Fanpage na Facebooku

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szort. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szort. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 lutego 2018

Co z Oka to... wypada!

No gdzie oni są!?
Normalna wycieczka, idziemy bezpiecznym traktem i nagle tracę wszystkich z oczu!
Niebo ciemnieje. Dlaczego tu nikogo nie ma? Ponoć to uczęszczana okolica.
A co jeśli spotkam niedźwiedzia? Albo cokolwiek? Jestem tylko informatykiem!
Pojedziesz na wycieczkę w góry, mówili. Odpoczniesz, mówili. A jutro przeczytają w gazecie o turyście-miernocie, który zamarzł kilometr od noclegowni, bo się zgubił na szlaku dla dzieci.
Zaraz, co to za światło? To dociera jakby… stamtąd.
Jezioro! Świecące jezioro.
– Podróżniku! – Co to za głos?
Ogromny mężczyzna wychodzi z wody. W dłoni dzierży trójząb, wygląda trochę jak Posejdon, ale… z jednym okiem.
– Jam jest Morskooki, pan tego jeziora – grzmi groźnie istota. – Drzewiej całe plemiona przybywały tego dnia nad me wody, by prosić o radę. Teraz zaś jesteś tylko ty, zbłąkany wędrowiec. Taki los porzuconego boga. Jakiej prawdy szukasz?
Czuję zmieszanie, trochę głupio teraz zapytać o drogę do domu. Może poruszę jakąś filozoficzną kwestię, a później, niby przypadkiem…
– Droga do domu, powiadasz? – Jasny gwint, on czyta w myślach! – Przywykłem już do braku zainteresowania ze strony śmiertelników. – W głosie pana jeziora zapanował smutny ton. – Gdy obrócisz się plecami do wody, idź prosto, cały czas prosto. Nim twe serce uderzy sto razy, znajdziesz drogę.
Czuję się zmieszany. Głupio spotkać się z bogiem, jakimkolwiek, twarzą w twarz i go rozczarować. Mistyczna postać rozmywa się, światło zaczyna gasnąć. Odwracam się, idę zgodnie z radą pana jeziora, boję się, że zaraz stracę orientację w terenie. Zastanawiam się, jak inaczej mogłaby się potoczyć ta rozmowa, co powinienem powiedzieć.
– Jeszcze jedno! – głos Morskookiego zdaje się teraz dobiegać z wnętrza głowy. – Moglibyście, wy, ludzie, nie wyrzucać tylu śmieci do wody? To mi bardzo przeszkadza…
Co to? Światło latarni? Tak! To trakt, ten trakt! Ufff, dzięki Bo… Dzięki ci, kimkolwiek jesteś.

***

Morskooki usiadł ciężko na podwodnym tronie.
– Ten tekst o śmieciach. Musiałeś? – zabulgotała topielica.
– Oczywiście, że musiałem – rzekł pan jeziora zmęczonym tonem.
– Bo?
Morskooki otworzył batonik „Zew Rafy”, po czym wyrzucił za siebie papierek.
– Bo tak wypada – odparł z pełnymi ustami. – Mam gdzieś czystość wód, mówię to, co powiedziałoby każde wodne bóstwo. Kiedyś ludzie nas czcili, bo tak wypadało. Potem przyjęli inną wiarę… bo tak wypadało. Ty się ciesz, że w porę chłopaka przyuważyłem. By się utopił, to by nam dopiero hałasowały te wszystkie kutry ratownicze.
– Myślisz, że on coś zrobi?
– Oczywiście, że nie. Ma to wszystko gdzieś tak samo jak ja. Wróci do domu i nic się nie zmieni. Mógłbym mu kazać przyrzec, że zadba o wody. Powiedziałby dokładnie to, co chciałbym usłyszeć bo… tak wypada.
Topielica podała mężowi Konchę Przyszłości. Widniał w niej obraz młodego informatyka, stającego na czele ogólnokrajowej kampanii na rzecz dbania o środowisko.
– A teraz podnieś ten papierek – syknęła małżonka.


Link do Nowej Fantastyki.


ARHIZ

środa, 24 stycznia 2018

Wojna zawierała lokowanie produktu

Setki proporców łopotały na porywistym wietrze, szeleszcząc niczym mknące po niebie stado pierzastych węży. Na środku zaś pysznił się dumnie największy i najwspanialszy z nich, biały sztandar z wizerunkiem Boga-wojownika.
Generał Seymār Kryształowy Wąż rozpostarł wachlarz po czym wzniósł go nad głowę.
– Wojownicy! Synowie Narodu Anańskiego! – ryknął z siłą dziesięciu mężów. – Przed nami największa bitwa, jaką świat widział. Kiedy patrzę na mrowie wrażych oddziałów, nie mam wątpliwości, że są liczniejsze.
W oddali rozległ się tubalny, niski ton. To ryk barbarzyńskiego rogu, znak wymarszu. Niebo pociemniało, jednak nie na tyle, by przysłonić do końca horyzont – najeżony włóczniami, nieskończony las oręża.
– Bohaterowie! – zagrzmiał generał. – Gdy na was patrzę, nie lękam się.
W oddali znów zawyła bojowa trąba, a potem kolejna i jeszcze jedna. Połyskująca ostrzami czarna ściana śmierci ruszyła w stronę Anaosów.
– Nie lękam się – kontynuował Seymār – ponieważ to my mamy broń, która pokona wszystko. Naszym orężem jest wiara i honor! Zwyciężymy, gdyż…
Huk barbarzyńskich trąb potężniał coraz bardziej.
– Gdyż jesteśmy jednością i prowadzi nas Bóg-wojownik! – Ku ogólnemu zdziwieniu, szlachetny głos z łatwością przebił się przez dźwięk plugawych trąb. Czyżby w generała wstąpił sam Pan Wojny?
– Hat’hā! – wykrzyknął Seymār, czując, jak ból rozdziera mu gardło.
– Hat’hā! – zawtórowali mu wojownicy.
Anaosi runęli w stronę barbarzyńskich wojsk. Trąby dzikusów ucichły. Zastąpił je szczęk łamanych tarcz i gruchot pękających kości.
Generał Seymār wskoczył w sam środek nieczystych barbarzyńców, po czym z łatwością przeciął na pół duży, dwuręczny miecz. Stało się tak, ponieważ korzystał z chromowanego, czterowarstwowego ostrza wykutego przez ród Zielonych Ważek. Antypoślizgowa, przedniej jakości owinięta zamszem rękojeść inkrustowana pyłkiem aloesu sprawiała, że chwyt był mocny i pewny, a nowoczesna stal i lekka budowa gwarantowały lepszą niż inne modele swobodę ruchów. Do tego miecz opatrzony był modnym motywem wijącego się węża oraz gustownym chwośćcem wyposażonym w dzwoneczek. Dom Miecza Zielonych Ważek – doskonałej jakości broń w atrakcyjnej cenie. Zajrzyj już dziś!
Anańska armia wbiła się w morze dzikusów, niczym szlachetna strzała przecinająca gnijący liść trawy ryżowej. Jednak wraże rogi zagrzmiały ponownie, tym razem nie dziesiątkami a setkami. Plugawie mrowie zaczęło zalewać bohaterów anańskich, niczym bagno pochłaniające kamień szlachetny. Dwudziestu barbarzyńców ze wszystkich stron rzuciło się na Seymāra, okładając go wyszczerbionymi ostrzami.
– Za Boga-wojownika! – wykrzyknął generał, odrzucając otaczający pomiot. Przeżył, ponieważ chronił go najnowszy pancerz płatnerza Sanahtē z Ahayatyū. Wygodne, skórzane pasy zapewniały idealne przyleganie wszystkich płyt, a dodatek soku z drzewa gumowego sprawiał, że przyczepy same dostosowywały się do kształtu ręki. Jaskrawoczerwona, impregnowana farba sprawiała, że pancerz zachowywał należyty kolor nawet w samym środku wojennego ferworu, a wtłaczane technologią rowkową złote zdobienia nie złuszczały się nawet przy uszkodzeniu pierwszej warstwy ochronn…
– Dziadku, nie mogę. – Sahdīn cisnął książką w róg siedziska. – To jest okropne! Jeszcze kilka lat temu można było poczytać coś normalnego, a teraz wszędzie pchają te reklamy.
– Oj, wnusiu, wnusiu – dziadek nie ukrywał rozbawienia. – Bycie mistrzem miecza czy pancerza to ciężki kawałek chleba. Nic dziwnego, że płacą pisarzom, by wspominali o ich produktach. Każdy dba o owoce swojej pracy. Za moich czasów, gdy nie było druku, książki były niesamowicie drogie, mogłem tylko pomarzyć, by czytać tak jak ty teraz…
– Ale dziadku… – nastoletni Sahdīn był coraz bardziej poirytowany. – Jak mam przeżywać przygody generała Saymāra, gdy co rusz piszą o nowych, impregnowanych zbrojach? Dobra, w takim razie posłuchaj tego.
Młodzieniec ze zręcznością nadrzewnego jaszczura podskoczył do drewnianej domowej biblioteczki.
– Żarty się skończyły – mruknął dziadek dostrzegając, że kolejna książka wzbogacona jest o drewnianą zakładkę.

Waleczny Hasallān chwycił odciętą głowę, po czym cisnął nią w przepaść.
– Zwycięstwo! – krzyknął, a jego szlachetny głos poniosło echo.
– Zwycięstwo! – zawtórowali dzielni mężowie.
Nie był to jednak czas świętowania. Garstka wojowników stała na skraju ogromnej równiny. Równiny, która stała się polami śmierci. Zewsząd dobiegały jęki konających, a białe niegdyś sztandary pokrywała szkarłatna posoka, na niebie zaś pojawiało się coraz więcej górskich sępów.
– Przygotować stosy pogrzebowe – rozkazał Hasallān.
– Ależ panie, tak wielu poległo – odparł niepewnie gwardzista. – Choćbyśmy wycięli cały las…
– Wytnijcie i dziesięć! Nie zostawimy nikogo bez należytego pochówku!
– Panie, bądź litościwy! Przygotowania, uprzątnięcie tego pobojowiska… To zajmie miesiące!
– Niekoniecznie – uśmiechał się Hasallān.
– Niekoniecznie?
Straszliwe pobojowisko? Niekoniecznie! Odwiedź już teraz obwoźny kramik braci Shakari i kup najnowszy odkurzacz automatyczny. Parowa technologia zapewnia bezszelestne działanie. Ciesz się wolnym czasem, bo nasz sprzęt sam uprzątnie twoje mieszkanie! Nie czekaj! Oferta ograniczona…
– No dziadku! – krzyknął Sahdīn. – To jest szczyt wszystkiego. Automatyczny odkurzacz? Jak to zabija klimat! Przecież w tamtych czasach nikomu nawet nie śniły się takie urządzenia… Dziadku?
– Wiesz co, wnusiu?
– Teraz rozumiesz, prawda?
– Skocz, proszę, do tego kramiku i zobacz, po ile mają te odkurzacze.



ARHIZ

Link do Nowej Fantastyki.

niedziela, 18 czerwca 2017

Królewna Sham i rycerz

– Nie lękaj się, niewiasto – zagrzmiał rycerz w złotej zbroi.
– Ale…
– Nie czas na pogaduszki, o pani. W zamku wciąż jest smok.
Źrenice księżniczki Sham rozszerzyły się do granic możliwości, przywodząc na myśl dwie czarne studnie.
– Nie lękaj się, białogłowo! Jam jest przy tobie! – By podkreślić oddanie, młodzian energicznie uderzył mieczem w tarczę.
– Rycerzu…
– Tak, pani mego serca?
Donośny ryk przeniknął przez grube mury, które zdawały się zatrząść w posadach.
– Pani, poczwara nadchodzi! Schowaj się za mną! – Wojownik stanowczo, aczkolwiek delikatnie, chwycił damę za ramię, by odsunąć niewiastę do tyłu.
Nagle zdało się słyszeć cichy dźwięk, niby warknięcie. Coś kryło się w rogu mrocznej komnaty, zaledwie kilka kroków od ostrza wojownika.
Smoczątko wyskoczyło nagle, niczym przyczajony w trawie wąż, i ruszyło wprost na rycerza.
– Czeka cię śmierć, plugawe…
– Zamknij się wreszcie! – krzyknęła Sham, wyszarpując ostrze z rąk wojownika i przebijając jego brzuch na wylot. – Wara od maleństwa!
Ogromny jęzor dorosłego smoka chlapnął znienacka o policzek królewny.
– Teraz, to ty mi się tutaj nie podlizuj. Tyle razy mówiłam, żebyś uprzedzał, jeśli wylatujesz na dłużej.


ARHIZ

wtorek, 13 czerwca 2017

Połamana paproć

Ogień trawił część budynków. Zewsząd dobiegały krzyki dobijanych rannych.
– Generale Śirtashu. – Rosły mężczyzna machnął niedbale ręką na powitanie. – Rok trzy tysiące dziewięćset pięćdziesiąty piąty przejdzie do historii.
– Masz rację, przyjacielu. Jesteśmy pierwszą armią na świecie, która wkracza zwycięsko do jednej z anańskich stolic… Zaraz, patrz! Patrz tam!
Wśród kłębów dymu, na ziemi kuliła się umęczona postać. Anaos klęczał tuż przed paprocią. Połamane pędy rośliny przywodziły na myśl resztki fundamentów zawalonego domu.
Drżące palce Anaosa wbijały się w ziemię tuż przed rośliną. Po żółtawym licu płynęły dwie strugi łez. Postać prężyła się przez chwilę, zaciskając zęby, by ostatecznie zacząć rzewnie zawodzić.
– O bogowie, Śirtashu, widzisz to co ja? Mordujemy, gwałcimy, palimy, a ten płacze nad połamanym krzakiem. Takie rzeczy tylko na ziemi anańskiej!
Generał nie odpowiedział, jedynie uśmiechnął się lekko.
– Słuchaj, Śirtashu. Mieszkałeś w tym kraju wiele lat. Tak z ciekawości, rozumiesz o co chodzi temu Anaosowi?
– Taaa. – Wojownik przymknął oczy. – Bo widzisz, przyjacielu, w krajach anańskich jest wiele dziwnych zasad. Paproć to u nich świętość. Nawet za byle nadepnięcie liścia czekają dotkliwe kary. Połamana paprotka to coś, co nie ma prawa zdarzyć się na ziemi anańskiej. Ten tutaj nie płacze nad chwastem, lecz nad wywróconym do góry nogami porządkiem jego świata.


******


– Dziękuję za przeczytanie fragmentu, panno Wu. Kto ze studentów pokusi się o biologiczną interpretację?
– Panie profesorze!
– Słuchamy, Xing.
– Anaosi rozpoznają się między innymi po pierzastych czułkach, które kształtem są bardzo zbliżone do tamtejszych paproci. Anaos, widząc połamaną roślinę, podświadomie czuł emocje podobne do widoku zabitego rodaka.
– Doskonale! A jaki z tego wniosek, jeśli chodzi o religię tej rasy?
– Jej pochodzenie jest o wiele bardziej związane z biologią niż u ludzi.


ARHIZ

środa, 14 października 2015

O dwóch kapłanach azteckich

Rytuał.
Zielonkawy dym wił się pośród płaskorzeźb niczym sam Dwugłowy Wąż. Ogień tlił się w złotych kagankach, rozświetlając półmrok i rzucając poblask na sylwetkę majaczącą w centrum pomieszczenia.
Młody kapłan Iksakcu nacierał ciało czarnym barwnikiem – świętym, jak wszystko co zawierało w sobie ludzką krew.


Skupienie.
Prawodawca, wyższy urzędnik, opiekun kaplicy - w żaden sposób nie może być porównywany z rolnikiem, łuczarzem czy rybakiem. Ci pierwsi nie wykonują swojej pracy, ani nie trudzą się rzemiosłem – lecz przez swój urząd i powierzone zadanie stają się bogami, po prostu nimi są. A co za tym idzie, muszą postępować jak oni.
Pełen koncentracji Iksakcu nakładał powoli na włosy krew zmieszaną z olejem – woń pachnideł mieszała się z dobrze mu znanym zapachem śmierci.


Koncentracja.
Wyżsi kapłani powinni...
- Iksakcu? – spytał Koatl, emerytowany wyższy kapłan, który właśnie wszedł do pomieszczenia.
- Jak sobie radzisz z kalendarzem? - zapytał przybysz, rozglądając się energicznie, by w końcu znaleźć odpowiednią księgę. Ta miała formę długiej papierowej taśmy, którą składało się w formie zygzaka. Koatl przez chwilę oglądał barwne, na poły abstrakcyjne rysunki upstrzone gdzieniegdzie szeregami mniejszych, bardziej schematycznych glifów.
Zapadła cisza.
- I jak? - młody odezwał się w końcu. Wydawało się, że pełne głodu słońce zdążyło przebyć na niebie pokaźną część swojej drogi.
- Jak jak? Dobrze, dobrze – odparł Koatl z nutą wzburzenia w głosie - to tylko matematyka i astronomia. Nauczyliśmy cię tego, posiadasz przeznaczoną ci wiedzę.
- Ale?
- Przodkowie proszą, bym towarzyszył ci w rozmowie z nimi. Jak wiesz, najważniejszą częścią kalendarza są komentarze poległych kapłanów. Duchy chcą mieć pewność, że będziesz słuchał tego co trzeba.
- Jeżeli uznaliby mnie za niegotowego, czy nadaliby mi to stanowisko? - Iksakcu starał się ukryć irytację w głosie, palcami wciąż gładził włosy, mające teraz formę posklejanych strąków.
- Tym bardziej nie powinieneś się tym przejmować, Iksakcu. Byłeś moim najlepszym uczniem i wiesz wszystko co masz wiedzieć.


Oddanie.
Wnęka w ścianie wyłożona była barwnymi pledami.
Siedzieli tam. Martwi kapłani. Mumie. Dwanaście pokoleń.
Łypiące z oczodołów barwne klejnoty odbijały bladą poświatę, nadając jej żywego blasku. Skrzyły się też złote zęby wyszczerzone w upiornych uśmiechach. Do tego barwne szaty i złote korony na głowach... Pod kątem wizualnym i stylistycznym, wnęka z pewnością była najbardziej żywą częścią świątyni.
Iksakcu porozkładał naczynia z naparami. Po jednym dla szanownych, nieżyjących członków "rady" plus dwa dodatkowe, dla siebie i Koatla. Znajdowali się na najwyższym piętrze piramidalnej kaplicy – pomieszczenie było małe i słabo przewiewne. Już po krótkim czasie wypełniła je ciężka, wilgotna woń, mokra niczym mgła, i nie mniej lepka od pajęczyny.
Koatl podpierał głowę ręką i wpatrywał się w młodego kapłana.
- To twoja pierwsza poważna rozmowa z umarłymi, nie zniechęcaj się, jeśli nie będą chcieli byś ich usłyszał.
Iksakcu wykonał głęboki wdech nosem, po czym powoli wypuścił powietrze. Klęczał nad misą z naparem, a jego nagi tors falował powoli – dumnie i dostojnie, jak na opiekuna kaplicy przystało.
- Powiedz mi, Koatlu – rzekł sennym, lekko chwiejnym tonem – kto tutaj właściwie rządzi? Kto wydaje te wszystkie rady, dekrety i komentarze? Protokoły i dokumenty... Papier ciągnący się na długość setek węzełków. Oni? Ci co siedzą przed nami?


Samodyscyplina.
Kapłan poczuł, jak niespodziewany, piekący ból zalewa mu lewy policzek.
- Zachowaj czujność, Iksakcu! - syknął wściekle starzec, po czym zdzielił młodego drugi raz.
- Oto dlaczego przodkowie chcą, bym mimo zasłużonej emerytury, pilnował cię przez jakiś czas. Czy pamiętasz cnoty kapłana? Czy udało ci się dziś cokolwiek, prócz natarcia włosów w skupieniu?
- Daj spokój starcze, oni nie żyją! Tak samo jak nie żyją przodkowie króla – Iksakcu miał coraz większe problemy z siedzeniem prosto, toteż bujał się powoli to w przód to w tył, próbując w ten sposób łapać równowagę.
- Starcze, czy naprawdę uważasz, że to pradziad króla kazał mu...
Koatl zerwał się gniewnie na nogi - Odpędź złe duchy, nim wykradną krew i skończy się świat!


Modlitwa.
Formuła, recytacja, nić. Powtarzana, wyuczona, wykuta w duszy niczym hieroglify na miejskich obeliskach.
Młody bujał się na boki, powtarzając słowa modlitwy. Prosił przodków o uwolnienie się od złych duchów.
Starzec czujnie obserwował coraz to nowe krople potu pojawiające się na czole kapłana, przepraszał jednocześnie w duchu obecnych zmarłych, tłumacząc niesforne zachowanie ich nowego piastuna brakiem doświadczenia. Trwało to dobrą chwilę, po czym uznał, że lepiej będzie jak zakryje tkaniną część mis z naparem.


Dziedzictwo.
Koatl wyprostował szarpnięciem młodego Iksakcu, po czym zaczął mówić, powoli lecz stanowczo, mając jego twarz tuż naprzeciw swojej. - Kiedyś sam byłem młody. Miałem swoje przemyślenia, jak wszyscy ci, co zapominają, że kapłani podtrzymują płomień wiedzy. Jeżeli zwątpimy w prawidła rządzące światem, zanurzymy się w chaosie i ignorancji. To my wiemy jak i dlaczego siać i sadzić rośliny, albo w jaki sposób stawiać budowle. To dla naszych oczu sekretne pismo niesie treść, i z naszych rąk karmione jest głodne słońce, by mogło kontynuować swoją podróż po niebie. Naszym zadaniem jest utrzymywać porządek świata i opiekować się państwem. Jaki sens miałoby sianie kukurydzy na jednym polu bez pomidorów? Albo budowanie kanału transportowego w poprzek targu? Albo stawianie budynków na dachach? Równie dobrze moglibyśmy użyć koła do celów transportowych!
- Rozumiem, Koatlu – odrzekł kapłan, bełkocąc tak, że starzec bardziej domyślił się sensu wypowiedzi, niż ją usłyszał.
- Ale.. ale...
- Tak, młody Iksakcu?
- Ale co jeśli okazałoby się, że jesteśmy teraz tutaj sami?
Chlast!

Dwugłowy Wąż.
Koatl masował powoli dłoń, patrząc na leżącego w dziwacznej pozie kapłana. Iksakcu był na wpół przytomny, na jego twarzy malował się głupawy uśmiech - a z kącika ust toczyła się strużka śliny.
- Jeszcze kilka miesięcy i będziesz godnym następcą, młody Iksakcu...


ARHIZ

Upadek Lunatyczki

Leżę skulony w lodowym wyżłobieniu – jedynie nieznacznie odsłonięty z jednej strony, tej którą się wślizgnąłem. Nie ma tu za wiele miejsca, nie mogę nawet wyprostować nóg – nie zamierzam jednak wybierać się gdziekolwiek. Będę leżał tu i czekał aż mnie znajdą. Zapewne odwodnię się i dostanę przykurczów, ale przeżyję, wrócę...
Poza moim schronieniem burza trwa w najlepsze – białe płatki śniegu wściekle zacinają z boku, jakby nie zamierzały nigdy dotknąć bezkresnej polarnej pustyni, którą mam przyjemność odwiedzać. Aktywuję układy podtrzymywania życia w moim kombinezonie, i już po chwili czuję jak delikatne ciepło rozchodzi się po klatce piersiowej - ot prywatne ogrzewanie. Papryki nie usmażę, ale i nie zamarznę – jednocześnie nie zwrócę na siebie ich uwagi oraz nie pogrzebię się żywcem w mojej kryjówce.
Poszukiwaczki wciąż patrolują teren. Co rusz widzę, jak długi fioletowy płaszcz sunie tuż obok mojego „okienka na świat”. Widziałem je nieraz, ale nigdy z tak bliska. Wysokie, chude postacie bez twarzy – trochę jak kobiety z „Płonącej Żyrafy” Salvadora Dali. Ich ruchy są delikatne, eteryczne – silny wiatr zdaje się przez nie przenikać. Mają na sobie jakby długie suknie, coś na kształt wietnamskich ao dai. Zawsze zastanawiałem się, czy posiadają nogi... Sposób poruszania się i specyficzne falowanie przywodzi na myśl raczej stopę ślimaka, niż kobiece nogi. Sama suknia jest zresztą tylko przenośnią – one nie noszą ubrań, po prostu tak wyglądają.
Pomimo, że wejście do mojego wyżłobienia jest wysokie na prawie pół metra, nic mi nie grozi. Poszukiwaczki są zawsze wyprostowane, nie kucają, nie siadają, a głową obracają tylko na boki. Dodatkowo ich zakres widzenia przypomina wizjer w starych czołgach – szeroka oś x, ale wąska oś y. Aż głupio, że z kimś takim przegraliśmy wojnę, mając w dodatku przewagę liczebną i – teoretycznie - technologiczną. Teraz kryjemy się w norach jak szczury, a one z pozoru bezmyślnie miotają się po powierzchni, po czym bezbłędnie nas znajdują, jedna baza po drugiej... A żeby było jeszcze śmieszniej, sami je obudziliśmy – wyciągnęliśmy z prastarych ruin i zakłóciliśmy ich sen... A ja siedzę tuż pod ich świątynią – tak to nazywamy, ze względu na kopuły – czyli u bram wrogiego stanowiska... i czuję się bezpieczny. Tak, znam to słowo – ale w dzisiejszych czasach pełni nieco inną funkcję niż przed tym jak moi przodkowie sprowadzili Poszukiwaczki. Obecnie „bezpieczny” jest czymś, co ma nastąpić w bliżej nieokreślonej przyszłości: „jak to wszystko się skończy”. A ja mam ten stan tu i teraz, edycja limitowana i na wyłączność – tylko czekać aż przyjdzie wiadomość przypominająca o zapłaceniu abonamentu (tak, operatorzy sieci komórkowych są bezwzględni, apokalipsa czy nie).
Czuję w sobie przyjemne ciepło – nie, nie chodzi o system podtrzymywania życia – chodzi właśnie o poczucie bezpieczeństwa. O brak tego wiecznego wyczekiwania: „co się zaraz wydarzy?”. I obserwuję Poszukiwaczki... My, którzy przeżyliśmy, poznaliśmy już nieco jak one funkcjonują. Stąd moja pewność, że nie mogą mnie zobaczyć.
Cholerne lunatyczki... Tak naprawdę, mówiąc, że je obudziliśmy, mam na myśli kolejną przenośnię. One cały czas śpią, i to jest w tym wszystkim najgorsze... Ale dość na dziś, jestem zmęczony. Robię, jak uczyli mnie na szkoleniu, staram się myśleć słowami, prowadzić ciągły monolog wiedząc, że w moim nieśmiertelniku ukryty jest rejestrator – ot kolejna odsłona Czarnej Skrzynki. Jeśli umrę, być może ktoś mnie odnajdzie i zrobi z moich przemyśleń użytek. Być może... jestem senny. Ciepło...


Odgłos miękkiego uderzenia.


Budzę się momentalnie, otwierając powieki do granic możliwości. Serce podchodzi mi do gardła... Znalazły mnie.
Głowa Poszukiwaczki leży dokładnie naprzeciw mojej, w oddaleniu może dwóch metrów. Przewróciła się... Przewróciła się akurat tak, że upadła na bok i skierowała się twarzą w stronę wejścia do mojej kryjówki. Nie potrafi wstać, nie potrafi się obrócić. Bezcelowo wyciąga rękę w moją stronę, a rytmiczne ruchy sukni sygnalizują, że próbuje iść przed siebie – zupełnie jakby myślała, że wciąż stoi. Poszukiwaczki się nie przewracają... No to centrala się zdziwi.
Mimo to znalazła mnie. Na jej „twarzy” zaczynają rozbłyskiwać zielone punkty, które następnie rozlewają się i łączą ze sobą, co wygląda trochę jak pajęczyna, a trochę jak sieć neuronów. Nazywamy to „kontaktem wzrokowym” – nie mogę się ruszyć, nie mogę przestać patrzeć. Moje powieki stają się coraz cięższe. Zasypiam na zawsze – znalazły mnie.
Śnię... Stoję w jakimś ciemnym pomieszczeniu otoczony Poszukiwaczkami, sześcioma. Trzy ruszają do przodu, wzdłuż drogi wyznaczonej przez mdłe światło nieznanego pochodzenia. Bezwiednie idę za nimi, a pozostała trójka zamyka korowód. Dokładnie tak opowiadali to ci, których nieśmiertelniki znaleźliśmy. Teraz jeszcze mój mózg funkcjonuje, jeszcze rejestruje... Widzę dwa nakładające się obrazy. W jednym idę za Poszukiwaczkami, w drugim oddalam się od mojego skulonego ciała. Jestem coraz wyżej... teraz widzę już tylko leżącą Poszukiwaczkę... I drugi obraz znika. Pozostaje tylko ten pierwszy. Idę prowadzony przez Lunatyczki.
Każdy z nas zastanawia się, dokąd one nas zabierają... i po co. Cóż, będę miał okazję się przekonać. Mój mózg powoli przestaje pracować, boję się jednak, że mam duszę, która musi iść z nimi... Oby ateiści mieli rację... Niemniej nie żałuję tej akcji. Dowiedzieliśmy się nowej rzeczy, a to zawsze coś – zaś ja przez chwilę poczułem się bezpieczny... uczucie tak piękne jak ulotne, jednak dodaje mi otuchy nawet teraz.
Kapitanie, zróbcie z tego zapisu użytek, odmeldowuję się!


ARHIZ