę, wyprowadzając kolejne cięcie. Po kilku oddechach widzę tuż przed twarzą błysk wrogiej broni. W ostatniej chwili blokuję drugim mieczem.
Tępy ból w klatce piersiowej, wróg powala mnie solidnym kopniakiem. Nie mogę złapać oddechu. Jestem ranny?
– Popełniłeś błąd, przychodząc tutaj. – Przywódca rodu wykonuje zamach.
Ciemność, coś jest na mojej twarzy. Sztandar rodowy? Szybko odrzucam tkaninę.
– Myślałeś, że cię zostawiłem, co?
Zeryjczyk jest tuż za moim wrogiem i przyciska jego szyję drzewcem rodowego proporca. To koniec. Zaciskam palce na rękojeściach.
Żółte światło. Ktoś wszedł do pomieszczenia.
– Tato!
Mała dziewczynka upuszcza deltoidalny lampion.
– Seymarī! Uciekaj! – charczy Salān Księżycowy Chód, mój kompan jeszcze bardziej tamuje mu dopływ powietrza.
Czas staje w miejscu. Przed oczami jawi mi się moje własne dziecko, Ahmeā. Są tak łudząco do siebie podobne. Czuję w sercu coś dziwnego, jakby coś pękło, uwalniając tajemniczą zawartość. Czuję jak po policzku spływa mi łza.
– Zeryjczyku, puść go.
– Co? – Obcy zachowuje się, jakby zrozumiał polecenie na opak.
– Puść go!
Przywódca rodu kaszle.
– C-co ty robisz? – pyta, z trudem łapiąc oddech.
– Dokonuję właściwego wyboru!
Moje ostrza upadają na matę. Wciąż nie mogę oderwać wzroku od migdałowatych, żółtych oczu dziewczynki.
– Przeklęci Anaosi, ażeby was… Strażnicy! – Zeryjczyk szarpie mnie za ramię.
Czuję się jak wybudzony z letargu. Biegniemy ile sił w nogach do okna, którym weszliśmy. Jeszcze tylko kilka kroków.
– Nie tak prędko.
O framugę opiera się zamaskowana postać. Zielone zdobienia na brązowym stroju wskazują jasno.
– Tsat’halāt’h, szpieg najwyższego kapłana!
– We własnej osobie. Obserwuję was od samego początku tej waszej, grzmijcie bogowie, akcji. – Mężczyzna wyjmuje sztylet. – Sądząc po krzykach, twoja powinność została spełniona, umarły. Czas zatem na dobre udać się tam, gdzie formalnie już jesteś. Czyżbyś zapragnął powrotu do życia? Wiesz, czym to grozi?
– Bogowie, co za naród… – utyskuje Zeryjczyk – Nie ma na to żadnego, noo, haczyka?
– Nie, chyba, że…
Do mych uszu dobiega dźwięk dzwonka. Tego dzwonka.
– Czystokrwisty!
– Co?
– Nie teraz, obcy. Muszę tam biec, szybko!
– Ale, że jak?
Czuję zimno. Zimno płynące ze szklanego, wypełnionego trucizną ostrza. Nie wiem, jakim cudem, Tsat’halāt’h jest tuż przy mnie.
– Nigdzie nie pójdziesz. Albo odbierzesz sobie życie teraz, albo udasz się ze mną do świątyni, gdzie zostanie wykonany wyrok. Podaj mu sztylet, obcy! – syczy skrytobójca.
Dźwięk dzwonka jest coraz cichszy. Wraz z nim zanika moja ostatnia nadzieja.
– C-co? Ja? – pyta teatralnym tonem Zeryjczyk.
– A widzisz tu jeszcze kogoś? – Tsat’halāt’h zdaje się coraz bardziej zdenerwowany.
Biorę prosty sztylet mojego kompana. Może i nie jest to ostrze sayatār, ale z pewnością uda mi się nim podciąć żyły. Klękam, przyjmując pozycję wojownika.
– Żaden Tsat’halāt’h nie będzie przebywać w siedzibie mojego rodu, bez mojej zgody!
Mimowolnie obracam się. Za plecami stoi kilku uzbrojonych mężczyzn, a na ich czele Salān Księżycowy Chód. Wszyscy mierzą ostrzami w stronę skrytobójcy.
– Biegnij, jest jeszcze nadzieja. – Ciche słowa mej niedoszłej ofiary są ledwo słyszalne. – Jestem ci to winien, a nie lubię mieć niespłaconych długów. Biegnij!
Biegnę. Pokonuję korytarz, z trudem utrzymuję równowagę na schodach. Dźwięk dzwonków jest już ledwo słyszalny.
Dostrzegam otwarte na oścież drzwi. Wybiegam na zewnątrz.
– Straże! Nie dopuśćcie umarłego do Czystokrwistej! – słyszę dobiegający z okna wrzask skrytobójcy.
Dwóch wybiega wprost na mnie. Z trudem unikam grotu ukrytego za pękiem frędzli, po czym wykonuję przewrót. Zostawiam ich za sobą.
– Gonić go! Tam jest! – Słyszę pokrzykujących wojowników. Nie oglądam się za siebie, jednak wiem, że z każdym oddechem jest ich coraz więcej.
W oddali dostrzegam kołyszące się światło fioletowej latarni. Dźwięk ceremonialnych dzwonków znów przybiera na sile. Jeszcze tylko jedna przecznica.
Drzewce z impetem uderza w mą piszczel, od razu zwalając mnie z nóg. Po chwili czuję na plecach ciężar drugiego strażnika.
– Mamy cię, ptaszku. Myślałeś, że nas oszukasz? Idziemy wprost do świątyni, zginiesz ostateczną śmiercią jeszcze dziś.
Dwóch wojowników łapie mnie z obu stron, trzeci idzie tuż za mną. Z przodu kolejna dwójka. Nie mam szans. Czekam na śmierć. Śmierć zdrajcy. Śmierć, która sprawi, że ważka Niebieskiej Pani nie przyleci po mą duszę.
Obraz ciemnieje. Moją głowę rozrywa dobiegający z jej wnętrza przeraźliwy pisk. Siedzę? Leżę? Chyba siedzę na bruku. Masuję skronie, otwierając powoli oczy. Widzę fioletowe światło.
Przede mną stoi lektyka. Wszędzie pełno elitarnych wojowników, Gwardzistów Masataha. Za mną klęczą eskortujący mnie strażnicy.
Lektyka Czystokrwistego. Padam na twarz.
– Sak’hayī! Wasza świątobliwość! Pozwól mi mówić! – krzyczę nie odrywając twarzy od chłodnego bruku.
Czuję jak potężna siła wbrew woli podnosi moją twarz. Zamykam oczy, lecz powieki zostają po chwili siłą otwarte. Patrzę wprost na nią. Siedzącą pod ozdobionym fioletowymi lampami i złotymi frędzlami palankinem. Kobietę niespotykanej urody, o ogromnych oczach i długich rzęsach jak u bogów. Czystokrwistą.
Jej wola każe mi patrzeć jej prosto w oczy. Walczę z samym sobą, by przypadkiem nie zerknąć na jej piękne, paprociokształtne czułki.
– Chciałeś zakłócić moją podróż, umarły. Dlaczego? – Władczy ton Czystokrwistej zdaje się odbijać we wnętrzu mej głowy.
– Sak’hayī! Wasza świątobliwość! Przyszedłem błagać cię o akt łaski. Uczyń mnie na powrót żywym!
– Jak śmiesz!
Siła woli niewiasty przygwożdża mnie do ziemi. We wnętrzu mej głowy rozbrzmiewa upiorny pisk, przechodzący w ostry ból. Świat zaczyna wirować, barwy blakną. Ból jest nie do zniesienia.
Ustaje. Z trudem łapię powietrze. Nawet nie marzę o podniesieniu wzroku.
– O potężna pani! – takim akcentem włada tylko mój Zeryjczyk.
– Masz się do mnie zwracać Sak’hayī, barbarzyńco! – syczy Czystokrwista.
Do moich uszu dobiega jęk cudzoziemca. Czy on ma w ogóle pojęcie, że ona może go zabić siłą woli?
– Wy-wybacz, Sak’hayī…
– Mów, barbarzyńco!
– Byłem przy nim…
– Pomagałeś mu? Wiesz czym to grozi!?
– Emmm, nie, ale… On nie zabił. Darował mu! Zaniechał zemsty!
Wsłuchuję się w słowa cudzoziemca. Chyba jednak zrozumiał więcej, niż mi się wydawało. Znów, wbrew woli, spoglądam w jej cudowne oczy. Boję się, że niechcący zerknę nie tam gdzie trzeba i zginę na miejscu.
– Tłumacz się, umarły. – Jej głos stał się spokojny, nawet nieco dobrotliwy. Jednak wiem, że nastrój może zmienić się w mgnieniu oka.
– Nie chcę się mścić…
– Ale wcześniej chciałeś. Zdecydowałeś, by odprawiono twój pogrzeb!
– Chciałem…
– Ale?
– Chciałem go zabić, mogłem to zrobić i wtedy… Nie wiem, jak to powiedzieć.
– Może po prostu słaby z ciebie kłamca?
– On mówi prawd…
– Zamilcz, Zeryjczyku!
Czystokrwista podnosi się. Powłóczysta szata faluje, doskonale zgrana ze złotymi włosami. Zewsząd otaczają mnie Gwardziści Masataha. Niewiasta chwyta oburącz moją twarz. Czuję zimne, aksamitne palce. Wola kobiety zmusza mnie do ponownego spojrzenia w jej żółte oczy. Coś mnie ciągnie do tyłu. Spadam?
Widzę, jak zmierzam w stronę lektyki, biegnę schodami, czuję na szyi zimne, szklane ostrze skrytobójcy… Jakby czas biegł w przeciwnym kierunku.
Stoję nad moją ofiarą, pragnę zemsty.
– Seymarī! Uciekaj! – charczy Salān Księżycowy Chód. I widzę ją. Moją córeczkę. Wypuszczam miecz z dłoni.
Mocne szarpnięcie wybudza mnie z transu. Klęczę przed palankinem, Czystokrwista znów patrzy na mnie z siedziska. Jej siła woli zaciska moje oczy. Czuję ostry ból powiek, jakby lizały je języki ognia.
– Odtąd twe oczy będą zdobić pionowe, czerwone pasy. Znak odkupienia. Porzuciłeś zemstę, pozwoliłeś swemu sercu powrócić do świata żywych.

******

– Co teraz zrobisz?
– Nie wiem, Zeryjczyku. Wciąż prawnie jestem umarłym, nie ma tu dla mnie miejsca.
Cudzoziemiec przeciąga się.
– Może zatem… pójdziesz ze mną?
– Włóczyć się po świecie i zarabiać na przekrętach? Być agentem do wynajęcia? Dzięki, ale wolę moje kraty okienne.
– Wiesz, ostatnia noc dała mi nieco do myślenia. Co prawda nadal nie rozumiem was, Anaosów, ale czuję, że chyba czas na zmianę. Na coś nowego – wskazuje na najbliższy budynek – jak myślisz, ile dałby jakiś nadziany kupiec z Ashtery za takie coś w swoim oknie?
– Chyba nie chcesz powiedzieć, że…
– Widzisz, przyjacielu. Kiedy zeszłej nocy podważaliśmy tę kratę, jakby coś we mnie pękło.



Ratasā sae’ut’hā wiratanata’n k’haysā, sae’ut’hā ahdā, saetsit’hā basā,
Darmā ahsahtazi’ēy ki ildā asyaēy ih Nāey pak’hasī.
„Gniew zburzy mury warowni, roztrzaska tarczę, utnie głowę,
Miłość tego nie uczyni, ale to gniew korzy się u jej stóp.”
Przysłowie anańskie, autor nieznany.



ARHIZ

Link do opowiadania na Fantastyka.pl.

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Popatrz prosto w gadzie ślepia...

W zeszłym roku bawiłem się nieco Gimpem, tworząc szereg jaszczurzych tekstur. Graczy zachęcam do testowania, resztę do oglądania (więcej screenów w podanym linku). Praca załapała się do pierwszej piątki najlepszych modyfikacji do Morrowinda miesiąca grudzień na TES Nexus.

Link do Nexusa










ARHIZ

niedziela, 15 października 2017

Architektura Świata Ayanańskiego: styl anański i neoanański



Anaosi to najstarsza cywilizacja gatunku Idā, będąca prekursorem w wielu dziedzinach. Elementy nawiązujące do anańskiej architektury można znaleźć niemal u wszystkich narodów Świata Ayanańskiego, jednak styl ten od zawsze zachowywał swój charakterystyczny rys.
Rasa anańska charakteryzuje się żółtymi, pierzastymi czułkami podobnymi do tych u ćmy, żółtawą skórą oraz żółtymi oczami (choć trafiają się też zielone). Włosy czarne, złote lub czarne ze złotymi końcówkami. Anaosów dzieli się zazwyczaj na pięć podras.


Architektura anańska

Kultura anańska jest wysoce spetryfikowana, mocne przywiązanie do tradycji dotyczy także budownictwa uznawanego za rodzaj sztuki. Niemal wszystkie budynki stawiane są na podstawie ogólnego wzoru, zarówno w przypadku wyglądu zewnętrznego, jak i takich aspektów jak rozkład pokojów. Anaosi wierzą, że ich typ budownictwa został objawiony przez bogów, dlatego też wiernie trzymają się licznych zasad i norm dotyczących Sztuki Budowania, zwanej Tyahinataēy – w wolnym tłumaczeniu: sztuki stawiania domów.



Najbardziej charakterystyczny element anańskiego budownictwa to deltiodalne kopuły, czasem porównywane do diamentów. Tego typu sklepienia znajdują się na niemal wszystkich ważniejszych anańskich budowlach i właściwie każdej wieży (których u Anaosów nie brakuje). Znajdziemy je także w przypadku posiadłości możnych.

Sklepienie czasem wyposażone jest w lekko wygięty daszek. Same daszki są zresztą bardzo powszechne, a do najbardziej charakterystycznych należą te, które znajdują się bezpośrednio nad oknami. Ma to również znaczenie praktyczne, w wielu krajach anańskich normą są codzienne, ulewne deszcze.

Kolejnym typowym elementem są ogromne sztandary, zwane serinhē. Wykazują stosunkowo złożoną budowę, a większość elementów ma charakter rytualny, jak również tożsamościowy. Znajdują się na nich ideogramy w Piśmie Jedwabnym, jednym z anańskich typów pisma, które pełni funkcję informacyjną (coś jak znaki drogowe) lub ozdobną. Nieodłącznym elementem proporca są oczywiście liczne frędzelki, postukujące na wietrze rurki i barwne koraliki. Takich ozdób nie brak także w pobliżu okien, na rogach daszków, na pobliskiej gałęzi… Dźwięk dzwoniących ozdób połączony z łopotaniem sztandarów oraz trzeszczeniem drewnianych konstrukcji, na których są zawieszone, to typowe dźwięki, które można usłyszeć w każdym anańskim kraju.

Ostatnią rzeczą, o której chcę wspomnieć, to kolorystyka. Typowe anańskie połączenie to czerwony i żółty (lub złoty) z lekką domieszką fioletu. Czerwony symbolizuje potęgę, siłę a także naród anański. Żółty oznacza wierność tradycji i religijnym zasadom, a także szlachetność. Fiolet symbolizuje zaś równowagę i harmonię. Nie uświadczysz natomiast barw niebiskich, kojarzonych z żałobą i nieszczęściem.

Jak widać, Anaosi kochają przepych. Płaszczyzna pozbawiona ornamentu jest płaszczyzną niezagospodarowaną, surową. Najbardziej popularne są motywy roślinne, ukazujące święte paprocie oraz aloesy. Te ostatnie przedstawiane są jako wiotkie pędy o spiralnie zwiniętych liściach. Zdobienia występują też w oknach pod postacią ozdobnych krat.



Satahnatanā znaczy dosłownie święty dom. To tutaj znajdują się proporce przedstawiające wizerunki bogów. Świątynie to także ważne ośrodki kulturowe i administracyjne, mieszczą się tutaj m. in biblioteki i coś na kształt naszych urzędów, ale także składy żywności.

Elementem wyróżniającym budynki sakralne jest ostra piramida zakończona złotym kwiatem aloesu. Taki „rdzeń” otoczony jest zawsze czterema kopułami oraz ośmioma wieżami. Największa tego typu świątynia znajduje się w Ahayatyū, stolicy De’iksany.




Nieco odmienną kolorystykę reprezentują, wywodzący się ze starożytnej kasty wojowników, Layanaosi. Jeden z anańskich narodów zamieszkujących wysokie Świetliste Góry. Dominujący kolor biały jest właśnie symbolem wojny, a także męstwa i honoru.

Charakterystycznym, unikalnym dla Layanaosów elementem architektury są specyficzne otwory na śnieg. Biały puch gromadzi się w specjalnych zbiornikach, by później mógł być uwalniany w postaci „konfetti” sypiącego się z rogów dachów budynków. Pierwotnie miało to być rozwiązanie problemu zalegającego na dachach śniegu. Szybko okazało się, że tego typu „instalacje” są niepraktyczne. Szybko się zapychają, a dachy i tak trzeba odśnieżać (natomiast zbudowanie bardziej stromego dachu jest niezgodne z zasadami Sztuki Budowania!). Jednak pomysł przyjął się jako… element ozdobny oraz część layańskiej tożsamości narodowej. Najbardziej efektowna konstrukcja tego typu znajduje się w Pałacu Hasallana – głównego generała i przywódcy Layany. Budynek stoi w mieście Latanā, stolicy kraju i jednym z najwyżej położonych miast w całym Świecie Ayanańskim.

Layańska architektura wyróżnia się także, na tle anańskich standardów, prostotą i małą ilością ornamentów. Brak także okiennych krat i daszków – surowy górzysty klimat, nawet Anaosów, zmusił do zainstalowania brzydszych, ale za to praktyczniejszych okiennic.

Dzieci De’iksany



Mianem dzieci De’iksany określa się czasem trzy kraje, są to: Rajāya Surya’n Anā, Ayikū oraz A’u’atā. Inny, bardziej fachowy termin to Państwa Neoanańskie.

Tereny te zasiedlone są przez Piórogłowych, rasę mającą zupełnie inne pochodzenie niż Anaosi. Typowy mieszkaniec trzech wspomnianych krain charakteryzuje się oliwkową skórą, zielonymi lub żółtozielonymi czułkami w kształcie bażancich piór (stąd nazwa rasy) oraz czarnymi, zielonymi lub żółtozielonymi włosami. Oczy brązowe lub turkusowe. Pokrewieństwem najbliżej im do innych piórogłowych, zamieszkują rozległe północne stepy Tałahów i Tashan, osiadłych Tona czy rdzennych mieszkańców Świetlistych Gór (którzy byli tam dawno przez Layanaosami): Hakanata i Hana-a. Jednakże położone w ciepłych, deszczowych lasach Rajāya Surya’n Anā, Ayikū oraz A’u’atā od początku swego istnienia znajdowały się pod silną dominacją anańską, z powodu granicy z De’iksaną - anańskim państwem położonym w tym samym, równikowym regionie. Od jego wpływów, tak kulturowych jak i gospodarczych, Kraje Neoanańskie były zależne nawet w okresach kiedy formalnie wchodziły w skład zupełnie innego organizmu państwowego – Królestwa Zu-Ra-Na.

Architektura typowa dla Dzieci De’iksany, zwany jest czasem stylem neoanańskim, ze względu na ścisłe konotacje ze światem anańskim.



W architekturze Ayikū od razu da się zauważyć wpływy anańskie. Proporce, choć nieco uproszczone, przywodzą na myśl wcześniej opisywane serinhē. Motywy zdobnicze są właściwie kropka w kropkę zaczerpnięte od tych, które zdobią de’iksańskie świątynie. Budowle cechują się jednak nieco inną kolorystyką, bo prócz klasycznego połączenia żółci z czerwienią, pojawia się też kolor zielony, typowy dla wszystkich Krajów Neoanańskich i utożsamiany, podobnie jak anański fiolet, z równowagą, harmonią, ale i ze szczęściem.

Pojawiają się jednak dwa unikalne elementy.

Cebulowata kopuła, symbolizująca pąk aloesu, występuje tylko w budownictwie Ayikū i wykazuje powierzchowne podobieństwo do sklepień z dalekiego Cyãdi, jednak większość badaczy jest zdania, że jest ono zupełnie przypadkowe. Kopuła typowa dla budownictwa Ayikū powstała najprawdopodobniej w wyniku przekształcenia tradycyjnej architektury anańskiej „na lokalną modłę”.

Występują także strzeliste, wyposażone w liczne „półki” struktury zwane Ayāta. Pojawiają się one u wszystkich Dzieci De’iksany i bezsprzecznie mają natywne pochodzenie. Symbolizują oś świata, łącząc niebo z ziemią i podziemiami (tak, zazwyczaj przechodzą przez cały budynek i kończą się pod podłogą).



A’u’atā to kraj, który, na tle swoich krewniaków, zawsze wykazywał największe dążenia do niezależności i kulturowego samostanowienia. Wiele budynków zdaje się połączeniem tego, co ma do zaoferowania kultura anańska oraz architektury Piórogłowych z północy. Tak więc widzimy raczej anańską kolorystykę, proporce, ale już zdobienia mają nieco inny charakter, pomimo, że konsekwentnie skupiają się wokół anańskich motywów roślinnych: aloesu i paproci. Opozycją jest tutaj szeroki, zadarty dach, który wprost nawiązuje do tradycyjnej architektury Tashan i Tona – Piórogłowych z północy.

A’u’atā może się też poszczycić licznymi Ayāta, lecz tutaj występują one w postaci wolnostojących monolitów – takie formy „osi świata” można znaleźć też u północnych Piórogłowych, zwłaszcza Tashan i Tałahów, jednak tam mają zazwyczaj formę prostych obelisków lub nawet pionowych, żelaznych kolumn.

Jest sprawą dyskusyjną, czy architektura A’u’atā faktycznie bazuje na rdzennym stylu Dzieci De’iksany z czasów „prede’iksańskich”, czy też bardziej jest próbą odtworzenia własnego stylu poprzez czerpanie inspiracji od krewniaków z północy – Tona i Tashan. Zastanawiające jest, że najstarsze budowle na terenie A’u’atā zostały zbudowane w tradycyjnym stylu anańskim.

Rajāya Surya’n Anā, ostatni omawiany kraj, jest w największym stopniu zależny od De’iksany. Niektóre miasta zostały w całości zbudowane w stylu anańskim, istnieje jednak sporo budowli eklektycznych, będącym czymś pomiędzy architekturą Ayikū a tym, co możemy zobaczyć w krajach anańskich – nigdy jednak nie występuje przypominająca pąk kopuła.

Jeśli chodzi o akcenty lokalne, często dominuje kolor zielony, trafiają się też liczne Ayāta, nierzadko zastępujące tradycyjną anańską deltoidalną kopułę (czyżby drobna złośliwość?).

By jeszcze nieco zamieszać, dodam, że klasyczne anańskie budownictwo znajdziemy w sporych ilościach na terenie wszystkich trzech Państw Neoanańskich (choć najwięcej jest go w Rajāya Surya’n Anie), wliczając w to liczne świątynie, które niemal zawsze są idealną kopią wprost z anańskich miast.

Link do DeviantArt.

ARHIZ

piątek, 11 sierpnia 2017

Sat'hayaa Asnatanaa (Shimmering Palace II)


Tym razem coś dla graczy, konkretnie, fanów Morrowinda. Jednak i niegrających zapraszam do przejrzenia obrazków. ;)

Po ponad dwóch latach dłubania w edytorze wreszcie ukończyłem projekt, będący zwieńczeniem całej mojej modderskiej twórczości (która sięga ponad dziesięć lat wstecz).
Świetlisty Pałac to ogromna posiadłość, która może stać się własnością gracza. Zarządca Sillmallirion (tak, TEN) pomoże wybudować nowe komnaty, zatrudnić strażników (kilka typów do wyboru) a nawet przyzwie dla nas mieszkańców otchłani. Dodatkowo czeka nas zupełnie nowa przygoda, dzięki której można będzie zwiedzić tajemniczą sferę kieszeniową. Po więcej zapraszam do samej gry.


Zachęcam do przejrzenia stronki na TES NEXUS oraz oficjalnego tematu na forum Bethesdy.

Przy okazji warto wspomnieć o moim innym, mniejszym projekcie, skupiającym się na unikalnej, interaktywnej historii argoniańskiego szamana.

A teraz... czas wracać do pisania.

ARHIZ

niedziela, 18 czerwca 2017

Królewna Sham i rycerz

– Nie lękaj się, niewiasto – zagrzmiał rycerz w złotej zbroi.
– Ale…
– Nie czas na pogaduszki, o pani. W zamku wciąż jest smok.
Źrenice księżniczki Sham rozszerzyły się do granic możliwości, przywodząc na myśl dwie czarne studnie.
– Nie lękaj się, białogłowo! Jam jest przy tobie! – By podkreślić oddanie, młodzian energicznie uderzył mieczem w tarczę.
– Rycerzu…
– Tak, pani mego serca?
Donośny ryk przeniknął przez grube mury, które zdawały się zatrząść w posadach.
– Pani, poczwara nadchodzi! Schowaj się za mną! – Wojownik stanowczo, aczkolwiek delikatnie, chwycił damę za ramię, by odsunąć niewiastę do tyłu.
Nagle zdało się słyszeć cichy dźwięk, niby warknięcie. Coś kryło się w rogu mrocznej komnaty, zaledwie kilka kroków od ostrza wojownika.
Smoczątko wyskoczyło nagle, niczym przyczajony w trawie wąż, i ruszyło wprost na rycerza.
– Czeka cię śmierć, plugawe…
– Zamknij się wreszcie! – krzyknęła Sham, wyszarpując ostrze z rąk wojownika i przebijając jego brzuch na wylot. – Wara od maleństwa!
Ogromny jęzor dorosłego smoka chlapnął znienacka o policzek królewny.
– Teraz, to ty mi się tutaj nie podlizuj. Tyle razy mówiłam, żebyś uprzedzał, jeśli wylatujesz na dłużej.


ARHIZ

wtorek, 13 czerwca 2017

Połamana paproć

Ogień trawił część budynków. Zewsząd dobiegały krzyki dobijanych rannych.
– Generale Śirtashu. – Rosły mężczyzna machnął niedbale ręką na powitanie. – Rok trzy tysiące dziewięćset pięćdziesiąty piąty przejdzie do historii.
– Masz rację, przyjacielu. Jesteśmy pierwszą armią na świecie, która wkracza zwycięsko do jednej z anańskich stolic… Zaraz, patrz! Patrz tam!
Wśród kłębów dymu, na ziemi kuliła się umęczona postać. Anaos klęczał tuż przed paprocią. Połamane pędy rośliny przywodziły na myśl resztki fundamentów zawalonego domu.
Drżące palce Anaosa wbijały się w ziemię tuż przed rośliną. Po żółtawym licu płynęły dwie strugi łez. Postać prężyła się przez chwilę, zaciskając zęby, by ostatecznie zacząć rzewnie zawodzić.
– O bogowie, Śirtashu, widzisz to co ja? Mordujemy, gwałcimy, palimy, a ten płacze nad połamanym krzakiem. Takie rzeczy tylko na ziemi anańskiej!
Generał nie odpowiedział, jedynie uśmiechnął się lekko.
– Słuchaj, Śirtashu. Mieszkałeś w tym kraju wiele lat. Tak z ciekawości, rozumiesz o co chodzi temu Anaosowi?
– Taaa. – Wojownik przymknął oczy. – Bo widzisz, przyjacielu, w krajach anańskich jest wiele dziwnych zasad. Paproć to u nich świętość. Nawet za byle nadepnięcie liścia czekają dotkliwe kary. Połamana paprotka to coś, co nie ma prawa zdarzyć się na ziemi anańskiej. Ten tutaj nie płacze nad chwastem, lecz nad wywróconym do góry nogami porządkiem jego świata.


******


– Dziękuję za przeczytanie fragmentu, panno Wu. Kto ze studentów pokusi się o biologiczną interpretację?
– Panie profesorze!
– Słuchamy, Xing.
– Anaosi rozpoznają się między innymi po pierzastych czułkach, które kształtem są bardzo zbliżone do tamtejszych paproci. Anaos, widząc połamaną roślinę, podświadomie czuł emocje podobne do widoku zabitego rodaka.
– Doskonale! A jaki z tego wniosek, jeśli chodzi o religię tej rasy?
– Jej pochodzenie jest o wiele bardziej związane z biologią niż u ludzi.


ARHIZ

piątek, 5 maja 2017

Druga Połowa

Otwieram oczy.
Coś jest nie tak…
Środek nocy. Siadam na łóżku, czując, jak uczucie senności staje się jedynie wspomnieniem.
Fala bólu przeszywa moją prawą dłoń, która pali, jakby co najmniej spotkała się z żywym ogniem.
Zaciskając zęby, spoglądam na rękę i widzę… jej kolor. Ból ustaje.
Barwa jest doskonale zauważalna nawet o tej porze, w ciemnościach. Nieskalana biel kontrastuje z resztą mojego ciała, z pościelą, ze ścianami, z tym, co jest za oknem. Z całą czarną połową królestwa.
Serce zaczyna mocniej bić.
– Czy oni już wiedzą? – mówię sam do siebie, jednak to tylko potęguje niepokój.
Słyszę pukanie, właściwie walenie w drzwi. Cholera, mogłem nie zadawać tego pytania.
– Otwierać! Królewska straż! – ryczy ochrypły głos, który przywodzi na myśl bardziej wściekłego pijaczynę niż przedstawiciela Korony.
Zrywam się na równe nogi. Nim dobiegam do drzwi, te wylatują z futryny.
Łomot. Wchodzi cała trójka, nie czekając nawet, aż opadnie kurz. Jeden z nich bezceremonialnie chwyta mnie za rękę, niemalże ją wykręcając. Przez chwilę ogląda znamię, po czym odrzuca ze wstrętem dłoń.
– Przemieniony. – Słyszę ciche warknięcie.
Nie da się ukryć, jestem nim. Biel mojej ręki, barwa kontrastująca ze wszystkim, od strażników począwszy, na drzewach za oknem skończywszy, stanowi niezbity dowód.
– Piętnaście minut na zebranie rzeczy osobistych. – Dźwięczy mi w uszach beznamiętnie wypowiedziana formułka.
W panice rozglądam się po pokoju, zakładając w międzyczasie, także kontrastujące z dłonią, spodnie. Nie mam pojęcia, co chcę i powinienem zabrać. Gdy ruszam w stronę łazienki po szczoteczkę, jeden z przybyszy zagradza mi z triumfalnym uśmieszkiem drogę, prezentując zdrowe, czarne jak noc uzębienie.
Zrezygnowany zarzucam na siebie płaszcz i chowam do kieszeni portfel. Nim kończę zakładać pierwszy but, strażnicy dają mi do zrozumienia, że według ich jedynego słusznego pomiaru czasu, piętnaście minut minęło.
Gdy tylko zawiązuję sznurówki, jeden ze strażników niesubtelnie chwyta mnie za ramię i równie nieelegancko wyprowadza z mieszkania. Czuję, jak twarde niczym stal paluchy wbijają się w moje ciało. Napinam mięśnie, jakby w odpowiedzi – to jedyny wyraz buntu, na jaki mogę sobie w tej chwili pozwolić.
Przed wyjściem czeka już na nas powietrzny powóz. Gdy tylko wsiadam do środka, a właściwie zostaję wrzucony, od razu uruchamiają się mechaniczne skrzydła. Siedzę skurczony pomiędzy dwoma zakutymi w czarną stal strażnikami.
– No, mości królewno – rzecze trzeci, pełniący teraz rolę pilota – czas na wycieczkę do Czarno-białego Pałacu.
Lecimy coraz szybciej, coraz wyżej. Pomimo barczystej „obstawy”, okna są na tyle duże, że mogę spokojnie obserwować rozciągającą się pod nami czarną stronę królestwa, gdzie zapewne każdy praworządny obywatel smacznie śpi. Może z wyjątkiem tych, którzy akurat obudzili się ze znamieniem, ich uczciwość jest przecież bez znaczenia.
– Co teraz ze mną będzie? – pytam niepewnym tonem.
– Ślub, królewno, ślub – odpowiada pilot.
Reszta wtóruje mu głośnym, lecz podejrzanie krótkim rechotem. Zupełnie, jakby tak naprawdę nikomu nie było do śmiechu.
– Jedyną osobą w tym kraju, która ma prawo posiadać oba kolory, jest król – dodaje zakuty łeb po prawej stronie, obracając nieznacznie głowę… lub cokolwiek, co znajduje się pod tą grubą warstwą czarnej stali.
Przed oczami staje mi sytuacja sprzed dziesięciu lat. Dawne wspomnienie nabiera wyrazu, mam wrażenie, jakbym ledwo wczoraj obserwował z okna, jak straż wyprowadza mojego sąsiada, Darkclocka spod czwórki. Później ludzie gadali, że został Przemienionym. Nie wiem, ile w tym było prawdy, ale jednego jestem pewien: nigdy później go nie widziałem.
Lądujemy. Wehikuł cicho opada na ziemię. Spodziewałem się jakiegoś szarpnięcia, czegokolwiek, co zwiastowałoby koniec podróży. Tymczasem osiedliśmy lekko niczym piórko. W innych okolicznościach byłbym zachwycony tą, bądź co bądź, pierwszą w życiu przejażdżką powietrznym powozem.
Wychodzimy. Dopiero teraz dostrzegam granicę mrocznej połowy królestwa. Widzę przed sobą idealnie równą, ciągnącą się aż po horyzont świetlistą linię, za którą rozpościera się rażąca w oczy biała część państwa. Biała zupełnie jak moja dłoń.
Prawica strażnika znów zniewala moje ramię choć tym razem nieco delikatniej. Chyba wszyscy czujemy się dość nieswojo, idąc tuż obok morza bieli. Obok krainy, w której żaden z nas nie chciałby się znaleźć.
Wchodzimy na długą, brukowaną drogę. Granica obu części państwa biegnie dokładnie pośrodku, toteż prawa połowa traktu jest barwy mleka, lewa zaś połyskuje ebonitem. Na końcu widnieje królewski pałac, idealnie symetryczny. Jedna strona oślepia bielą, druga zdaje się ledwo widoczna na tle nocy.
Idziemy w milczeniu, aż w końcu stajemy tuż przed czarno-białymi wrotami.
– Jest wasz – rzuca od niechcenia pilot, klepiąc mnie na odchodne w plecy.
– Pójdziecie za mną, Arisie Darkcloud – zagrzmieli jednocześnie obaj odźwierni, jeden jasny, drugi ciemny, każdy stojący po odpowiedniej stronie.
Wrota otwierają się z łoskotem. Idę po dwukolorowym dywanie, mijając rzędy zdobionych kolumn. Marmurowych po prawej, ze skały wulkanicznej po lewej. Coś mi mówi, że lepiej nie oglądać się za siebie i grzecznie podążać jedyną słuszną drogą, ku tronowi.
– Wyjść! – zagrzmiał donośny, lecz na tyle delikatny głos, że mógłby także uchodzić za żeński.
Odruchowo zatrzymuję się, rozmyślając, czy mnie także nie obejmuje rozkaz władcy.
– A ty podejdź bliżej, Przemieniony – dodaje król o wiele łagodniejszym tonem, rozwiewając moje wątpliwości.
Zastanawiam się, dlaczego właściwie w opowieściach władca mówi zazwyczaj basem, skoro rzeczywista barwa jego głosu jest inna. Skupienie się na sprawach tego typu mnie uspokaja. Gdy już mam wrażenie, że w mej duszy pojawia się cień komfortu, słyszę donośny trzask zamykanych drzwi i uświadamiam sobie, że jestem sam na sam najważniejszą osobą w państwie.
Podchodzę niepewnie, starając się wyczuć, co dokładnie znaczy „bliżej”. Nie mogę oderwać spojrzenia od majestatu jego wysokości, który, podobnie jak tron, jest w połowie jasny niczym świeże mleko, co niezwykle kontrastuje z ciemniejszą stroną, przywodzącą na myśl bazalt.
– Wa… – urywam, zdając sobie sprawę, że to raczej władca powinien rozpocząć rozmowę. Ten jednak zachęca mnie gestem, uśmiechając się lekko. Dostrzegam dwukolorowy rząd zębów.
– Wa-wasza wysokość, jestem Prze-przemieniony… – wydukałem.
– Zauważyliśmy. – Król sprawia wrażenie lekko rozbawionego. – Nie, nie zostaniesz stracony – dodał, uprzedzając pytanie, które od początku próbowałem zadać.
Biała ręka monarchy przywołuje mnie gestem, jeszcze bliżej, podczas gdy czarna majestatycznie gładzi dwubarwną brodę. Kiedy dzieli nas już ledwie długość strzały, dostrzegam, że ciało króla jest lekko prześwitujące.
– Nie obawiaj się. – Władca pochyla się w moją stronę, mówi teraz niemal szeptem. – Celowo rozpuściliśmy plotkę o rzekomych egzekucjach Przemienionych, by umożliwić im wykonywanie swojego zadania. A teraz słuchaj uważnie: od ciebie zależą losy Korony i całego kraju. Pójdziesz na białą stronę królestwa i tam spotkasz się ze swoim odpowiednikiem. Później wszystko stanie się dla ciebie jasne. Przyszłość tych ziem leży w twoich rękach.
Mam wrażenie, jakbym dostał czymś gumowym w głowę. Chcę zadać pytanie, dowiedzieć się o co chodzi, jednak język odmawia posłuszeństwa.
Czuję na ramieniu czyjąś dłoń. Obracam się. Widzę zakapturzoną postać w długiej szacie, całą białą. Czarownik wyciąga wahadełko. Moje oczy, wbrew woli, wodzą za malutkim medalionem koloru śniegu. Obraz staje się coraz bardziej rozmyty. Pozostaje tylko czysta, nieskalana biel.


******


Otwieram oczy. Odruchowo mrużę powieki, broniąc się przed wszędobylską jasnością, która wdziera się aż do wnętrza czaszki. Moje ciało, choć czarne, zdaje się teraz świecić… z wyjątkiem jednej z dłoni, oczywiście.
Siadam na łóżku, powoli pojmując, że jednak nie śnię. Że faktycznie spotkałem króla, który bez słowa wyjaśnienia wysłał mnie do białej części kraju, bym, niczym w kiepskiej książce, ratował świat. Problem w tym, że to dzieje się naprawdę.
Wstaję, czując, jak oczy powoli przyzwyczajają się do wszechobecnej jasności. Czuję lęk, niepokój, a moja kuriozalna „misja” w żadnym razie nie pomaga.
Po dłuższym namyśle podejmuję ryzyko i otwieram drzwi.
Kręte schody wiodą mnie wprost na dół. Przytrzymuję się poręczy, z trudem lokalizując w morzu bieli poszczególne elementy zejścia. Trafiam w końcu do dość obszernej izby, która przypomina karczmę. Niepokoi mnie żarzące się w samym środku palenisko, tylko Biały mógł wpaść na tak nieodpowiedzialny pomysł.
– Witam czarnego gościa – dobiega do mnie głos barmana. Chyba.
Niemrawo podchodzę do lady, mijając po drodze kilku zaciekawionych bywalców. Bogowie, oni wszyscy wyglądają identycznie.
– Nie wiem, kim jesteś, Czarny, ale wczoraj było tutaj kilku ważniaków od króla. – Całe szczęście, że chociaż gospodarz wyróżniał się imponującymi wąsami. – Nie chcę żadnych kłopotów, obcy. Zabierz, co potrzebujesz i wynoś się, nim sprowadzisz na nas problemy.
W żołnierskich słowach proszę o jadło na drogę. Przypuszczam, że moja karta przetargowa „ratuję świat” niezbyt poprawiłaby przychylność karczmarza, toteż postanawiam zachować ją na inną okazję.
Chcę zbierać się do drogi, nie mając oczywiście pojęcia, dokąd zmierzam.
Łoskot otwierających się drzwi.
Stojący w nich dryblas wyprostował się nagle, zupełnie jakby dostał nożem w plecy. Coś mi mówi, że stało się to dokładnie wtedy, gdy mnie spostrzegł. Nie chcę, by Coś mówiło do mnie więcej.
– Co do… A ty czego tu szukasz? – Na parszywej gębie przybysza gości równie zacny uśmieszek.
– Zostaw go, to człowiek króla. – W tym momencie zaczynam darzyć barmana sympatią.
Wielkolud wchodzi powoli do izby, tuż za nim pojawiają się jeszcze trzy draby, zapewne przyboczni.
– Ty, barman! Chyba zapomniałeś, kto jest królem tej dzielnicy. – Faceta aż nosi.
Trafiłem do jakiejś speluny będącej terytorium lokalnego władcy przedmieścia. Cudownie.
– Hagni, wszyscy nie chcemy kłopotów. – Głos barmana staje się coraz mniej opanowany. – Przysłała go Korona, rozumiesz? Daj mu spokój.
Nie rozumie.
Dryblas wykonuje niezrozumiały gest. Chwilę później jego towarzysze stoją już przy szybach. Powietrze wypełnia dźwięk tłuczonego szkła. Typy radośnie wymachują kijami, rozkoszując się sensem życia, pomimo że po oknach zostały już tylko potłuczone szkła. Jeden, zapewne dla podkreślenia wagi dokonanego dzieła, uderza dodatkowo z impetem w blat.
Herszt bandy długim susem przeskakuje palenisko, by w mgnieniu oka znaleźć się tuż przede mną. Jest bardzo szybki, jak na kogoś o takich rozmiarach. Zbyt szybki.
– Czyżbyś zapomniał, komu płacisz za ochronę? Co, wąsalu? – Pomimo że Hagni mówi do barmana, cały czas wpatruje się we mnie. – Więc lepiej się nie wtrącaj, to może się zastanowię jeszcze nad kwestią obniżenia, heh, podatku.
Co tam król, to lokalni bandyci rządzą w mieście.
Wkładam białą rękę do kieszeni, próbując nie komplikować dodatkowo sytuacji.
– No dobra, czarny przyjacielu. – Biali nie są jednak tacy sami. Dowodem niech będzie paskudna gęba Hagniego. – Może pokażesz nam, jak skaczesz przez palenisko? To taki nasz zwyczaj na mieście. Słyszałem, że wy, Czarni, jesteście tchórze.
– Jesteśmy po prostu ostrożni – odpowiadam, starając się zapanować nad głosem. Czuję, że się pogrążam.
– Jesteśmy po prostu ostrożni – odpowiada tamten, parodiując mój sposób mówienia. Odpowiada mu salwa śmiechu, co gorsza, także spośród pozostałych bywalców. Wspaniale.
– Tchórze! – Na twarzy dryblasa maluje się coś pomiędzy radością a gniewem. – Wy, Czarni, chowacie się tylko po kątach. Się wcale nie znacie na odwadze. Tylko gadacie na nas, Białych. Myślisz, że nie wiem, że patrzysz na nas z góry? Że każdy jasnoskóry jest dla ciebie debilem?
Hagni zbliża się, prezentując połyskujący w świetle paleniska długi nóż.
– Myślisz, że nie wiem co se myślisz? O nas wszystkich? – Czuję na policzku zimno stali. Zbir przejeżdża powoli tępą stroną ostrza w dół twarzy, pozorując na koniec poderżnięcie gardła.
– Skacz! – Wskazuje nożem na palenisko. Czuję ulgę, że nie mam już brzytwy przy twarzy.
Spoglądam na kamienny prostokąt, w obrębie którego dziko tańczą płomienie. Nie mam szans.
Huk.
Wszędzie biały dym. Nic nie widzę.
Czuję, jak opary wdzierają się do dróg oddechowych. Duszę się.
Coś zamajaczyło, jakiś kształt. Długowłosa istota, niewiele ciemniejsza niż wszechobecne opary. Coś trzyma w ręku, tkanina?
Odbieram czym prędzej materiał i, starając się wyprzedzić kolejny wdech, przykładam do ust. Nie wiem co to jest, ale działa zadziwiająco dobrze. Choć nadal czuję pieczenie, oddech nie stanowi już sadystycznego wyzwania.
– Za mną, szybko. – Głos niewiasty wydaje się dziwnie znajomy. Delikatna dłoń chwyta stanowczo moją rękę. Kobieta rusza w górę schodów, ciągnąc mnie z siłą o wiele większą, niż bym się spodziewał. Ledwo jestem w stanie dotrzymać kroku mojej, mam nadzieję, wybawicielce.
– Ty! Już nie żyjesz, Czarny! – Hagni nie zamierza odpuścić.
Biegniemy w górę krętymi schodami. Pod nami rozlega się tupot. Wygląda na to, że moi nowi przyjaciele już się stęsknili.
– Na trzy skaczemy.
Patrzę pytająco na długowłosą, łudząc się, że nie mówi o dużym, widniejącym przed nami oknie.
– Razdwatrzy! – Silne pchnięcie i jestem na zewnątrz.
Drugie piętro, złamani…
Szelest. Pył.
Gdzie ja jestem? To stóg siana!
Wiotka dłoń ponownie wbija mi w rękę drobne palce. Potykam się nieporadnie, kiedy niewiasta znów zmusza mnie do biegu.
– Już niedaleko. – Rzuca mi krótkie spojrzenie i wskazuje na latający powóz.
Wsiadamy. Dziewczyna wciska kilka przycisków. Po chwili stalowe skrzydła zaczynają się poruszać. Wehikuł ostro rusza w górę.
– Widzę, że nieźle to sobie obmyśliłaś – przyznaję z aprobatą.
– Improwizowałam. – Długowłosa posyła mi nerwowy uśmiech, po czym skupia się na kontrolce.
– Ale powóz przygotowałaś?
– Co? Nie, tym przyleciał tamten duży.
– Ale potrafisz tym latać?
– Pierwszy raz oglądam to od wewnątrz…
– Aha…
Rozmowę przerywa mocne szarpnięcie, zupełnie jakby pani pilot niedowierzała, że w pełni uznaję jej brak kompetencji. Wehikuł przechyla się coraz bardziej na bok. Przez okno widzę niepokojąco szybko zbliżającą się ziemię.
– Zrób coś! – krzyczę, chyba tylko dla rozładowania emocji.
– Przecież próbuję!
Nieznajoma zaciska zęby. Na jej kredową twarz opadają niesforne kosmyki mlecznobiałych włosów. Wygląda przeuroczo… Na czym ja się skupiam!? Rozbijemy się!
Kolejny wstrząs.
Chyba zahaczyliśmy o drzewo. Mam wrażenie, że straciliśmy jedno z lewych skrzydeł. Maszyna z każdą chwilą gwałtownie zniża lot. Na twarzy mojej wybawicielki maluje się coś na pograniczu manii i skupienia.
Spadamy.
Czuję, jak serce podchodzi mi do gardła, a i żołądek nie odpuszcza. Ziemia jest coraz bliżej.
Już po nas!
Białowłosa z głośnym stęknięciem pociąga drążek do siebie, podrywając na chwilę latający powóz.
Trzask łamanych skrzydeł. Kadłub uderza w ziemię. Chwilę później maszyna przewraca się na bok.
Leżę wśród białych loków, czując, jak całe ciało przeszywa gorący ból, zupełnie jakby ktoś wlał mi do kręgosłupa wrzątek. Głowa również daje się we znaki, ale chyba jednak nic mi nie jest. Inaczej nie skupiałbym się tak bardzo… na niej.
Jestem tuż przy pergaminowej twarzy. Słyszę nerwowy, urywany oddech.
– Wszy-wszystko w porządku? – pytam niemrawo, próbując przyjąć mniej nachalną pozycję. Niestety ułożenie kadłuba skutecznie mi to uniemożliwia.
Nieporadnie podpieram się rękoma. Moja głowa jest teraz kilkanaście cali nad jej trójkątną buzią. Dłonie opieram tuż obok policzków wybawicielki. Moja czarna ręka wygląda tak nienaturalnie przy jej mlecznobiałej skórze.
Spoglądam na drugą rękę, mającą identyczną barwę co gładkie lico kobiety. A już niemal zapomniałem, że jestem Przemienionym.
Niewiasta powoli otwiera oczy. Długie rzęsy odbijają się w białej tęczówce, przywodząc na myśl gwiazdę. Gdy wpatruję się w głębiej, dostrzegam swoje, ciemne niczym węgiel, odbicie.
Dziewczyna powoli otwiera usta. Jasne wargi delikatnie drgają. Czuję, jak nasze serca zaczynają bić coraz szybciej.
– Długo jeszcze będziesz na mnie leżał i się gapił, zboku!?


******


Siedzimy nad niewielkim, malowniczym jeziorkiem. Rozbity wehikuł idealnie wpasowuje się w krajobraz, dodając szumiącym drzewom szczyptę niebanalności.
Opieram dłonie o powalony konar i wpatruję się w taflę oczka. Zastanawiam się, jak Biali odróżniają zwykłą wodę od, powiedzmy, mleka.
– Musisz uchodzić w swojej krainie za niezwykle bystrego. – Dziewczyna patrzy na mnie, poprawiając grzywkę.
– Emmm, cóż, my Czarni słyniemy nie tylko z rozwagi, ale także ze spostrzegawczości – odpowiadam niepewnie. Coś mi mówi, że to nie był komplement, a ja nauczyłem się już, że kiedy Coś coś mówi, to Czegoś warto słuchać.
Nieznajoma poprawia grzywkę jeszcze raz, i jeszcze raz. Nie zwracam na to większej uwagi, wpatrując się w niesamowite oczy i pełne usta. Oblizała się?
Nagle na mojej twarzy ląduje jej dłoń.
Czarna! Jej dłoń!
– Bogowie!
Odskakuję jak oparzony.
– Ty… Ty jesteś… Jak ja!
Dziewczyna przewraca oczami.
– Kiedy zauważyłaś? – Próbuję brzmieć możliwie inteligentnie.
– Spałam w pokoju nad tobą, kiedy obudził mnie hałas. Zobaczyłam ludzi króla, nadwornego maga i jakiś pakunek. Poczekałam aż pójdą, grzech byłoby nie sprawdzić.
– Pakunek, powiadasz?
– Wyglądało na to, że królewskim zależało na braku zamieszania. Zakradłam się, gdy tylko opuścili twój pokój. Słyszałam też, jak odbyli z barmanem krótką, lecz treściwą rozmowę.
– Zaraz… Weszłaś tuż po tym, jak wyszedł czarownik? Nie obawiałaś się pułapek? Ani tego, że ktoś może wrócić?
– Och, wy Czarni naprawdę jesteście tacy tchórzliwi, jak mówią.
– Och, o waszej lekkomyślności też raczej nie zmyślają. – Kończę z wymuszonym uśmiechem. – Oczywiście są wyjątki – dodaję. W końcu nie chcę jej podpaść.
– Lizus.
Znów poprawia grzywkę. Jej czarna dłoń wygląda zupełnie, jakbyśmy…
– Też ci to chodzi po głowie? – Dziewczyna uroczo przechyla głowę. – Zupełnie, jakbyśmy zamienili się tymi rękami. – Porusza lekko palcami.
– Sugerujesz, że jesteśmy swoimi odpowiednikami?
– A masz jakieś wątpliwości, bystrzaku?
– A płeć?
– Ponoć czarnoskórzy mają analityczne umysły. – Przypominające krople wielkie oczy stają się teraz małymi szparkami. Faktycznie, dziewczyna ma rację. W końcu odmienna płeć również świadczy o przeciwieństwie.
– Jak cię zwą, moje mroczne alter-ego? – Puszcza do mnie oczko. Podoba mi się to przezwisko.
– Aris Darkcloud. – Próbuję brzmieć nonszalancko. Chichot dziewczyny sugeruje, że niezbyt mi się udaje. Jej białe zęby wyglądają tak nienaturalnie.
– Sira Thundersky.
Delikatnie ściskam czarną jak noc dłoń. Oboje wpatrujemy się w swoje ręce. Mam wrażenie, że część mojego ciała należy do kogoś innego. Czuję się naprawdę dziwnie.
– Jak było z tobą? – pytam.
– Po tym, jak zostałam Przemienioną? – odpowiada tonem właściwym dla opisu codziennych czynności. – Normalnie. Obudziłam się rano i poczułam, że jestem inna, nastąpiła zmiana. Udałam się więc, zgodnie z tradycją, na poszukiwanie swojego odpowiednika. Coś sprawiło, że pojawiłam się właśnie w Tej karczmie, właśnie w Tym czasie. Cudowne, nieprawdaż?
Moja szczęka lekko opada. Próbuję odpowiedzieć, jednak język odmawia posłuszeństwa.
– Co z tobą? Chyba nie chcesz powiedzieć, że u was, Czarnych, trzeba siłą wywlekać z łóżek, po czym sam król rozkazuje wam szukać swego odbicia z drugiej części kraju?
Zapada niezręczna cisza.
– Ale dostałaś misję od króla? – pytam niepewnie.
– Od kogo!? A co, musimy ratować świat?
Patrzę w dół, czując, jak czubki butów stają się dla mnie czymś na kształt azylu.
Sira uspokaja się.
– Słuchaj, chcesz powiedzieć, że król kazał ci ratować świat? – Jej ton zdaje się być kunsztowną mieszanką rozbawienia i ciekawości.
– Powiedzieli mi, że ode mnie zależą losy kraju i Korony oraz, że mam cię odnaleźć…
– Aha, czyli ja mam być tą przygłupią, słodką pomocnicą głównego bohatera? Mogę ci się rzucić na szyję?
W mojej głowie szybko powstaje odpowiedni scenariusz. Szczerze mówiąc, nie obraziłbym się.
Nagłe uderzenie w czoło.
– Aua!
– Co ci się w tym łbie kotłuje, co? Zbok!
– No dobra. – Już nawet nie próbuję brzmieć nonszalancko, tym bardziej inteligentnie. – A co mówi ta wasza tradycja? Po co szukacie swojego odpowiednika?
– Jak po co? – Rozbawiony ton perłookiej przyjął teraz barwę szczerego zdziwienia. Chociaż coś. – No przecież tego nikt nie wie. O to w tym wszystkim chodzi, żeby podążać w nieznane, przyjmować to, co zgotuje nam los.
– Ach tak…
Czegokolwiek nie mówić o słabych książkach na temat ratowania świata, tam jednak bohaterowie zawsze wiedzą, przynajmniej z grubsza, co powinni zrobić. Może zatem nasza opowieść nie jest taka zła?
Dziewczyna wiesza się na moim ramieniu.
– Zatem co teraz, mój bohaterze? – Modulowany ton nie pozostawia wątpliwości, że mam do czynienia z sarkazmem. Mimo wszystko jest mi przyjemnie. Uśmiecham się.
– Zbok! Zbok i fetysz! – Na twarzy dziewczyny gości sztuczne oburzenie.
– Mówi się: fetyszysta. Fetysz to przedmiot – poprawiam.
– No niech ci będzie, w końcu sam najlepiej wiesz, co tam po nocach robisz.


Zrywa się dziwny, gwałtowny wiatr.
– Coś mi mówi…
– Że powinniśmy się stąd wynosić.
Dostrzegam ruch po drugiej stronie jeziora. Biały, wydłużony kształt, niczym pionowa kreseczka. Po kilkunastu oddechach przestaję się łudzić – to zbliża się, leci nad wodą wprost na nas.
– Sira? – Mam złe przeczucie.
– Tak? – Dziewczyna nie odrywa wzroku od tajemniczego obiektu.
– Czy też czasem tak masz, że słyszysz w środku głowy taki wewnętrzny głos. Że Coś ci… coś mówi i później to się dzieje?
– Taak. – Słyszę wahanie w jej głosie, ale uznaję to za potwierdzenie.
– Bo Coś mi mówi, że to…
– Wieża. – Sira dokańcza zrezygnowany tonem. – Na bogów, Wieża! Musimy się schować!
Podskakuję jak poparzony. Rzeczywiście, wpatrujemy się w nadlatującą Figurę zamiast działać.
Rozglądamy się pośpiesznie. Potrzebujemy schronienia. Czegoś, co nie przyciągnie uwagi Wieży. Wehikuł odpada, jest nowym elementem otoczenia. Szukam jakiegoś kamienia, kłody, gałęzi, czegokolwiek. Wszechobecna biel nie pomaga.
Tymczasem Wieża jest już doskonale widoczna. Biała Figura, wyglądająca niczym jej malutki odpowiednik z gry wojennej, sunie majestatycznie nad wodą, zachowując idealny pion. Dumnej wędrówce towarzyszy jedynie szum rozchodzących się pod ustrojstwem fal.
Jest las, ale zbyt daleko. Z drugiej strony łąka – samobójstwo.
Białowłosa łapie mnie za rękę, po czym przywieramy do drzewa.
– To szaleństwo! – Co ona sobie myśli, że Wieża przeleci ot tak obok drzewa?
– Ona porusza się tylko w prostych liniach.
Zrozumiałem.
Ustawiliśmy się tak, by drzewo oddzielało nas od jeziora. Teraz pozostało już tylko czekać, aż Figura będzie nas mijać i w odpowiednim czasie przesunąć się dookoła pokrytej korą osłony, by pozostać niezauważonym.
– Skąd wiemy, z której strony będzie mijać drzewo? – Słyszę, że szum wody jest coraz głośniejszy.
– A skąd niby mam to wiedzieć? Improwizuję…
Cudownie.
Swoją drogą, skoro w czarnej połowie królestwa wieże stanowią zagrożenie, dlaczego tutaj nie są malutkie i potulne? Do kitu z takimi przeciwieństwami.
Ustrojstwo jest coraz bliżej, czuję to. Czuję też, bijące coraz szybciej, serce dziewczyny. Zaczynam stresować się jeszcze bardziej.
Bazowe prawdopodobieństwo wynosi 1:2, ale jeśli Figura leci nie do końca prostopadle… Do tego trzeba uwzględnić krzywizny drze…
Mocne szarpnięcie Siry. Zaczynam się już przyzwyczajać.
Czuję, jak chropowata, zimna kora nieprzyjemnie kole w plecy. Tuż przed sobą mam przylgniętą białowłosą, której twarz znajduje się kilka cali przed moją. Jej palce chyba wbiły się w drzewo, tuż przy moich ramionach. W innych okoliczn…
Zza pleców dobiega miarowe buczenie, co chwila rosnące i opadające. Wieża jest po drugiej stronie drzewa, zatrzymała się.
Analizuje.
Czuję się, jakbym zesztywniał. Perłooka towarzyszka również zdaje się jak z kamienia. Nawet oddychać przestała, czuję to doskonale po jej wydatny…
Natężenie dźwięku zmienia się. Wieża powoli mija drzewo, a następnie zaczyna poruszać się prostopadle w bok. Wygląda na to, że próbuje je „okrążyć”. Pozostaje nam przesuwać się tak, by nie zostać zauważonym.
Przywarci do pnia przemieszczamy się w ślimaczym tempie. Nie możemy być zbyt szybcy ani zbyt wolni, z tej odległości zostaniemy od razu dostrzeżeni, a ta Figura ma oczy dookoła… Baszty. Kwadratura zataczanego przez wieżę „koła” nie pomaga.
Każda chwila zdaje się rozwleczona niczym godzina, nie wiem ile czasu upłynęło.
Okrążyliśmy już drzewo do połowy. Wieża coś wyczuła, nie widzi nas, ale podejrzewa naszą obecność.
Za Sirą dostrzegam jakieś kształty. Zaraz, to latające wozy! Kilkanaście kroków od nas.
– Królewskie powozy, za tobą – szepczę białowłosej do ucha, możliwie najciszej.
Całe moje ciało przeszywa narastający pisk.
Wieża. Zostaliśmy wykryci.
Biegniemy ile sił w nogach. Wehikuły się naprawdę niedaleko. Nikt prócz urzędników lub samego króla, nie ryzykowałby tak bardzo. Nie w przypadku Wieży. Tylko im jest posłuszna.
Staram się przebierać nogami najszybciej jak potrafię. Kątem oka dostrzegam, że Figura wyleciała już zza drzewa i teraz kieruje się prosto na nas.
Sira wyprzedza mnie, podaje rękę. Staram się podążać za nią, jest naprawdę szybka! Nie daję rady.
Biegniemy po przekątnej, wymuszając na Wieży „schodkowaty” ruch. Jednak pomimo tego dzieli nas coraz mniejsza odległość. Nie zdążymy.
Źródła mocy trzech wehikułów jednocześnie wprawiają w zsynchronizowany ruch rzędy skrzydeł.
– Cholera! Oni odlatują!
Dwa latające wozy wystrzeliły w górę, jednak trzeci unosi się tuż nad ziemią. Kieruje się w naszą stronę.
Za plecami narasta pisk Wieży. Czuję, że znajdujemy się już w jej zasięgu.
Ciało zaczyna drętwieć, tracę czucie w palcach. Próbuję trzymać Sirę za rękę, ale kończyna odmawia posłuszeństwa.
Czuję wiatr skrzydeł wehikułu. Tak blisko.
Upadam, świat zaczyna wirować. Widzę białą ścianę. Zaraz, to sufit wehikułu!
Wygląda na to, że białowłosa wciągnęła mnie w ostatniej chwili. Oboje leżymy w dziwacznych pozycjach na tylnym siedzeniu. Po tak bliskim spotkaniu z Wieżą, zapewne nie zmieni się to w ciągu najbliższych godzin. Czuję jak paraliż pochłania coraz to nowe obszary ciała. Przez cały czas kontroluję oddech, mam nadzieję, że tak głęboko moc Figury nie sięgnęła.
Najważniejsze, że jesteśmy uratowani. Bezpieczni, w rządowym wehikule.
W końcu dowiem się, na czym polega ta moja wielka „misja”.
Ktoś obraca moją głowę. Nic nie czuję, nie mogę się też ruszać. Jedynie rejestrować obraz. Oby to była jakaś ładna pani urzędnik.
– Heh. I kogo my tu mamy? – Umięśnione ręce kierują mnie w taki sposób, bym patrzył prosto w oczy rozmówcy.
Moją jedyną reakcją jest teraz otwarcie oczu, do granic możliwości. Tuż naprzeciw mej twarzy promienieje uśmiech ogromnego Hagniego, dobrze mi znanego karczmowego króla przedmieścia.


******


Wehikuł, którym lecimy, jest jakiś inny. Zdecydowanie szybszy.
– Masz szczęście, Czarny. – Paskudna gęba Hagniego spogląda na mnie z szyderczym grymasem. W międzyczasie jedna z jego dłoni od niechcenia poklepuje pośladek Siry. Drań!
– Gdyby nie my, gryźlibyście glebę – kontynuuje drab, a ja jakoś nie czuję do niego wdzięczności. – Wieża się nie patyczkuje z nikim, pieprzony stróż prawa.
Hagni przypina mnie powoli do siedzenia, nie spieszy się. Okazuje się, że te tutaj są chyba specjalnie przystosowane do przewożenia gości naszego pokroju. Po kilku chwilach moje ręce i nogi są już elegancko przymocowane żelaznymi obręczami, w pełni gotowe do odzyskania czucia.
To samo robi z Sirą. Widzę tę jego paskudną gębę, sapiącą nad jej śliczną buzią, i czuję, jak cały drżę ze wściekłości, pomimo paraliżu.
– Gotowe. – Na twarzy draba gości triumfalny uśmiech. Takie złożone czynności chyba nie są jego mocną stroną. – Szef chce was widzieć. Po tym, jak daliście drapaka, pogadaliśmy se nieco z barmanem. Nie wiem, o co chodzi z jakimiś nadwornymi magami i groźbami królewskich psów, ale to nie moja działka. Ja mam przyprowadzić was do szefa i tylko to mnie obchodzi.
Wreszcie zamilkł. Taki słowotok, kto by pomyślał. Ciekawe, ile teraz będzie musiał odpoczywać.
Ukradkiem rozglądam się po wnętrzu latającego wozu. Gustowny wystrój, opływowe kształty. Właściwie nawet nie słychać pracy źródła mocy, i do tego ta szybkość. Rządowy gruchot, którym miałem okazję lecieć po czarnej stronie królestwa, to przy tym jakiś żart. Widać „szef” Hagniego opanował kwestie ściągania podatków do mistrzostwa, król mógłby się sporo nauczyć.


******


Dostaję oczopląsu. To takie nienaturalne.
Czarne dywany kontrastują z białymi podłogami i ścianami, świetlisty sufit zdobią mroczne żyrandole. Ciemne meble, jasne narzuty. Kręci mi się w głowie.
Drewniana, zwieńczona kulką laseczka co rusz uderza o lśniący parkiet.
– Witam krajana. Ta gołąbeczka to twój odpowiednik? Świat jest mały, nieprawdaż? – „Szef” zdaje się napawać własnym głosem. Biały, idealnie wyprasowany garnitur nieziemsko kontrastuje z czarną jak noc skórą. Skórą zupełnie jak moja.
– Spisałeś się, Hagni. – Elegant wykonuje niedbały gest, błyskając kunsztownym pierścieniem. – Przelecenie dwunastu mil i powrót bez uszkodzenia mojego wozu było nie lada wyczynem. Rozwijasz się, stajesz się coraz lepszy.
– Heh, dzięki, szefie.
Ironia nie najwyższych lotów, ale wielkolud i tak nie załapał. A może chciał jedynie zadowolić swego pana?
– Ale gdzie moje maniery? Żeby tak zapraszać kogoś takiego jak wy i nawet się nie przedstawić? – „Gospodarz” uchyla teatralnym gestem kapelusza. – Sir Otherthing. Do usług, drodzy goście. – Wskazuje na misternie rzeźbione krzesła. Wzrok Hagniego sprawia, że ani chwilę nie wahamy się, co do spełnienia niewypowiedzianej „prośby”.
Dyskretnie rozglądam się po sali. Oczy już nieco przyzwyczaiły się do feerii barw. Jak ten facet może wytrzymać wśród zmieszanych dwóch kolorów?
Dostrzegam kusznika. Dwóch, trzech. Gdzie indziej majaczy cień halabardy. Wygląda na to, że pilnuje nas więcej ludzi, niż zdawało się na pierwszy rzut oka. Mam nadzieję, że Sira nie będzie tym razem improwizować.
– Zacni przyjaciele. – Teatralny ton tego faceta coraz bardziej działa mi na nerwy. – Zebraliśmy się tu, ponieważ doszły do mnie plotki odnośnie tajnej akcji organizowanej przez samego, miłościwie panującego nam, króla. Dlatego też, jako wzorowy obywatel, poczułem się w obowiązku, by z pomocą mego seneszala Hagniego zaaranżować spotkanie.
Twarz „seneszala” przyjmuje dziwny wyraz. Widać, że biedaka męczy rozterka: wypiąć pierś i przyjąć pochwałę czy może pokornie spuścić głowę w ramach nagany?
– Pozwólcie zatem, że przejdę do rzeczy. – W duchu modlę się, żeby on nie mówił w ten sposób przez cały czas. – Za każdym razem, kiedy udaje mi się zlokalizować takich jak wy, Przemienionych, dowiaduję się, że król wysyła ich z pewną misją. Sęk w tym, że nie wszystkim wam podobnym leży na sercu interes Korony tak bardzo jak mnie, toteż nie zawsze nasza współpraca układa się owocnie. Dlatego też niezwykle raduje mnie fakt, że trafiłem na was, zacni przyjaciele. Tacy wspaniali goście z pewnością podzielą się ze mną wszystkim co wiedzą i nie będę musiał używać żadnej dodatkowej argumentacji. – Długie palce „szefa” powolnym ruchem zawijają i tak już kręcącego się wąsa.
Patrzymy sobie przez moment w oczy. Pomimo że w końcu trafiam na rodaka, jego spojrzenie jest dziwne. Obce.
– Wasza kolej, drodzy goście. – Wreszcie puszcza tego wąsa, znów zaczynam oddychać. – Wydaje mi się, że zasugerowałem wam już dostatecznie, że teraz czas, byście to wy mówili, a ja słuchał.
Sira mocno szturcha mnie w bok. Co to ma znaczyć? Mam mówić? Milczeć?
Kopnięcie. Czyli jednak mówić.
– Sir Otherthingu. – Mój głos brzmi po barwnej przemowie „gospodarza” nie lepiej, niż krakanie starego kruka. – Wiesz wszystko to, co my. Król wysłał nas, jak sam to określił, z misją ratowania kraju. Rozkazano mi znaleźć swojego odpowiednika. Wtedy wszystko miało stać się jasne. Sira towarzyszy mi już od jakiegoś czasu i… nadal nie wiemy, o co chodzi. Całość wygląda na opowieść wyjętą rodem z kiepskiej książki.
Ostatnią uwagę mogłem sobie darować.
„Szef” cmoka z dezaprobatą. Hagni rusza w moją stronę, lecz Sir powstrzymuje go gestem. „Seneszal” wraca na miejsce.
Przełykam ślinę.
– W takim razie pozostaje mi jedynie zachęcić was do czytania nieco am-bit-niej-szej literatury. – Znów zaczyna bawić się wąsem. – Rozumiem więcej, niż wam się wydaje, robaczki. Pytam jeszcze raz: jaki jest cel waszej podróży?
– Powiedziałem wszystko, co wiem.
Sala rozbrzmiewa śmiechem Otherthinga. Dźwięczny głos wypełnia pomieszczenie, odbijając się od ścian i tworząc istną kakofonię. Jednocześnie podwładni „szefa” zdają się reprezentować przeciwny biegun, nieruchomi i milczący niczym posągi.
Zapada nagła cisza.
– Przenosicie coś – szepcze Sir. – A ja chcę to mieć! – dodaje z dzikim wrzaskiem.
Wzdrygam się. Czy on jest zrównoważo… W jakim stopniu on jest szalony?
– Hagni. – Głos „szefa” znów kipi nonszalancją.
Drab szybko podchodzi do tronu i pociąga za jakiś sznurek, którego wcześniej nie zauważyłem. Z sufitu wysuwa się sporej wielkości mapa całego królestwa. Pieczołowicie wykonane rysunki, kunsztowne napisy. Jestem pod wrażeniem.
– Z moich… badań wynika, że wszyscy Przemienieni, prędzej czy później, zmierzają do tego miejsca. – Sir niedbałym gestem wskazuje na małą zatoczkę na południu, leżącą po białej części kraju, ale tuż przy granicy z czarną. – Udało mi się też ustalić, że coś przenosicie. Ale już spieszę z wyjaśnieniami, drodzy goście, wszak wasze pospolite umysły zapewne czują się nieco zdezorientowane. Nie chodzi o jakiś przedmiot, to coś bardziej subtelnego. W tej grocie musi być coś transcendentalnego i tylko wy jesteście w stanie to zdobyć. Zapewne trzeba będzie upuścić nieco krwi czy coś w ten deseń. Poradzicie sobie.
– A co jeśli odmówimy? – słodki głos Siry odbija się echem od czarno-białych ścian.
– Słucham? Odmówimy? – Sir teatralnie nadstawia ucho. – Nie, kochani. W moim planie nie ma nic o odmawianiu. Od teraz pieczę nad wami trzyma Hagni i jego ludzie. Dostaniecie ode mnie latające wozy i pieniądze. Zadbam o was jak należy, moi mili. Zaś mój seneszal będzie dla was sługą i strażnikiem. Od teraz jest do waszej dyspozycji, w ramach wykonywania moich poleceń oczywiście. Nalegam, zacni przyjaciele, niech nikomu nie przyjdzie do głowy mnie zdradzić. Brzydzę się krwią i przemocą… A teraz wybaczcie, szacowni goście, mam mnóstwo spraw na głowie. Nie zawiedźcie mnie.
Nagła ciemność. Czuję, jak brakuje mi powietrza. Zaraz, chyba mam worek na głowie.
Prowadzą nas. Właściwie nie wiem, co z Sirą.
Zmierzam do wyjścia z pałacu. Tak jak wcześniej, nie jest mi dane poznać, jak trafić do sali audiencyjnej.


******


Grota Mudan, tak się zwie.
Stoimy z Sirą tuż przed wejściem do jaskini. Wzdycham ciężko, gdy widzę wschodnią część horyzontu – czarną jak noc kreskę. Moją rodzinną połowę królestwa.
– Idziemy, gołąbeczki. Reszta czeka. – Słyszę za plecami głos Hagniego. Jakoś słabo wziął sobie do serca rozkaz bycia do naszej dyspozycji.
Obracam się. Nie idą z nami?
– Jaskinia nie ma rozwidleń – rzekł jeden z ludzi osiłka, ten od trzymania mapy. – Na końcu znajdziecie ścianę. Tam powinno czekać na was to… To, co macie znaleźć. Jeśli nie wrócicie po dobie, wkraczamy.
– Ale…
– Ruchy, ruchy! Szef nie lubi czekać – przerwał szorstko Hagni, podkreślając ostatnie zdanie kopniakiem.
Odskakuję, zdążyłem już nieco poznać jego maniery.
Wchodzę z Sirą do środka. Zewsząd otaczają nas ciemności, chłód i wilgoć.
Po chwili oczy przyzwyczajają się do mroku. Okazuje się, że jest tu nawet całkiem widno, spodziewałem się kompletnych ciemności.
– To bez sensu – odzywam się, gdy oddalamy na tyle, że tamci nas nie słyszą.
Korytarz przechodzi w dużą salę, całość zdaje się choć częściowo stworzona ludzką ręką.
– No tak, nie mielibyśmy dokąd odejść.
– Tylko dlaczego nie poszli z nami? – pyta Sira.
Do moich uszu dobiega dźwięk. Jakby szelest.
Hałas coraz bardziej przybiera na sile, aż w końcu przeradza się w bzyczenie, zupełnie jakby do jaskini wpadł rój wściekłych owadów.
– Ofiara! – krzyczymy jednocześnie.
„Upuścić trochę krwi”. Wszystko staje się jasne! Ten cały pieprzony Otherthing wierzy, że jeżeli umrzemy rytualną śmiercią, otrzyma… coś. Zapewne sam nie wie co! Jednak chce to mieć za wszelką cenę.
W mgnieniu oka sala wypełnia się drobnymi owadami przypominającymi ćmy. Jedne ciemne, drugie jasne.
Nie ma ucieczki.
Czarne insekty z szybkością błyskawicy obsiadają mnie ze wszystkich stron. Nim do reszty zakrywają mi głowę, dostrzegam uwięzioną przez biały rój Sirę.
Malutkie ząbki wbijają się w skórę. Irytujące łaskotanie przeradza się po chwili w piekący ból, zupełnie, jakbym cały płonął.
Upadam. Zaczynają miotać mną niekontrolowane drgawki.
Wstrzymuję oddech. Czołgam się w stronę dziewczyny, a przynajmniej tam, gdzie była jeszcze kilka chwil temu. Nim skonam, nim oszaleję z bólu, chcę chwycić ją za rękę. Choćbym miał czuć jedynie całun z owadów.
Wodzę dłonią po omacku. Czuję, jak krew spływa po skroniach. Insekty przegryzają się coraz głębiej, mokre są także moje plecy i nogi.
Złapałem!
Czuję dotyk delikatnej dłoni. Chcę coś powiedzieć, ale ćmy z powodzeniem szturmują mój nos i usta.
Moja dłoń uwalnia się. Czuję nadal pieczenie, ale chyba nie ma owadów. O co chodzi?
Instynktownie staram się pochwycić Sirę. Tysiące drobnych żuwaczek wgryzają się coraz głębiej.
Wreszcie czuję w dłoniach jej ramiona, przyciskam mocno. Ból w klatce ustaje. Chyba już wiem o co chodzi.
– Krew! – krzyczę, wypluwając insekty – Czarna krew zabija białe owady i na od…
Moja jama ustna staje się celem zmasowanego ataku. Czuję smak posoki.
To co chcę zrobić jest ohydne, ale nie mam wyboru.
Przytulam Sirę i całuję mocno, udając, że moje usta nie kryją dziesiątek insektów.
Całe moje ciało przeszywa mocny dreszcz. Owady w mojej buzi zniknęły, a właściwie zmieniły się w jakby… cukier puder?
Całuję ją, wodząc zakrwawionymi dłoniami po ciele i zrywając pozostałości ubrań. Jej krew koi moje rany, niszcząc jednocześnie krwiożercze ćmy. Wygląda na to, że moja wykazuje analogiczne działanie.
Leżymy nadzy w wielkiej jaskini, wśród czarno-białego pudru.
– Skąd wiedziałeś, że nasza krew ma takie właściwości? – Słodki głos perłookiej odbija się delikatnym echem.
– Improwizowałem…
Delikatnie gładzę jej policzek, potem schodzę niżej.
Rzuca się na mnie.
– Czy-czy na pewno powinniśmy? – dukam – W końcu to jakby kazirodztwo…
Kładzie mi palec na usta.
– Potraktuj to jako wieczorną chwilę dla siebie.
Czuję jej ciepło, jej oddech. Mam wrażenie, że bicie naszych serc wygrywa tę samą melodię. Niczym dwie ciecze, czarna i biała, wirujemy i stajemy się jednym.


******


Otwieram oczy. Gdzie ja jestem?
Widzę pałac czarno-białego króla. Spoglądam na dłonie, jedną ciemną, drugą jasną. Król miał rację, wszystko stało się zrozumiałe.
– Wasza wysokość? – podchodzi do mnie jakiś urzędnik, świetlisty. Obok stoi jego mroczny odpowiednik.
– Cieszymy się, że znów czujcie się dobrze – dodaje drugi – ostatnio wyglądaliście dość… niewyraźnie.
Słowa dygnitarza przywodzą mi na myśl króla, kiedy to widziałem go siedzącego dumnie na tronie. Miałem… Miałam? Miałom? Później się nad tym zastanowię.
W każdym razie wydawało mi się, że jego ciało prześwituje. Nie było mi dane rozumieć wtedy tak wiele rzeczy.
Grota Mudan. Kochając się w jaskini staliśmy się jednym. Jestem teraz kompletnym bytem, białą Sirą i czarnym Arisem. Posiadam wspomnienia obojga i jestem w takim samym stopniu każdym z nich. Jestem czernią i bielą jednocześnie, mądrzejszy niż każde z osobna. Dlatego to właśnie ja muszę rządzić państwem.
Dopiero teraz mogę pojąć odwieczny cykl. Jednocześnie wiem, jaka czeka mnie cena za Dopełnienie. Znam wiszące nade mną widmo, czuję, jak z każdą chwilą moje ciało ulega dezintegracji. Mam jeszcze czas, pozostało mi kilkadziesiąt lat. Odwieczny cykl. Zdaję sobie sprawę z czegoś jeszcze. Widzę wyraźnie pewne miejsce z przyszłości.
Przywołuję gestem urzędników.
– Zbierzcie Wielką Radę – rozkazuję – za dwadzieścia dwa lata pojawią się następni Przemienieni. Czas omówić wstępne przygotowania.



ARHIZ